30.10.12

Labirynt Fauna, jak pokochać bankowość

Jestem generalnie starym, bankowym wyjadaczem i miałam konto już prawie w każdym banku w tym kraju i nie tylko i z bankami wychodzę z podobnego założenia jak z lekarzami: oby jak najrzadziej. Od ponad 10 lat korzystam z bankowości elektronicznej i jest to jedynie słuszna droga. Nie rozumiem np. dlaczego ludzie decydują się na prowadzenie rachunków, które wiążą się z jakimikolwiek opłatami. Prowadzenie rachunku, wypłaty z bankomatów wszystkich na świecie, wszystkie przelewy = 0zł. Bez żadnych kruczków, małych druków, limitów. Te operacje należą mi się bezpłatnie i koniec. 

Jestem najbardziej niewierną klientką banków. Jak tylko coś przestaje mi pasować odchodzę do lepszego. Bez sentymentu. Moim bezkonkurencyjnym faworytem od kilku lat jest Deutsche Bank. Kiedyś był Raiffeisen Bank, ale jak podliczyłam opłaty związane z prowadzeniem konta i operacjami, to się pożegnaliśmy. Mobilną obsługę konta mają jednak pierwsza klasa.

Tak samo logowanie do konta ma być prostą operacją (dlatego nie zaprzyjaźnię się z ING). Wszelkie produkty i usługi mają być dla stałych klientów na preferencyjnych warunkach. Bo tak. Ja generalnie nie jestem bankowcem, ekonomistą i nie będę siedziała i sprawdzała wszystkiego miliony razy. Szkoda mi na to czasu, za to chcę mieć pewność, że bank nie wymaga ode mnie więcej, niż chcę dać. I już zupełnie: nie weźmie nic sam. 
Ma być szybko, sprawnie, bezkosztowo, bezszelestnie. Wchodzę, loguję się, załatwiam swoje i wychodzę. 
Myk myk. 
Nie wiem po co ludzie analizują % oszczędności, skoro nikt normalny nie oszczędza na ROR, ale ok. Może się nie znam. Do oszczędzania są zupełnie inne narzędzia. I ja wolę mieć darmowe konto, niż cieszyć się z 0,20zł oszczędności jeśli do tego mam np. prowizję 2zł za każdą wypłatę z nieswojego bankomatu.  

Ja nie chcę wiedzieć, GDZIE mogę wypłacać bez prowizji. Ja chcę wypłacać bez prowizji WSZĘDZIE. I jak chcę oszczędzać (no chcę ;-), to nie będę tego robiła na rachunku rozliczeniowym. Przynajmniej nie mam przynajmniej setek tysięcy wpływu miesięcznie. Ale wtedy też nie. Po prostu będę.. dobra, nie o tym miałam.

Story: Od niedawna mam w BPH jedną z kart kredytowych, tzn miałam ją od dawna jeszcze z GE, ale od kiedy połączyli się, to widzę, że robią co mogą, żeby klienci nie odczuci chaosu reorganizacji. Nie odczuwam, ale za to poznałam ich szalenie skomplikowany system obsługi przez infolinię. 
Oczywiście jako posiadacz karty nie będę częstym gościem  poza stroną www, ale żeby uruchomić kanały elektroniczne do karty  musiałam udać się do oddziału w celu podpisania umowy. Następnie miałam wykonać kilka prostych operacji na stronie. Aby wykonać operacje na stronie musiałam wygenerować klucz. Ha, i to było piękne. Na moje własne szczęście i wyczucie czasu oraz dzięki genialnej intuicji zadzwoniłam na infolinię w celu przeprowadzenia procedury ok godz 21. wieczorem. Nie chce mi się opisywać całości, bo można umrzeć w między czasie. Najlepsze było to, że 3 razy przełączyło mnie do tego samego Pana. Za trzecim, ostatnim razem dowiedziałam się, że to Pan Marek i stąd serdecznie go pozdrawiam. Bardzo dzielnie przeprowadził mnie przez system, miał seksowny głos i lubię facetów, którzy wiedzą o czym mówią na infolinii nie odklepując regułek. Pan Marek dwa razy powiedział "zastanawiam się, którą ścieżką teraz Panią przeprowadzić, żeby nie trwało to za długo", przy czym raz, zanim przełączył mnie do automatu, w celu ustalenia któregoś z 5 haseł, podyktował mi, co mam powiedzieć osobie, do której mnie automat przełączy. To było słodkie jak bombonierka Merci na pożegnanie przed odjazdem. 

A tak, noc była pięknie długa. 
Gwieździsta. Pruszył śnieg. 

Procedura wygenerowania klucza do autoryzacji, nadania telepinu i czegoś tam jeszcze trwała godzinę. Po prostu informuję.

