30.10.12

Labirynt Fauna, jak pokochać bankowość

Jestem generalnie starym, bankowym wyjadaczem i miałam konto już prawie w każdym banku w tym kraju i nie tylko i z bankami wychodzę z podobnego założenia jak z lekarzami: oby jak najrzadziej. Od ponad 10 lat korzystam z bankowości elektronicznej i jest to jedynie słuszna droga. Nie rozumiem np. dlaczego ludzie decydują się na prowadzenie rachunków, które wiążą się z jakimikolwiek opłatami. Prowadzenie rachunku, wypłaty z bankomatów wszystkich na świecie, wszystkie przelewy = 0zł. Bez żadnych kruczków, małych druków, limitów. Te operacje należą mi się bezpłatnie i koniec. 

Jestem najbardziej niewierną klientką banków. Jak tylko coś przestaje mi pasować odchodzę do lepszego. Bez sentymentu. Moim bezkonkurencyjnym faworytem od kilku lat jest Deutsche Bank. Kiedyś był Raiffeisen Bank, ale jak podliczyłam opłaty związane z prowadzeniem konta i operacjami, to się pożegnaliśmy. Mobilną obsługę konta mają jednak pierwsza klasa.

Tak samo logowanie do konta ma być prostą operacją (dlatego nie zaprzyjaźnię się z ING). Wszelkie produkty i usługi mają być dla stałych klientów na preferencyjnych warunkach. Bo tak. Ja generalnie nie jestem bankowcem, ekonomistą i nie będę siedziała i sprawdzała wszystkiego miliony razy. Szkoda mi na to czasu, za to chcę mieć pewność, że bank nie wymaga ode mnie więcej, niż chcę dać. I już zupełnie: nie weźmie nic sam. 
Ma być szybko, sprawnie, bezkosztowo, bezszelestnie. Wchodzę, loguję się, załatwiam swoje i wychodzę. 
Myk myk. 
Nie wiem po co ludzie analizują % oszczędności, skoro nikt normalny nie oszczędza na ROR, ale ok. Może się nie znam. Do oszczędzania są zupełnie inne narzędzia. I ja wolę mieć darmowe konto, niż cieszyć się z 0,20zł oszczędności jeśli do tego mam np. prowizję 2zł za każdą wypłatę z nieswojego bankomatu.  

Ja nie chcę wiedzieć, GDZIE mogę wypłacać bez prowizji. Ja chcę wypłacać bez prowizji WSZĘDZIE. I jak chcę oszczędzać (no chcę ;-), to nie będę tego robiła na rachunku rozliczeniowym. Przynajmniej nie mam przynajmniej setek tysięcy wpływu miesięcznie. Ale wtedy też nie. Po prostu będę.. dobra, nie o tym miałam.

Story: Od niedawna mam w BPH jedną z kart kredytowych, tzn miałam ją od dawna jeszcze z GE, ale od kiedy połączyli się, to widzę, że robią co mogą, żeby klienci nie odczuci chaosu reorganizacji. Nie odczuwam, ale za to poznałam ich szalenie skomplikowany system obsługi przez infolinię. 
Oczywiście jako posiadacz karty nie będę częstym gościem  poza stroną www, ale żeby uruchomić kanały elektroniczne do karty  musiałam udać się do oddziału w celu podpisania umowy. Następnie miałam wykonać kilka prostych operacji na stronie. Aby wykonać operacje na stronie musiałam wygenerować klucz. Ha, i to było piękne. Na moje własne szczęście i wyczucie czasu oraz dzięki genialnej intuicji zadzwoniłam na infolinię w celu przeprowadzenia procedury ok godz 21. wieczorem. Nie chce mi się opisywać całości, bo można umrzeć w między czasie. Najlepsze było to, że 3 razy przełączyło mnie do tego samego Pana. Za trzecim, ostatnim razem dowiedziałam się, że to Pan Marek i stąd serdecznie go pozdrawiam. Bardzo dzielnie przeprowadził mnie przez system, miał seksowny głos i lubię facetów, którzy wiedzą o czym mówią na infolinii nie odklepując regułek. Pan Marek dwa razy powiedział "zastanawiam się, którą ścieżką teraz Panią przeprowadzić, żeby nie trwało to za długo", przy czym raz, zanim przełączył mnie do automatu, w celu ustalenia któregoś z 5 haseł, podyktował mi, co mam powiedzieć osobie, do której mnie automat przełączy. To było słodkie jak bombonierka Merci na pożegnanie przed odjazdem. 

A tak, noc była pięknie długa. 
Gwieździsta. Pruszył śnieg. 

Procedura wygenerowania klucza do autoryzacji, nadania telepinu i czegoś tam jeszcze trwała godzinę. Po prostu informuję.

Gdyby nie fakt, że była godz. 21, że nigdzie mi się nie spieszyło, że flirtowałam z Panem Markiem, że cała sprawa była jednorazowa, to pewnie zachowałabym się jak 90% ludzi i dostałabym szału. Ja jednak w takich sprawach szału nie dostaję nigdy z prostego powodu:
- to nie wina tych osób, że pracują w takim systemie. Można im współczuć, bo to ich narzędzie pracy, ale z drugiej strony to jest zrozumiałe, bo osoba na infolinii ma być dostępna możliwie szybko.  To co można klient ma móc zrobić sam. Infolinie wbrew pozorom nie są po to, żeby nam utrudniać życie, tylko ułatwiać. To są skutki obniżania kosztów. Weźcie to kiedyś pod uwagę.
- dzwonię, gdy nie muszę załatwić niczego na szybko. Na szybko się takich rzeczy z założenia nie załatwia. Dlatego też wszystko mam tak poorganizowane, żebym nie MUSIAŁA załatwiać nic na szybko i w nerwach. Dlatego tam gdzie się da staram się przewidywać, że coś może być zorganizowane inaczej, niż by się mogło wydać, że powinno. Nie wściekam się na rzeczy, na które nie mam wpływu. Z założenia. 
- nie planuję czasu z założeniem załatwienia 4 spraw w ciągu 10 min w 3 miejscach. Ludzie, litości, to, że ktoś sobie wpisze w kalendarzu rzeczy nierealne z założenia, to nie znaczy, że może się wkurzać, jeśli nie wyjdą. Podstawy zarządzania czasem się kłaniają. Owszem, założyłam, że JEŚLI nadawanie klucza przebiegnie szybko (jakimś cudem!), TO wtedy zadzwonię jeszcze do koleżanki. Nie wyszło. No i? Nie dramatyzuję i nie wściekam się na bank. A już zupełnie na Pana Marka ;-)

Narzekanie, pieklenie się na takie sprawy jest dla mnie objawem syndromu ofiary (opowiem o tym kiedy indziej).

Jak już będę kiedyś bogata, to między ratowaniem świata a zwiedzaniem go będę korzystała z bankowości prywatnej, będę miała swojego doradcę, który zdejmie ze mnie wiszenie na telefonie w celu ustalenia kodu i płacenie rachunków. I nie mam o to do nikogo pretensji, że dziś robię to sama. Ba, ja się cieszę, że na infoliniach są przeważnie przemili ludzie. Oni to dopiero mają pracę, jeśli trafia się ktoś, kto nie dość, że nie  rozumie, nie wie, to jeszcze powarczy.

