13.9.14

Party time



Pytanie na sobotę: A czy Ty jesteś imprezowym typem?






Bardzo długo każdy weekend spędzałam na imprezach. Kocham tańczyć i była to dla mnie najlepsza forma wyżycia w tym względzie. Właściwie może zaczęło się od tego, że najwcześniejsze imprezy, jeszcze w podstawówce, były po to, żeby potańczyć. A były to też czasy pierwszych prywatek. Czasy, gdy czekało się w napięciu aż chłopak, w którym się skrycie kochało, poprosi nas do wolnego.

Nigdy nie zapomnę, piosenki, przy której zatańczyłam z klasowym przystojniakiem (lat 13 :-))

Przed Państwem Phil Collins (który z późniejszym Genesis był długo jednym z moich ulubionych wykonawców):




Było to przeżycie na skalę pierwszego pocałunku. Co prawda nie kochałam się akurat w nim, a w jego najlepszym przyjacielu (w którym kochałam się właściwie do końca podstawówki, a nie zamieniliśmy ze sobą słowa - jedyny raz rozmawialiśmy, gdy poprosił mnie do tańca na imprezie kończącą 8. klasę. W trakcie tańca płakać mi się chciało, bo nadal nie zamieniliśmy słowa. Te pierwsze platoniczne miłości bywają bezwzględne w niespełnieniu i romantyczne przez to skrajnie), ale przynajmniej przeżyłam ten pierwszy, wolny taniec z doświadczonym chłopakiem.
Wolne do dziś mnie rozczulają we wspomnieniach. Te sztywne ruchy, odległość (z czasem przyszło położenie głowy na ramieniu, zbliżenie ciał itd), spięcie pierwszym takim kontaktem z chłopakiem, a i tak uważam, że to było coś wspaniałego w moich czasach. Wszystko rodziło się w swoim tempie. Nie byliśmy bombardowani seksualnością. Pewnie, że się rodziła i była gdzieś tam przemycana, ale nieporównywalnie "delikatniej" niż to się dzieje dziś. Potem doszły imprezy na sali gimnastycznej w szkole. Tak, za moich czasów przed pełnoletniością nie było szansy wejść na dyskotekę, ba i tak trzeba było być w domu przed 22. Mhm.

Potem dopiero doszło wychodzenie w weekendy (albo i nie) na dyskoteki i taki pełen wymiar tego, o czym się mówi "co było w Vegas, pozostaje w Vegas".

Do dziś bardziej lubię imprezy, na których się tańczy, niż takie, na których siedzi się i gada (mimo wyjątków), a już zupełnie o pracy. To dla mnie niepojęte, że ludziom chce się spotykać po to, żeby pić i narzekać na pracę. W weekend. Jeszcze pal licho, gdyby byli pasjonatami swojej pracy i rozmawiali kreatywnie o jakiś projektach, ale narzekanie na pracę i to w weekend? Masochizm.
Nie wiem, czy zmieniły się czasy, czy ludzie, czy podejście, ale  naprawdę fajne imprezy, czy po prostu fajne spotkania, to białe kruki imprezowania. Oczywiście zdarzają się i to nawet bez tańca, ale są rzadkością. Z reguły z ludźmi, którzy się słabo znają i po prostu takich tematów unikają.
To już lepiej wyjść potańczyć (a najlepiej jak na imprezce ze sceny z "Dirty dancing"), albo...

zostać w domu i poczytać książkę, albo zobaczyć dobry film zawijając się w koc z facetem i butelką wina, albo napisać notkę na bloga, czy popracować nad czym, co kochamy robić.
Spotykanie się po to, żeby się razem skuć i wynarzekać uważam za marnowanie weekendu. Dla celów społecznych raz na ruski rok można się w tym celu spotkać, ale na pewno nie w weekend, gdy najlepiej ładować się pozytywną energią i spędzać czas z ludźmi, którzy też tak myślą.



Ale co kto lubi, prawda? ;-)



Potańczyłabym.