Gdyby nie fakt, że była godz. 21, że nigdzie mi się nie spieszyło, że flirtowałam z Panem Markiem, że cała sprawa była jednorazowa, to pewnie zachowałabym się jak 90% ludzi i dostałabym szału. Ja jednak w takich sprawach szału nie dostaję nigdy z prostego powodu:
- to nie wina tych osób, że pracują w takim systemie. Można im współczuć, bo to ich narzędzie pracy, ale z drugiej strony to jest zrozumiałe, bo osoba na infolinii ma być dostępna możliwie szybko.  To co można klient ma móc zrobić sam. Infolinie wbrew pozorom nie są po to, żeby nam utrudniać życie, tylko ułatwiać. To są skutki obniżania kosztów. Weźcie to kiedyś pod uwagę.
- dzwonię, gdy nie muszę załatwić niczego na szybko. Na szybko się takich rzeczy z założenia nie załatwia. Dlatego też wszystko mam tak poorganizowane, żebym nie MUSIAŁA załatwiać nic na szybko i w nerwach. Dlatego tam gdzie się da staram się przewidywać, że coś może być zorganizowane inaczej, niż by się mogło wydać, że powinno. Nie wściekam się na rzeczy, na które nie mam wpływu. Z założenia. 
- nie planuję czasu z założeniem załatwienia 4 spraw w ciągu 10 min w 3 miejscach. Ludzie, litości, to, że ktoś sobie wpisze w kalendarzu rzeczy nierealne z założenia, to nie znaczy, że może się wkurzać, jeśli nie wyjdą. Podstawy zarządzania czasem się kłaniają. Owszem, założyłam, że JEŚLI nadawanie klucza przebiegnie szybko (jakimś cudem!), TO wtedy zadzwonię jeszcze do koleżanki. Nie wyszło. No i? Nie dramatyzuję i nie wściekam się na bank. A już zupełnie na Pana Marka ;-)

Narzekanie, pieklenie się na takie sprawy jest dla mnie objawem syndromu ofiary (opowiem o tym kiedy indziej).

Jak już będę kiedyś bogata, to między ratowaniem świata a zwiedzaniem go będę korzystała z bankowości prywatnej, będę miała swojego doradcę, który zdejmie ze mnie wiszenie na telefonie w celu ustalenia kodu i płacenie rachunków. I nie mam o to do nikogo pretensji, że dziś robię to sama. Ba, ja się cieszę, że na infoliniach są przeważnie przemili ludzie. Oni to dopiero mają pracę, jeśli trafia się ktoś, kto nie dość, że nie  rozumie, nie wie, to jeszcze powarczy.

Podobnie jest ze służbą zdrowia. Moje spojrzenie na ludzi pieklących się w przychodniach jest dalekie od pełnego empatii i zrozumienia (zwłaszcza, że jak już tam trafiam, tzn że sama też się nie najlepiej czuję). Ja nie znoszę rozmów o chorobach. Od tego jest lekarz.  Ja się nie znam i nie pomogę, a słuchać o tym mogę bardzo, bardzo krótko. Naprawdę nie jest to mój konik, zwłaszcza, że sama nie lubię opowiadać ludziom o sobie i swoich problemach. To jest ten rodzaj ekshibicjonizmu, którego nie czuję. Ja generalnie nie czuję narzekania, zrzędzenia, pieklenia się. Ludzie są często totalnymi ignorantami, na niczym się nie znają, nie zapytają nawet, nie dopytają, nie pomyślą nawet, żeby zapytać i się wnerwiają. Od razu i z automatu. Nie rozumiem tego. Zupełnie. Czasami słyszę, widzę, jak się ktoś wnerwia, bo coś nie działa a nawet nie sprawdził, jak to "włączyć". Ale jeśli nie wie, to wystarczy, żeby i tak się wnerwić, ponarzekać i popsioczyć. Na rządzie kończąc. 

Podobno amerykański sposób bycia odbierany jest jako sztuczny. Podobnie funkcjonuje spora część zachodu. Nie rozumiem, co w tym jest niby sztucznego. To jest takie polskie, wybitnie, że dowodem inteligencji ma być wysoki poziom krytycyzmu. Mhm. Dobrze, racja, krytyczne podejście jest konieczne, jednak dowodem inteligencji nie jest sam krytycyzm, tylko jak się go objawia i co za nim idzie. 

Wszyscy ludzie, których ja uważam za bardzo inteligentnych, nie posuwają się do krytyki obłożonej po prostu narzekaniem albo wyzwiskami, chamstwem i prostackim psioczeniem. Ci, którzy to robią może i są inteligentni, ale pokazują demonstracyjnie swoje braki w wiedzy. Nic ponad to. 

No cóż. Najważniejsze, że moje kanały elektroniczne działają sprawnie.

PS. Porada, którą usłyszałam od bankowca: Jak ginie dowód osobisty to w pierwszej kolejności dzwonimy do jakiegokolwiek BANKU. 
Policja później.