Podobnie jest ze służbą zdrowia. Moje spojrzenie na ludzi pieklących się w przychodniach jest dalekie od pełnego empatii i zrozumienia (zwłaszcza, że jak już tam trafiam, tzn że sama też się nie najlepiej czuję). Ja nie znoszę rozmów o chorobach. Od tego jest lekarz.  Ja się nie znam i nie pomogę, a słuchać o tym mogę bardzo, bardzo krótko. Naprawdę nie jest to mój konik, zwłaszcza, że sama nie lubię opowiadać ludziom o sobie i swoich problemach. To jest ten rodzaj ekshibicjonizmu, którego nie czuję. Ja generalnie nie czuję narzekania, zrzędzenia, pieklenia się. Ludzie są często totalnymi ignorantami, na niczym się nie znają, nie zapytają nawet, nie dopytają, nie pomyślą nawet, żeby zapytać i się wnerwiają. Od razu i z automatu. Nie rozumiem tego. Zupełnie. Czasami słyszę, widzę, jak się ktoś wnerwia, bo coś nie działa a nawet nie sprawdził, jak to "włączyć". Ale jeśli nie wie, to wystarczy, żeby i tak się wnerwić, ponarzekać i popsioczyć. Na rządzie kończąc. 

Podobno amerykański sposób bycia odbierany jest jako sztuczny. Podobnie funkcjonuje spora część zachodu. Nie rozumiem, co w tym jest niby sztucznego. To jest takie polskie, wybitnie, że dowodem inteligencji ma być wysoki poziom krytycyzmu. Mhm. Dobrze, racja, krytyczne podejście jest konieczne, jednak dowodem inteligencji nie jest sam krytycyzm, tylko jak się go objawia i co za nim idzie. 

Wszyscy ludzie, których ja uważam za bardzo inteligentnych, nie posuwają się do krytyki obłożonej po prostu narzekaniem albo wyzwiskami, chamstwem i prostackim psioczeniem. Ci, którzy to robią może i są inteligentni, ale pokazują demonstracyjnie swoje braki w wiedzy. Nic ponad to. 

No cóż. Najważniejsze, że moje kanały elektroniczne działają sprawnie.

PS. Porada, którą usłyszałam od bankowca: Jak ginie dowód osobisty to w pierwszej kolejności dzwonimy do jakiegokolwiek BANKU. 
Policja później.

28.10.12

Czy istniejesz bez fanpage?

Słowo na niedzielę.

Lubię przyglądać się zjawiskom pod różnymi kątami. Czasami pojawiają się od razu, czasami muszę poczekać.
Ostatnio wpada mi coraz częściej na ścianę fb komunikat:



I dziwi mnie to, że coraz częściej firmy, portale, blogerzy pozwalają, żeby to fanpage stał się głównym kanałem komunikacji z odbiorcami. Bez fanpage nie istniejesz? Facebook, twitter, nk i inne mi też bliżej nie znane przejęły rolę, miejsce komunikacji. Nie stały się uzupełnieniem, stały się jedynym kanałem, gdzie czasami to jest wręcz absurdalne.
To tak jakby artysta, autor, firma nie istniała bez skumulowanego w jednym miejscu fanklubu i była skazana na jego admina.

Znam nadal więcej firm, autorów, arystów, którzy nie mają fanpage i radzą sobie świetnie. Znam, bo korzystam z produktów czy usług takich firm, śledzę takich autorów, wykonawców, blogerów, piosenkarzy, nie mówiąc o ludziach z jeszcze innych dziedzin. Większość znanych mi ludzi nie ma nawet konta na fb. Szukałam ich i nie znalazłam. A oni i tak funkcjonują. Są, mają się dobrze i żyją. 
Owszem, uważam fanpage za ważny kanał komunikacji, ale często, widząc co się dzieje, przychodzi mi na myśl zdanie: nie masz problemu, załóż fanpage.

Właściwie do dziś nie wiem, po co zakładają fanpage firmy, które nie chcą tą drogą informować o konkursach, promocjach, wyprzedażach, nowych produktach. Tzn. rozumiem, że zakładają tylko dla podkreślenia obecności, ale dziesiątki razy kliknęłam już "nie obserwuj", bo admini strony np. perfum zasypywali mi ścianę spamem. Fanpage nigdy nie będą narzędziem dla wszystkich.

Założenie fanpage powinno być bardzo przemyślanym krokiem. Uzależnionym od produktu, ale też targetu, bo inne narzędzia i treści docierają do 20, 30, 40, 60latków, gdy wsród fanów mogą trafić się wszyscy. To co zachwyci 20latka często spłynie po mnie, jak woda po kaczce i odwrotnie. Nie można zakładać, że odbiorcy na fb są jednakowi. Sama mam kilka firm, które mnie zniechęciły sposobem komunikacji przez fanpage na fb. Dobrze, że wpisy admina na fb nie wpływają na mój odbiór produktu, ale po co to jest w takim razie? Właściwie na dobrą sprawę mi akurat fanpage nie są potrzebne do budowania wizerunku o firmie, marce. Szybciej zaszkodzą, niż sobie pomogą. Ale umówmy się, odbiorcy są różni.

Dopóki fanpage nie przejmuje funkcji głównego narzędzia istnienia w świadomości odbiorcy, dopóty jest ok. Jednak takie komunikaty jak wrzucony powyżej są dowodem, że coś się pomieszało. 

Drodzy autorzy stron, blogów itp. Szczerze, to mnie fanpage nie interesują. Strony, które śledzę mam w zakładkach. Jeśli wchodzę gdzieś przez linka z fb, to ok, ale to, czy wrócę, zależy już od zawartości strony docelowej. Dziwi mnie, że właściciele stron tak łatwo oddali komunikację, jej główny kanał fanstronom, stawiając je na szczycie. Szczególnie przy blogach bywa to dziwne, gdzie to blog jest w końcu najważniejszy, jest miejscem docelowym.

Tak patrzę na to wszystko z boku i sobie myślę, że twórcy poszczególnych funkcji, narzędzi na fb są naprawdę zajebiście dobrzy. To, że świat oszalał za lajkami, to że ludzie proszą o kliknięcie czegoś, bo ich nie będzie widać, to że znajomi chcą mnie dodać do kalendarza, bo bez tego ni w ząb nie będą wiedzieć kiedy mam urodziny, to że handluje się fanpagami z określoną liczbą fanów, wow, szacun. Fb jednak jest zajebiście dobre w stawaniu się niezbędnym, potrzebnym, tlenem marketingu, komunikacji w necie. Bez fanpage nie istniejesz. Uwierz w to :-) Strony mogą być najlepsze, najładniejsze, z najlepszą treścią i o najlepszym produkcie, najlepszego autora. Może ktoś na nie trafi. Może, ale z fanpage trafi więcej osób. Bo tego się w końcu boją właściciele fanpage - że znikną. Dla kogoś starego jak ja, kto żył nie dość że przed netem, kto i tak trafia na produkty i usługi bez opinii w sieci, kto i tak trafia na fajne strony bez fanpage, kto w końcu obserwuje to od wieków, to te uzależnienie od społecznościówek jest niebywałe.
Wow.
To ja pozostaję i tak przy starych metodach śledzenia ulubionych stron i nie muszę odwiedzać stron wielu producentów a już zupełnie śledzić ich fanpage. Mogę, ale nie muszę, żeby cenić ich produkt. To tylko fanpage.
Postaw go na właściwym miejscu. W szeregu.

