Gdy myślami jesteś między światami

Już w Gdańsku, ale myślami jeszcze dość mocno tam, gdzie spędziłam prawie cały wrzesień (co w dużej mierze możliwe było dzięki temu, że mogę pracować z każdego miejsca na świecie i połączyłam urlop, odwiedziny rodziny oraz pracę, a w dużym bonusie wizyty u lekarzy, które dla mnie okazały się przełomowe, ale dziś nie o tym).


Generalnie jestem mieszczanką (mieszczuch brzmi pejoratywnie, prawda?)
Kocham życie w mieście, nawet tak małym, jak mój Gdańsk (to duży plus). Niemniej, kocham też miasta większe, jak Kolonia czy Monachium. Myślę, że pokochałabym też życie w miasteczku zupełnie małym, jak Euskirchen. Ważny jest klimat. Ważna jest wielokulturowość i nowoczesność, która się ma pięknie łączyć z historią.

Czas spędzony z braćmi. W Kolonii - z najmłodszym. Chociaż miasto zmienia się ciągle, to oczywiście pozostaje kilka miejsc, które są jak gwiazdy polarne. Trafiając w te miejsca mniej więcej wiem, gdzie jestem.  Nadal w kilku dzielnicach, chociaż bywam tam raz na kilka lat. Moja pamięć mnie czasami zaskakuje.

Euskirchen. Miasteczko, które jest tak urocze, że zakochana w nim jestem od początku, gdy tam byłam po raz pierwszy. Pokochałam gubienie się tu. Ale o tym szerzej następnym razem.

 Z przyczyn zdrowotnych musiałam zdecydować się na podróż autokarem, zamiast samolotem.
Dzięki temu widzialam najcudowniejszy wschód słońca.


Plusem tego rozwiązania jest możliwość porozmawiania z ludźmi (w samolocie się to raczej nie zdarza). Jest to też jednak minus, gdy chcemy zająć się sobą. Tu moja asertywność kulała (miałam ze 3 magazyny do czytania na drogę), może dlatego, że kocham poznawać nowych ludzi i ich słuchać. Gdy w drodze "do" mój współpasażer (całkiem fajny facet, swoją drogą i serdecznie go z tego miejsca pozdrawiam), powiedział, że nie lata samolotem, bo się boi, chociaż nawet nigdy nie spróbował, to z przyjemnością zasiałam w nim ziarno ciekawości. Ja rozumiem, gdy ktoś nie lata, bo spróbował i po prostu strach go zjadł na tyle, że nie chce tego powtarzać, ale nie polecieć nawet raz? Nie pozwolić sobie na zaspokojenie ciekawości? Ba, nie mieć tej ciekawości? No jakże? :-) Powiedziałam mu (a była już dobrze 1 w nocy), że strach jest normalny, ale niech kiedyś poleci i zwróci uwagę na to, co sama kocham - widok chmur od góry, widok horyzontu z tej perspektywy. Prześwity granatu kosmosu. Niech poleci chociaż raz, żeby to zobaczyć. Mam nadzieję, że się zdecyduje. Chociaż raz.

Droga powrotna pozwoliła mi natomiast odkryć praktyczne zastosowanie profilowanej poduszki podróżnej - nie, wcale nie na karku (to zastosowanie oczywiste). A gdzie? Proszę bardzo - podłóż sobie w trakcie długiej podróży taką poduszkę pod plecy. Pokochają cię za to.

I druga bardzo cenna porada = gdy są przerwy, to wyjdź porozciągać się i pobiegać. Poważnie. Z uśmiechem zauważyłam, że na kolejnych przystankach współpasażerowie też zaczęli to robić (nawet ci, którzy wcześniej wysiadali tylko zapalić). Z pewną nieśmiałością, ale jednak. Ja wykorzystywałam nawet stopnie autokaru, żeby powyciągać mięśnie i przywrócić krążenie w nogach. 20 godzin w autokarze to nic śmiesznego, dlatego trzeba o siebie szczególnie zadbać. I na pewno nie ma się czego wstydzić. Oczywiście na taką drogę ubrałam się po prostu na sportowo.

Mam nadzieję, że jednak kolejny raz polecę samolotem, albo pojadę samochodem. Jak dla mnie 20 godzin to zdecydowanie za długo. Mimo wszelkich starań przewoźnika. Przyznam jednak, że jest jeszcze jeden duży plus tego środka transportu - możliwość zabrania nieprzyzwoicie wiele bagażu za niewielką dopłatą. Jadąc na ca 3 tygodnie nie mogłam jechać z bagażem podręcznym. Wracać tym bardziej :-)
Cóż. Coś za coś.

Niemniej, moje myśli już coraz mocniej zakotwiczają się ponownie w Gdańsku. Powoli. Jestem człowiekiem, który mógłby spokojnie i bez marudzenia mieszkać, żyć zagranicą. Tylko to już kwestia wyboru, nie tylko za siebie. Na dziś żyję nadal w Polsce. Czemu o tym piszę? Bo dość często słyszałam pytanie, dlaczego nie zostanę w Niemczech. Ciężko znajdować racjonalne wyjaśnienia,  szczególnie mając pracę jak moja. Na dziś jest dobrze, jak jest. Zmiany mam przecież ciągle, tylko w innych dziedzinach. Ale nic nie wiadomo, bo takie zmiany, jak przeprowadzka do innego kraju, to wypadkowa wielu zupełnie innych czynników, niż te, które mnie tam zabrały. Ja nigdy nie mówię nigdy, a po głowie chodzą mi akurat inne rzeczy.  A co będzie kiedyś? Nie wiem. Dla mnie najważniejsze kryterium, to być szczęśliwą. Bez określania szerokości i długości geograficznej. Na dziś jest to mój rodzinny Gdańsk, kiedyś była Kolonia, a co będzie za 4, 10 lat? Za miesiąc, dwa? Tylko moje szczęście to wie. Właściwie to ono determinuje moje decyzje. 

Było cudownie i było warto. Było mi to bardzo, bardzo potrzebne. 


PS. Cudnie było stęsknić się za mężem... i kotem.





Komentarze