2.10.12

Crash test, czyli poczucie bezpieczeństwa

Czy poczucie bezpieczeństwa można kupić? Jak wszystko. Człowiek jest dość hipokratycznym stworzeniem. Właściwie nie "dość", a "bardzo". Jak żadne inne, co innego mówi, co innego myśli a co innego czuje. Taki popieprzony gatunek z sercem i rozumem, które od dawna zawładnęła genialnie nieistniejąca dziś Telekomunikacja Polska przejęta przez Orange bardzo zgrabnie, marketingowo i mistrzowsko dyplomatycznie.
Człowiek jednak nie zmienia się w swojej naturze i uwielbia czuć się fantastycznie ze swoimi wyborami. Ja też jestem człowiekiem. Wiem, wiem, to wstydliwe wyznanie, ale co tam. Mimo, że mój zajebizm jest ponad skalą, to nadal nie czyni ze mnie niczego lepszego niż człowieka. Chociaż nie tracę nadziei. Kiedyś powstanie coś lepszego od facebooka, tak i ewolucja nie zostawi na nas suchej nitki. Fajnie byłoby tego dożyć. Anyway...

Poczucie bezpieczeństwa. Czego byśmy nie robili, lubimy je mieć. Nawet jeśli pozornie się zabezpieczamy. Pozornie po stokroć. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w życiu mamy więcej szczęścia niż rozumu. Ciągle. Wtedy, gdy go nie mamy zdarza się coś, co powszechnie nazywa się wypadkiem. Łatwo to zauważyć, patrząc na wszystkie w życiu sytuacje "prawie". Ułamki sekund, milimetry dzielące nas od wybicia sobie zębów, zderzenia z jakimś oszołomem, wykonania niewłaściwego telefonu, wysłania maila na nie ten adres, zalajkowania czegoś, z drugiej strony (nie)wykorzystania jedynej okazji żeby coś zrobić, gdy zagina się czasoprzestrzeń po to, żeby nam to umożliwić. W życiu będą miliony takich momentów. To się nazywa szczęście. Ale szczęściu dobrze czasami pomagać. 

Ha i tu odskakuję do jednego z bardziej przyziemnych tematów: bezpieczeństwo jazdy. 
Tak. Od radosnych 5 lat jestem kierowcą (więc nadal młodym ;-) i pomijając, że nie wyobrażam sobie już życia bez samochodu jako kierowca i dziwię się, że tak długo czekałam ze zrobieniem prawka, co było jednak kwestią wychowania. Moja babcia mi mówiła, że prawdziwa dama nie prowadzi, tylko jest wożona i bardzo, bardzo długo tak było i tak działało w mojej rodzinie. Po prostu. Samochód prowadził mężczyzna. Mąż był ostatnim mężczyzną, który to uskuteczniał kilka lat i który w końcu zmobilizował mnie do zrobienia prawka. I chwała mu za to. Od kiedy zyskałam samodzielność to bycie pasażerem zdarza się, ale nie należy już do przyjemności.

Kocham prowadzić, kierować, decydować, reagować, przemieszczać się nieskrępowanie z punktu A do punktu B, czasami przez punkty C, M i H, to ważne jest dla mnie czym się przemieszczam. Ostatnie 8 lat spędziłam w Peugeot 206 zwanym Pugi. Słodki Pugi po 8 latach (chociaż był świeżynką prostu z linii produkcyjnej) zaczął się za często psuć i znudził mi się tak potwornie, że zmieniłam go na Forda C-Max. Brzydal z niego, chociaż młodszy kilka lat od Pugiego.  To i tak brzydal. Serio. Ford jest tak brzydki, że aż go kocham, ale przynajmniej nie płaczę widząc jakąś delikatną rysę. Te najnowsze C-Maxy są już zupełnie inne. Pokochałam mojego dopiero po pierwszych miesiącach a już zupełnie po trasie do Zakopanego. Właśnie mija nam pierwszy wspólny rok i długo nie zamienię go na innego. Przekonał mnie, że jest na dalsze trasy idealny, chociaż w mieście też ma swoją grację i zawsze znajdę nim miejsce do parkowania. Duży, pakowny, wygodny, zwrotny, mało pali a ma niezłe przyspieszenie jak na swoje parametry. Pugi był idealny do miasta i na krótki trasy. Na dalszych? No dobrze, dawał radę, ale gdybym miała jeszcze raz nim daleko jechać, to szybciej wybrałabym pociąg. Ford jest tak wygodny, że nie ma porównania. Nawet mimo brzydszego kokpitu i linii nadwozia. Co jednak łączy oba samochody, poza tym, że są czarne i podobno oba mają silnik Peugeota? 

Meritum: klasa bezpieczeństwa wg euro ncap. Poważnie. Wybierając samochód powinniśmy traktować to jako jeden z głównych czynników. Oczywiście, że ncap daje pozorne bezpieczeństwo przy prędkościach niby banalnych, ale jednak jakieś daje. Przed decyzją o zakupie warto sprawdzić ile ma gwiazdek. Owszem, przy starszych modelach to się zmienia, niektóre modele tracą gwiazdki, co uważam za plus, bo oznacza to, że producenci nie tylko liftingują modele, ale znacznie poprawiają konstrukcję aut. Wystarczy obejrzeć filmy crashtestów. Różnice są kolosalne pomiędzy modelami. 


Cenię sobie ncap dlatego, że dzięki temu (też oczywiście krytykowanemu), standaryzowanemu systemowi oceny producenci mają punkt odniesienia przy projektowaniu samochodów. Punkty odniesienia, których poziom ciągle rośnie, dlatego też ta klasyfikacja się zmienia i warto zaglądać do niej co jakiś czas, ew. właśnie przy zakupie samochodu.
Na pewno nie wybrałabym samochodu, który nie ma tych 4*. Wypadki chodzą po ludziach, ale lepiej w razie czego dać sobie szansę przeżycia. Kupując samochód (planując zakup, nawet w przyszłości) nie oceniajmy jedynie przebiegu, spalania, stanu blachy i tych wszystkich rzeczy, którymi podniecają się głównie mężczyźni. Owszem, cena jest ważna, wygląd jest ważny, wszelkie parametry są ważne, ale bezpieczeństwo w samochodzie, czyli puszcze którą się przemieszczamy, niech będzie również uwzględniane, bo jest prawie najważniejsze - może kiedyś uratować nam życie.

Nieraz słysząc o wypadkach słyszymy, mówimy "miał szczęście, że..". Tak. Też. Ale przeważnie miał też samochód, który go ochronił. W "bezpiecznym" aucie można wypadek przeżyć w dobrym stanie. Na przestrzeni lat mojego długiego życia nie raz słyszałam o dachowaniu, zderzeniach czołowych itp. Ci znajomi przeżywali chodząc ew. z kołnierzem, bądź gipsem, chociaż ich samochody nadawały się do kasacji. To daje do myślenia.

Oczywiście i tak sobie i innym życzę bezwypadkowej jazdy bez crash testów na żywo.