27.10.12

Chaos w kuchni, witaj jesieni

Są firmy, które wybieram już prawie w ciemno. Od lat jest to np. Sante. Podoba mi się ich misja a do tego mam słabość do Agnieszki Maciąg, która z nimi współpracuje. Agnieszka M. jako jedna z pierwszych osób w Polsce propagowała slow life. Tak. Na pewno. Co prawda nie zgadzam się z nią w kwestii żywności funkcjonalnej, ale slow life to i tak mocny wspólny mianownik. 

Dziś mam dzień "nie ma mnie. siedzę w kuchni".
Oznacza to też jedno: jedzenie może będzie, ale chaos na pewno:

połowa chaosu. dobrze mi.



Już dawno nie miałam do tego okazji, dlatego dziś oddałam się temu z przyjemnością. Na pierwszy ogień poszły racuchy owsiane właśnie z Sante. Tak, oczywiście można je zrobić wg pierwszego lepszego przepisu, ale mieszanka Sante spodobała mi się. Cenię ich za naprawdę dobre składy produktów.  I chociaż bardzo rzadko sięgam po gotowe mieszanki, to Sante ufam i czasami się wyręczam



z powidłami śliwkowymi smakują genialnie


W amoku kuchennym ugotowałam jeszcze zupę dyniową i upiekłam chlebek kukurydziany z czarnymi oliwkami i kolendrą i czosnkiem z cebulą. Pyszny jest. Przepis prosty i nie da się nic zsuć. Ciepły chlebek, a'la ciabatta z masłem i mogę leżeć i tyć oglądając filmy :-)

upieczony w glinianym naczyniu. lepiej mi pasowało niż zwykła blacha.

Zupa dyniowa jest moim debiutem i gdyby nie prostosa przepisu Ewy Drobek (czyli też 5 przemian), to bym się nie podjęła tej nierównej walki z tym wielkim pomarańczowo zielonym potworem. Nóż Fiskarsa okazał się bezcenny. Wygrałam z dynią, ale coś mi się zdaje, że się nie zaprzyjaźnimy i nadal będę polować na zupę dyniową mojej chrzestnej. Ogarnięcie kuchni po tym dniu będzie ostatnim wyzwaniem. Podejmę je w towarzystwie ścieżki z Havana Nights. Zaczynam znowu czuć salsę w ciele. Pobojowisko miesiąca. Ja to mam dar, ale warto było. 
Gotowanie jest genialne. Dobrze, że nadeszła jesień, bo będę się częściej wyżywać. Magia wróciła. Magia gotowania.

26.10.12

Oddech w slow life

Gonitwa myśli?  

Poczekaj. Zatrzymaj się.



Siedzisz wygodnie?

Tak, wiem, to bez sensu.

Popatrz na mnie. Nie, nie uciekaj wzrokiem. Popatrz. Tak, popatrz na ten tekst.

Uspokój myśli.

Tak. Właśnie teraz. Zatrzymaj je.


Zatrzymaj.

Zapatrz się w monitor. 

Poczuj jaki masz płytki oddech. Uspokój go. Zacznij głęboko oddychać. Odchyl głowę do tyłu. Pokręć nią na boki. Czujesz spięcie karku, prawda? Spięte wszystkie mięśnie bronią się przed Tobą. I słusznie. Zostaw je na chwilę w spokoju.

Oddychaj głęboko. Już? Masz?

Jeszcze 10 razy.

Powoli.

Zamknij oczy. Jeszcze 9 razy... wdech, wydech. Albo jeszcze tyle, ile będziesz mieć ochotę. Te 10 to minimum.


Uśmiechnij się.


Jak to jest poświęcić chwilę tylko swojemu ciału?

Powtórz to zawsze, gdy poczujesz, że masz gonitwę myśli, nie możesz ich pozbierać, gdy rozbiegają ci się jak szklane kulki po podłodze. Daj sobie chwilę. Slow down.

To jest wstęp do slow life.
Gdziekolwiek będziesz, zawsze możesz zacząć po prostu głęboko oddychać. Zawsze.

To wystarczy na początek. Reszta przyjdzie z oddechem.

Kodeks zołzy

nr 1.




Cierpliwość i asertywność - dwie cechy, które doprowadzają faceta do pasji albo miłości. Bez różnicy. On też nie rozróżnia i mu się myli.

Działają zawsze,



chociaż ciągle nie wiadomo dlaczego.


25.10.12

Fetysze, fetysze, ach te fetysze

Fetysze. Kiedyś zaczęłam ten temat powierzchownie, ale dziś mam nastrój do niego wrócić.
Zapach, feromony rządzą światem zmysłów nie mniej niż dotyk. Dotyk ma rzadziej okazję zadziałać. Zapach ciała, zapach perfum otacza nas prawie cały dzień. Działa. Och jak bardzo. Są ludzie, których zapamiętuje się po zapachu. Dzięki niemu. Niby moment powitania, chwila nieznacznego zbliżenia, uścisk dłoni, ruch głową i wystarczy. Kod dostępu do wyobraźni.



21.10.12

Slow na Maxa

Max Kolonko udzielił świetnego wywiadu dla Onetu. Bardzo sobie cenię wywiady z ludźmi żyjącymi na zachodzie, bo mają często moje spojrzenie na świat i na Polskę. Czytając ich oddycham, bo wiem, że nie zwariowałam, nie odbija mi palma i nadal, 17 lat od powrotu do Polski nie tracę dystansu w ocenie.

To, że media często zalewają nas tandetą jak produkty na wagę w hipermarkecie to nic nowego. Ludzie dzielą się dla mnie na dwa typy: tacy, którzy to kupią i będą się wkurzać, że taka tandeta oraz takich, którzy nawet się koło tego nie zatrzymają. Jak ja.
Dlaczego? Bo to jeden z puntów zarządzania czasem. Jeden z ważniejszych. Segregacja, selekcja informacji i ich źródeł.  Zdecydowanie lubię nie wiedzieć, niektórych rzeczy, nie znać jakiegoś nazwiska, jakiejś sprawy, bo wychodzę z założenia, że o tych ważnych wiem.
O tych zabawnych też.

20.10.12

Otulenie. I trochę o naturze szablonów

Tak samo jest z szablonami na blogi, jak z urządzaniem mieszkania. Ogrom możliwości mnie rozstraja. Nie lubię tego. Serio. Z każdym jednym blogiem w życiu miałam i miewam ten sam problem, dopóki nie trafię na coś, co mi odpowiada na dłużej. Szablony to jest coś, co zmieniam częściej niż smak ulubionej herbaty. Zmienia mi się z nastrojem, porą roku, ogólnym samopoczuciem. Jak dla mnie, to po prostu rekompensuję sobie brak możliwości zmiany urządzenia mieszkania co rok. Albo dwa. Albo domku. Aż znajdę swój ideał. A nie da się w jednym miejscu, na jednym blogu, połączyć wszystkich stylów i charakterów pomieszczeń. Nie da się od razu złapać tego, czego się szuka. Bo się szuka czasami latami ;-)

Na bloga wchodzę jak do trzeciego pokoju, którego nie mam.  I chcę czuć w nim określony klimat, bo to mój blogasek (każdy jeden), moje miejsce, moje kochane i lubię się na nim dobrze czuć (z całą sympatią do czytelników - to ja mam się tu dobrze czuć. Jak w mieszkaniu. Jeśli komuś odpowiada, to świetnie, cieszę się, jeśli nie, no to trudno. Ja na cudze meble też nie patrzę, bo niech każdy ma na miarę swoich możliwości i wg gustu). Z blogami jest naprawdę jak z mieszkaniami, domami, zamkami, apartamentami, loftami, balkonami, ogrodami. 

Jazz - 10 w skali Beauforta

Od powrotu z Berlina i Szczecina, gdzie radośnie poczułam wiosnę i chodziłam bez płaszcza, jestem przeziębiona, przez to marudna, co odczuwają z zasady inni. Wczoraj poprawiłam sobie samopoczucie na zajęciach latino, bo już prawie zajebiście tańczę sambę. Podoba mi się śledzenie własnego ciała w lustrach a to już znak, że coś się dzieje. Nie zmienia to faktu, że katar i ból gardła nie daje mi żyć, przez co ja nie daję żyć innym. Oczywiście imbirówka stoi w kubku termicznym Sturbacksa na moim biurku, ale przemęczyć się muszę. Ale ja nie o tym miałam...


18.10.12

Ja i robot

Idziemy z J. Targi. Berlin. Rozmawiając zbliżamy się do jakiegoś stoiska, przy którym stoi robot. Patrzę na niego kątem oka błądząc myślami w rozmowie. Robot nie byłby niczym szczególnym na takich targach. Postać porusza się mechanicznie. Kilka kroków przed nami idzie chłopczyk zbierający firmowe gadżety. Na każdych targach nie brakuje ludzi, którzy przychodzą po długopisy, torby, naklejki, smycze. Chłopczyk idący przed nami też jest tu po to. Patrzę na robota  zbliżając się. Chłopak przystaje na wysokości robota... który w tym momencie obraca się w jego stronę, kiwa przywołującym, mechanicznym gestem ręką a właściwie samą dłonią i rzuca coś. Ten gest mnie trochę zaskoczył i wybił z rozmowy. Podchodzimy. Robot zwraca się w naszą stronę. Patrzę zaskoczona, bo widzę już, że to mim, ale jego oczy... Tęczówki ma zakryte czerwono-białymi soczewkami, o wzorze przypominając dwukolorowe koło fortuny. Zatrzymałam się jak zahipnotyzowana, widzę, że sięga po coś do szufladki. Zaraz mi to rzuci. Proszę gestem, żeby chwilę zaczekał. Zwracam się do J. - zrób nam, proszę, zdjęcie.

15.10.12

Oddech

Oddech...


Potrzebowałam go dziś. Dziś miałam dzień zupełnego, 100% slow. Odwołałam rano wszystko, wszystkich (kilka telefonów i maili się nie liczy). Dziś potrzebowałam bardzo takiego właśnie dnia. Reset. Zupełny. Nawet nie włączałam muzyki. Chciałam ciszy. Poleżeć, po prostu poleżeć. I poleżeć. I nie myśleć.




Jutro rano znowu wyjeżdżam, o czym przypomina mi niespakowana walizka na środku pokoju. Och, jeszcze moment. Jeszcze chwilę poleżę. 

14.10.12

Best of Gdańsk, czyli Blog Forum Gdańsk ad 2012

Są różne rodzaje imprez zamkniętych. Na niektóre jedzie się z pełnym orgazmem, na niektóre jedzie się za karę, na niektóre jedzie się, bo się jeździ. Z targami, konferencjami różnie bywa. 
Są jednak takie, na których chce się być. Chociaż raz, a kolejne razy z ciekawości, co będzie tym razem. Gdańsk to Gdańsk, jednak od kiedy powstały obwodnice, odbyło się EURO i odbywa się BFG kocham go jeszcze bardziej. Moja duma sobie kwitnie. Co miało w sobie Blog Forum Gdańsk Anno Domini 2012? 


11.10.12

Pięć przemian, Ciesielska, diety i coś extra

Doładowałam energię najnowszą książką Anny Ciesielskiej "Filozofia smaku" i od razu nabrałam apetytu na kilka potraw. Oj będzie mi się w kuchni działo tej zimy... Uwielbiam jej długie przepisy, kocham styl pisania, może dlatego że przypomina mi moją ukochaną babcię. Taka niewymuszona, lekka, głęboka mądrość z delikatnym sosem nowoczesności. Pani Ciesielska pięknie idzie przez życie, bardzo slow, bardzo mądrze a przy tym z tą wielką wiedzą o pp. Muszę jeszcze pomyśleć i poukładać się z jej słowami. 


10.10.12

Czego się napijesz?

Powiedz, czego się napijesz a powiem ci, kim jesteś :-) Baileys wypuszcza kolejną reklamę. Kolejną wykwintną.

Od lat czasami się dyskutuje o zniewieścieniu facetów i utracie kobiecości przez kobiety. Znowu i znowu i coraz bardziej. Jak patrzę na to z perspektywy kobiety w pięknym wieku dalekim od nastoletniego, kobiety, która zawsze obracała się w świecie 100% samców z reguły starszych (przynajmniej tych od związków) i dzięki nim kształtowała gust, kobiety, która nie ma wątpliwości, co jest kobiece, a co już nie i która z niejednego pieca chleb jadła, to wszystko lśni jasnością bez braku wątpliwości.


9.10.12

Porzuć MOM

Kto lubi kupne pasztety, parówki, klopsy? Polecam zwrócić uwagę na jeden składnik: mięso oddzielane mechanicznie, bądź skrót MOM. Udział % jest dla mnie bez znaczenia. 
Czym jest mom? Odsyłam do wiki TU. Dowcip polega na tym, że sprawa jest bezdyskusyjna. Mom wywołuje we mnie odruch wymiotny, gdzieś od 2 lat, gdy obejrzałam o tym program. Ktoś powie "co z tego, że to resztki, odpad, którego nawet by się nie tknęło w sklepie przed obróbką?". No to powiem tylko "smacznego". Jak widzę na półce produkt z MOM-em, to grzecznie odkładam go na półkę. W końcu do dziś podobno gotuje się rosół na kurzych łapkach itp. W mojej kuchni to jednak nie zaistnieje.
Jeśli skład nie jest podany (co się zdarza przy stoiskach ze sprzedażą na wagę) to tym bardziej nie bierzemy. Przemiła pani ekspedientka nie zna składu na pamięć a nawet jeśli zna, to to nie jest konkurs recytatorski i ja poproszę etykietę producenta.


Zakochać się w Gdańsku... w Blog Forum Gdańsk


Ja to mam znowu dobrze :-)

8.10.12

Prawie jak Allen

Powstaje kolejny film, który promocja firmuje nazwiskiem Allena. Oczywiście ku jego chwale. 
Paryż Manhattan, to tytuł nowego filmu. Filmu, na który nie pójdę, bo jeszcze nie doszłam do siebie po traumatycznym przeżyciu, jakim był 2 dni w Nowym Jorku, po którym na długi czas miałam alergię na j. francuski. 




Mam bardzo mieszane uczucia widząc takie produkcje. Mam bardzo mieszane uczucia czytając porównania do Allena. Mieszane ze wskazaniem "co to do diabła ma być?". Owszem, rozumiem, że dobrze się zarabia na cudzym nazwisku i mnóstwo ludzi to robi, bo nie każdy rodzi się kreatywną bestią potrafiącą obserwować, analizować i opisywać jak Allen i właściwie ludzie przeważnie nie mają z tym problemu, ale ja akurat mam, bo to jest już miałkie, a ja kocham Allena za talent, błyskotliwość, dialogi, zdrowy cynizm, poczucie humoru i dystans, na objawieniu tych cech w filmach kończąc. Widziałam wszystkie, mam wyrobiony pogląd. Kropka. Nie uczę się na pamięć dialogów, bo też po co. Przepisów kulinarnych też się nie uczę na pamięć. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że powstają produkcje, w których tak bezpardonowo wykorzystuje się porównanie do Allena a w drugim przypadku same jego teksty. O ile "Paryż Manhattan" uważam za niegroźny, chociaż absurdalne dla mnie jest tworzenie filmu w oparciu o teksty z innych filmów, co z jednej strony jest nowym zjawiskiem (bo nie jest to parodia), tak zastanawia mnie, jak ktoś robiąc to, może uważać się za artystę. Co będzie następne? Fabuły filmów kopiowane z dialogami sklejane w nowość fabularną? Reklamowane słowami "Najlepsze testy z "Gwiezdnych wojen połączone z najlepszymi scenami z "Nagiego instynktu" okraszone muzyką z "Casablanki"? Co się dzieje z kinem? Co na to autorzy oryginałów? Czy jakiś autor uważa to za dowód uznania? Serio?

Powiem jedno: gdy będę chciała wrócić do najlepszych tekstów Allena, to wrócę do jego filmów, bo jest do czego wracać. 

Na koniec, nie bardzo rozumiem, dlaczego miałabym iść na coś, co jest PRAWIE jak Allen? To świat podrób, udawaczy, prawie oryginałów jest już tak mocny, że twórcy filmów sami chcą tego określenia? Być prawie jak Allen i się z tego cieszyć?   Puk puk? Jest tam ktoś? Bycie w życiu w ogóle "prawie jak..." jest smutne. Dążenie do tego po stokroć cieńsze. Widocznie takie "prawie" czasy, którym ja mówię "weźcie to ode mnie".

Serio, zastanawia mnie, że ludzie tak nisko upadają w sztuce. Na "2 dni w Nowym Jorku" poszłam z przyjaciółką z rozpędu, bo dwie blondynki nie doczytały. Myślałyśmy, że to nowy film Allena, chociaż ja powinnambyła skojarzyć z "2 dniami w Paryżu", który akurat był dobry. Na raz, ale ok. Nawiązanie w reklamie do Allena było zwykłym chwytem marketingowym. Tak, dałam się nabrać i do dziś mnie to drażni. Z tego powodu też. Pośpiech decyzji pójścia na ten film zrekompensował nam późniejszy wieczór nad kawą, przy której nie zostawiłyśmy na filmie suchej nitki. Taka wersja light pmsa :-)

Że się dwie wyjadaczki dały nabrać. Bywa, nie? :-)

Ale i tak patrząc na opis filmu "Paryż Manhattan" zastanawia mnie brak ambicji autorów. To tak jakby wydać książkę z najlepszymi (subiektywnie nie wiem według kogo) fragmentami książek np. Wiśniewskiego, albo założyć bloga z fragmentami z innych blogów (a, no tak, to już miało miejsce w przypadku blogów kulinarnych), nie. Nie przemawia to do mnie. Uważam to za coś niewartego wydania złotówki. Odtwórczość powinna mieć jakieś granice. Skoro nie wyznacza ich świat, to ja wyznaczam je sama sobie. Jak przed podróbą na półce czy obrazem stylizowanym na Kandynskiego. Tandeta to tandeta.


4.10.12

Zatęsknić za Jobsem

Gdy umarł Steve Jobs napisałam na fb, że bez wizjonera ta firma długo nie pociągnie jako lider na rynku. Po czym widzę, że może tak być? Po reakcjach na nową "5", po kręceniu nosem już na 4S (ależ improwizuję z tymi nazwami, bo tylko na tyle mnie to interesuje, nie to jest istotą tej notki ;-)


Co powoduje brak lidera, przywódcy? Słabsi nie boją się zaatakować stada. Apple jest ostatnio bardzo mocno podgryzany przez konkurencję i nie tylko. Chwieje się przede wszystkim ich wizerunek, marka, czyli to, co najważniejsze. Na różne sposoby. Traci również w oczach "wiernych" fanów swoich produktów. Produkty są dalej kochane, ale tak jakby łatwiej, chętniej się je krytykuje, hejterzy, kręci nosem. Czy są faktyczne gorsze? Nie wiem. Słabsze? Przecież niektóre parametry się poprawiły. I co z tego? Nic. Nie ma siły Jobsa. Produkt jak produkt, a gdzie magia? Nie ma. Coś mi się zdaje, że Jobs nie wypuściłby na rynek czegoś, co będzie czystym wyciągaczem kasy. 


Kiedyś nie słyszałam takiej krytyki na Apple jak w ostatnich miesiącach. Właściwie nigdy nie słyszałam. Produkty Apple'a albo się chciało mieć, albo nie, ale nikt (mało kto) ich tak mocno nie atakował jako takich. Marka miała się doskonale a to jest w sumie najważniejsze, bo każdej firmie zdarza się teraz wypuścić czasami "bubla". To nie jest najgorsze, co się może zdarzyć.Najgorsze jest, gdy użytkownicy zaczynają się czuć "robieni w jajo".

Śmierć Jobsa bardzo, bardzo osłabiła markę Apple'a. Widać, że jego następca jak na razie nie dał rady go zastąpić, co mnie nie dziwi, bo wizjonerów się tak łatwo nie zastępuje. Jeśli ktoś jest wizjonerem, to tworzy własne imperium. Jednak marka Apple jest tak silna, że spokojnie można byłoby zachować jej rolę lidera w innowacyjności, ale potrzebny byłby ktoś o sile, charyzmie Jobsa. Umarł król, niech żyje król? Tu nie ma króla. 


Takie są dzieje w przypadku wszystkich wielkich postaci, firm, partii politycznych, szczególnie widać to w świecie mody czy sztuki, wszelkich trendów (słowa, idee Coco Chanel są żywe do dziś) i nie ma dyskusji. Dobrze prowadzona marka, może żyć wiekami.

Bez przywódcy, bez mocnego, silnego wizjonera nie takie marki podupadły, padły, zostały przejęte i zmarnowane, albo ciągną sobie siłą dawnego rozpędu. Mimo wszystko, za każdą marką, logo, stoi KTOŚ, kto to stworzył, jego następcy mają dwa wyjścia, albo to zmarnować i wyciskać z marki ile się da i jak długo się da, albo kontynuować, rozwijać główną IDEĘ. Dzieje się różnie. 

Charyzma. Gdzie jest charyzma? Echo wybitnych talentów słychać latami. Echo Jobsa będzie też słyszalne jeszcze długo. O ile jego następcy nie zniszczą tego co zbudował Jobs, nie zagłuszą pochopnymi posunięciami skierowanymi na suchy zysk a nie na rozwój innowacyjności.  Teraz to już tylko czas pokaże, co z tego będzie za 5-10 lat, ALE nie można wykluczyć, że może jednak pojawi się ktoś tak silny, kolejny wizjoner, który będzie chciał włożyć swoje serce w Apple'a. Nie wiadomo. W końcu nie jedna marka dzięki temu odzyskała dawną świetność.

A tak poza tym, kto jeszcze jest kolejnym, nowym Jobsem naszych czasów? Jakieś typy? ;-) Ja kilka mam (w Polsce, albo raczej z Polski chociażby Tomek Tomczyk), ale potrzebują jeszcze trochę czasu. Odrobinę. Pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie, Jobs był fascynującą postacią. Sam w sobie. Czego by o nim nie mówić. Cóż, w życiu już tak jest, że nie wystarczy chcieć, nawet bardzo mocno. Trzeba jeszcze mieć ten dar. Uwielbiam obserwować, słuchać wizjonerów, podziwiać sam sposób myślenia nieprzewidywalny dla przeciętnego człowieka. Sama jestem wizjonerem tylko na mikroskalę i dobrze mi z tym, jednak tych wielkich podziwiam bezkrytycznie, bo taka siła napędza świat, czasami wystarczy to, żeby nabrać wiatru we własny żagiel :-)

Ciekawy artykuł znowu na HBR. Oni mi czytają w myślach :-) Polecam, bo naprawdę bardzo fajnie motywujący tekst do popołudniowej kawy

PS. Muszę w końcu sięgnąć po biografię Jobsa. Koniecznie. I przy okazji trafiłam na wywiad z kolejnym wizjonerem. Kevinem Robertsem. Jako marketingowiec zgadzam się z nim w poglądach. I to bardzo. Szczerze mnie to cieszy, gdy czytając takie wywiady trafiam na własne poglądy. Tzn. dla mnie, że jestem na właściwej drodze. Good girl :-)

3.10.12

A zakład? Czyli przekora motywacji

Co jest najlepszą motywacją? Co nas uskrzydla? Daje kopa, popycha do przodu? Popychanie przez rodziców, pochwały, poklepywanie po plecach, pocieszanie w razie niepowodzeń? Nie. To są motywatory drugorzędne. Jak komplementy. Ostatnio przeczytałam dobre zdanie "Kobieta mądra przyjmuje komplementy, kobieta naiwna wierzy w nie". Święta prawda. Co za nią stoi? Wartość słów jako takich, ale przede wszystkim poczucie własnej wartości. Setki komplementów, pochwał nie mają tak naprawdę żadnej wartości. Siła, wiara w siebie musi, po prostu musi płynąć ze środka. We wszystkim co robimy. Co tak naprawdę daje prawdziwego kopa? Zniechęcenie, chwile niemocy, zakłady, które wartościują niewiarę w możliwości, słowa pozornie podcinające skrzydła. Dlaczego? Ano dlatego, że we wszystkim musimy sprostać własnym wymaganiom. Przeskoczyć własną poprzeczkę. Żadne popychanie tego nie zmieni. Czy nagrody są w życiu ważne? Przez moment. Przez krótką chwilę, albo w chwilach własnego zwątpienia. Po prostu patrząc za siebie widzimy, co było, ale to przed nami jest to, czego chcemy. Złapany królik to już tylko złapany królik. Gonimy następnego. No chyba że ktoś całe życie goni jednego.

Najważniejsze, co w życiu osiągam podparte jest cudzą niewiarą. Nie nakazami, zakazami, oczekiwaniami, ale właśnie niewiarą w moje możliwości. Oczywiście nie wszystkich, a tylko ludzi dla mnie ważnych, co też okazuje się w dziwnych momentach i relacjach. Najwięcej w dużej mierze zawdzięczam mojemu ojczymowi, chociaż długo miałam do niego żal, bo to on pierwszy się ze mną założył, że nie osiągnę w życiu pewnej rzeczy. Do dziś mam złoty naszyjnik, który mi dał wiele lat temu za przegrany zakład. Szkoda, że nie chciał się już więcej zakładać :-) Naprawdę mało co tak motywuje, jak cudze zwątpienie. Ci, którzy nas wspierają, są ważni, ale to co innego, oni będą z nas dumni zawsze. A to mało motywujące niestety. Czasami zdarza mi się wspierać osoby, w których widzę, czuję potencjał do osiągania dalekich, wielkich z dzisiejszego punktu widzenia celów, celów, w które sami dziś patrzą jak w kosmos. Gdy im mówię, że wierzę, ba, wiem, że to osiągną, przyjmują to jak miłe słowo. Wiem wtedy, że sami w to nie wierzą. To tak bardzo widać... Szkoda. Może zacznę się zakładać, dla prowokacji, dla motywacji? :-) 
Marzenia, jako realne i nierealne... to nasz wybór. Czasami wystarczy chwila rozmowy z człowiekiem, by wiedzieć, czy ma odwagę i motywację do spełniania wszystkich.

Wracając do przewrotności motywacji, życia. Każdy pewnie ma takie doświadczenie, że potwornie mu się czegoś nie chce, ale jednak to robi i wychodzi doskonale. Mój dzisiejszy przykład: Środa ÷ Salsa. Po powrocie z pracy położyłam się, bo mnie zmogło. Przebudziłam się pół godziny przed początkiem i powiedziałam magiczne "o ja pierdolę, jak mi się nie chce". Poleżałam jeszcze trochę, poszłam leniwie się przebrać, wyszłam na zupełnym zniechęceniu, ale w końcu to raz w tygodniu... I co? Było świetnie. Doskonale mi się tańczyło. Sama patrzyłam na siebie w lustrach z podziwem i nie rozumiałam o co chodzi, ale to było w sumie nieważne. Doskonale mi szło. Nie próbowałam nawet myśleć, po prostu tańczyłam. Koleżanka przypomniała mi na fb, że tak samo to działa, gdy nie chce nam się iść na imprezę. Prawo paradoksu się zawsze sprawdza: takie imprezy są najlepsze. Bawimy się genialnie. Przekora. Wszyscy to odczuwamy. Nie warto się jednak poddawać. Mówimy sobie "żaba, garnek, proszę". Będzie dobrze, albo będzie beznadziejnie, nudno i bez sensu, ale bez znaczenia. Idziemy. Pewnie właśnie na przekór sobie to robimy. Nie mam pojęcia. Ale to działa w wielu dziedzinach życia. Po różnych perturbacjach powiedziałam 10 lat temu M. żeby do mnie więcej nie dzwonił, bo zmęczyła mnie sytuacja. Kilka miesięcy później był już moim mężem, biznesowo takie sytuacje mają też często miejsce, gdy stawiamy sprawę na ostrzu noża, bo czujemy, że nie mamy nic do stracenia i w efekcie wygrywamy najlepsze rozwiązanie. Przekora życia. A pewnie też, że tak powiem, wyjebizm. Luz. Obojętność. To naprawdę często potrafi zaskoczyć i zawsze działa. Jedyne czego nie możemy, to poddać się. A może i nawet tak, ale tylko po to, żeby odpocząć i zmylić przeciwnika :-) 
Nawet jeśli cholernie, potwornie nam się nie chce. To mi zawsze będzie przypominać trasę nad Morskie Oko i myśli, jakie chodziły mi wtedy po głowie. To naprawdę jakaś przekora losu, który sprawdza nas nami samymi.

Tak, oczywiście ludzie są różni i na niektórych działa motywująco tylko głaskanie i pochwały. Jeśli tego nie mają, to się poddają i porzucają cel. Tak działa większość. Ci, którzy naprawdę idą do przodu są jak nasi koszykarze: wsparcie jest ważne, ale osiągają cele przede wszystkim dla siebie i własnej satysfakcji.  Sukces jest efektem ubocznym ich zaangażowania i skuteczności a nie celem. Proste.  

2.10.12

Crash test, czyli poczucie bezpieczeństwa

Czy poczucie bezpieczeństwa można kupić? Jak wszystko. Człowiek jest dość hipokratycznym stworzeniem. Właściwie nie "dość", a "bardzo". Jak żadne inne, co innego mówi, co innego myśli a co innego czuje. Taki popieprzony gatunek z sercem i rozumem, które od dawna zawładnęła genialnie nieistniejąca dziś Telekomunikacja Polska przejęta przez Orange bardzo zgrabnie, marketingowo i mistrzowsko dyplomatycznie.
Człowiek jednak nie zmienia się w swojej naturze i uwielbia czuć się fantastycznie ze swoimi wyborami. Ja też jestem człowiekiem. Wiem, wiem, to wstydliwe wyznanie, ale co tam. Mimo, że mój zajebizm jest ponad skalą, to nadal nie czyni ze mnie niczego lepszego niż człowieka. Chociaż nie tracę nadziei. Kiedyś powstanie coś lepszego od facebooka, tak i ewolucja nie zostawi na nas suchej nitki. Fajnie byłoby tego dożyć. Anyway...

Poczucie bezpieczeństwa. Czego byśmy nie robili, lubimy je mieć. Nawet jeśli pozornie się zabezpieczamy. Pozornie po stokroć. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w życiu mamy więcej szczęścia niż rozumu. Ciągle. Wtedy, gdy go nie mamy zdarza się coś, co powszechnie nazywa się wypadkiem. Łatwo to zauważyć, patrząc na wszystkie w życiu sytuacje "prawie". Ułamki sekund, milimetry dzielące nas od wybicia sobie zębów, zderzenia z jakimś oszołomem, wykonania niewłaściwego telefonu, wysłania maila na nie ten adres, zalajkowania czegoś, z drugiej strony (nie)wykorzystania jedynej okazji żeby coś zrobić, gdy zagina się czasoprzestrzeń po to, żeby nam to umożliwić. W życiu będą miliony takich momentów. To się nazywa szczęście. Ale szczęściu dobrze czasami pomagać. 

Ha i tu odskakuję do jednego z bardziej przyziemnych tematów: bezpieczeństwo jazdy. 
Tak. Od radosnych 5 lat jestem kierowcą (więc nadal młodym ;-) i pomijając, że nie wyobrażam sobie już życia bez samochodu jako kierowca i dziwię się, że tak długo czekałam ze zrobieniem prawka, co było jednak kwestią wychowania. Moja babcia mi mówiła, że prawdziwa dama nie prowadzi, tylko jest wożona i bardzo, bardzo długo tak było i tak działało w mojej rodzinie. Po prostu. Samochód prowadził mężczyzna. Mąż był ostatnim mężczyzną, który to uskuteczniał kilka lat i który w końcu zmobilizował mnie do zrobienia prawka. I chwała mu za to. Od kiedy zyskałam samodzielność to bycie pasażerem zdarza się, ale nie należy już do przyjemności.

Kocham prowadzić, kierować, decydować, reagować, przemieszczać się nieskrępowanie z punktu A do punktu B, czasami przez punkty C, M i H, to ważne jest dla mnie czym się przemieszczam. Ostatnie 8 lat spędziłam w Peugeot 206 zwanym Pugi. Słodki Pugi po 8 latach (chociaż był świeżynką prostu z linii produkcyjnej) zaczął się za często psuć i znudził mi się tak potwornie, że zmieniłam go na Forda C-Max. Brzydal z niego, chociaż młodszy kilka lat od Pugiego.  To i tak brzydal. Serio. Ford jest tak brzydki, że aż go kocham, ale przynajmniej nie płaczę widząc jakąś delikatną rysę. Te najnowsze C-Maxy są już zupełnie inne. Pokochałam mojego dopiero po pierwszych miesiącach a już zupełnie po trasie do Zakopanego. Właśnie mija nam pierwszy wspólny rok i długo nie zamienię go na innego. Przekonał mnie, że jest na dalsze trasy idealny, chociaż w mieście też ma swoją grację i zawsze znajdę nim miejsce do parkowania. Duży, pakowny, wygodny, zwrotny, mało pali a ma niezłe przyspieszenie jak na swoje parametry. Pugi był idealny do miasta i na krótki trasy. Na dalszych? No dobrze, dawał radę, ale gdybym miała jeszcze raz nim daleko jechać, to szybciej wybrałabym pociąg. Ford jest tak wygodny, że nie ma porównania. Nawet mimo brzydszego kokpitu i linii nadwozia. Co jednak łączy oba samochody, poza tym, że są czarne i podobno oba mają silnik Peugeota? 

Meritum: klasa bezpieczeństwa wg euro ncap. Poważnie. Wybierając samochód powinniśmy traktować to jako jeden z głównych czynników. Oczywiście, że ncap daje pozorne bezpieczeństwo przy prędkościach niby banalnych, ale jednak jakieś daje. Przed decyzją o zakupie warto sprawdzić ile ma gwiazdek. Owszem, przy starszych modelach to się zmienia, niektóre modele tracą gwiazdki, co uważam za plus, bo oznacza to, że producenci nie tylko liftingują modele, ale znacznie poprawiają konstrukcję aut. Wystarczy obejrzeć filmy crashtestów. Różnice są kolosalne pomiędzy modelami. 


Cenię sobie ncap dlatego, że dzięki temu (też oczywiście krytykowanemu), standaryzowanemu systemowi oceny producenci mają punkt odniesienia przy projektowaniu samochodów. Punkty odniesienia, których poziom ciągle rośnie, dlatego też ta klasyfikacja się zmienia i warto zaglądać do niej co jakiś czas, ew. właśnie przy zakupie samochodu.
Na pewno nie wybrałabym samochodu, który nie ma tych 4*. Wypadki chodzą po ludziach, ale lepiej w razie czego dać sobie szansę przeżycia. Kupując samochód (planując zakup, nawet w przyszłości) nie oceniajmy jedynie przebiegu, spalania, stanu blachy i tych wszystkich rzeczy, którymi podniecają się głównie mężczyźni. Owszem, cena jest ważna, wygląd jest ważny, wszelkie parametry są ważne, ale bezpieczeństwo w samochodzie, czyli puszcze którą się przemieszczamy, niech będzie również uwzględniane, bo jest prawie najważniejsze - może kiedyś uratować nam życie.

Nieraz słysząc o wypadkach słyszymy, mówimy "miał szczęście, że..". Tak. Też. Ale przeważnie miał też samochód, który go ochronił. W "bezpiecznym" aucie można wypadek przeżyć w dobrym stanie. Na przestrzeni lat mojego długiego życia nie raz słyszałam o dachowaniu, zderzeniach czołowych itp. Ci znajomi przeżywali chodząc ew. z kołnierzem, bądź gipsem, chociaż ich samochody nadawały się do kasacji. To daje do myślenia.

Oczywiście i tak sobie i innym życzę bezwypadkowej jazdy bez crash testów na żywo.

1.10.12

Jedz, pij, celebruj. W Gdańsku

Uwielbiam Gdańsk, nie za sam fakt, że się tu urodziłam. Mało które inne miasto nie odzyskuje świetności, nie rozwija się, nie jest taką kolebką pomysłów, technologii, ale też przepotężnej historii. Żadne miasto nie ma takich dróg, tylu obwodnic, szybkiego połączenia z autostradą, jednego z najlepszych lotnisk w Polsce. Z drugiej strony cudownego Starego Miasta, któremu w całokształcie dorównuje jedynie Kraków. Na taką klasę pracuje się wiekami. Setkami lat. Z kolejnej strony Gdańsk jest kolebką wolnomyślicieli, kreatorów, naukowców. To miasto od wieków było "początkiem". Czytając jego historię zawsze rosnę z dumy. Patrząc na jego rozwój również. Tak, jestem zakochana w moim mieście. Ostatnio będąc w górach poczułam, że mogłabym tam żyć za klimat i widoki, ale musiałabym zabrać Gdańsk i okolice ze sobą. Gdańsk jest za bardzo mój. A ja jego. Za górami będę romantycznie tęsknić i chętnie tam wrócę. Na urlop. Jeśli kiedyś będę miała nadmiar pieniędzy, to kupię tam (też) góralską chatę i będę wyjeżdżać, żeby pochodzić po dolinach, górach, pochłonąć to. Jestem z Gdańska, jestem cząstką tego miasta, gdziekolwiek bym nie wyjeżdżała. Ja kocham stare miasta z mocną, wielowiekową historią i architekturą. Gdańsk to Gdańsk.

Ludzie wracają do korzeni, z różnych powodów, ale do Gdańska wraca się jak po tlen. Wie to każdy urodzony Gdańszczanin i nie tylko. Wielu ludzi, którzy tu byli, lubi tu wracać. Bardzo wielu obcokrajowców. To dobrze. Ja ich rozumiem.
Dziś spędziliśmy zupełnie rodzinny dzień świętując 33. rocznicę ślubu mojego chrzestnego i jego żony. To jest dopiero data, szczególnie jak na małżeństwo żyjące na zachodzie. Mimo objechania całego świata Gdańsk jest dla nich nadal szczególny, nie tylko ze względów rodzinnych. Bardzo doceniają zachodzące zmiany. Gdańsk dorównuje tempem rozwoju Kolonii, która jest dla mnie drugim domem. Spędziłam tam spory kawałek życia. Kawałek, który pozwolił mi poczuć, że może kiedyś tam wrócę znowu na kilka lat. Nie mówię, że nie, szczególnie, że połączenie lotnicze stało się banalne. Na razie wystarczy mi mieć tam prawie całą rodzinę i odwiedzać ich chociaż raz do roku.

Wracając do Gdańska i rocznicy. Uwielbiam spędzać czas w rodzinnym gronie, chociaż tych kręgów mam kilka z każdej strony. Naprawdę gdyby zebrać kiedyś wszystkich razem, to byłby niezły tłum. Nie zbiorę :-) Ale dziś moi chrzestni. Mam najlepszych chrzestnych w kosmosie i to takich zgodnie z założeniem tej funkcji - mogę na nich zawsze liczyć. Są moimi prawdziwymi Aniołami Stróżami. Szczególnie chrzestna, która mieszka również w Gdańsku i z nią mam najlepszy kontakt. Opiekuje się mną jak własnym dzieckiem. Mój chrzestny natomiast ma wygląd i charakter A. Paccino. Zawsze mi się z nim kojarzył, chociaż lepiej od niego wygląda. Ma jednak świetny, cholerny charakter i złośliwe poczucie humoru, ale w tym najlepszym stylu. Jubiliaci zabrali nasze niemałe stadko najpierw na obiad do greckiej tawerny "Lukkulus", gdzie byłam już kilka razy i lubię wracać. Mają tam najlepsze zupy i przepyszne dania z cielęciny. Baraninę (jeśli ktoś lubi) również mają dobrą, chociaż jadałam dużo lepsze. Łosoś ostatnim razem był za suchy.

Desery są ładne, ale nie uważam ich za mistrzowskie. Nie dziwi jednak, że nierzadko można spotkać tam gdańskich celebrytów. Miejsce na uboczu miasta cieszy się bardzo dużą popularnością. Jeśli ktoś lubi grecką kuchnię i klimat zapełnionej ludźmi tawerny, musi je odwiedzić, dla chociażby zup.

 Lepiej jednak zarezerwować miejsce, żeby nie jechać na darmo. Tam są naprawdę tłumy w weekendy.

Lukkulus

Wieczorem przenieśliśmy się do Brovarni przy gdańskiej marinie jachtowej. Równie znane już miejsce, w którym serwują piwo z własnych warzelni. Przepyszne piwo. Naprawdę. O ile nie jestem fanką piwa, o tyle tam nie sięgnę po nic innego. No i najlepsze, jeden z kelnerów, w którym zakochałam się na zabój, do tego stopnia, że poprosiłam go o wspólne zdjęcie. M. standardowo potraktował to jak mój kolejny kaprys, rodzina była ubawiona, ale sami mu po zdjęciu powiedzieli, że ma faktycznie cudowny uśmiech. No ba. Przecież inaczej nie zawracałabym sobie głowy :-) Jeszcze spacer po Starym Mieście... Pięknie jest. 
Brovarnia
Wspólne spędzanie czasu w ukochanym gronie, szczególnie z takiej okazji, jest fantastyczne. Zero polityki, problemów świata, narzekania, marudzenia. Celebrowanie chwili, wspólnego czasu. Bardzo to doceniam. Świat poczeka :-)