8.10.12

Prawie jak Allen

Powstaje kolejny film, który promocja firmuje nazwiskiem Allena. Oczywiście ku jego chwale. 
Paryż Manhattan, to tytuł nowego filmu. Filmu, na który nie pójdę, bo jeszcze nie doszłam do siebie po traumatycznym przeżyciu, jakim był 2 dni w Nowym Jorku, po którym na długi czas miałam alergię na j. francuski. 




Mam bardzo mieszane uczucia widząc takie produkcje. Mam bardzo mieszane uczucia czytając porównania do Allena. Mieszane ze wskazaniem "co to do diabła ma być?". Owszem, rozumiem, że dobrze się zarabia na cudzym nazwisku i mnóstwo ludzi to robi, bo nie każdy rodzi się kreatywną bestią potrafiącą obserwować, analizować i opisywać jak Allen i właściwie ludzie przeważnie nie mają z tym problemu, ale ja akurat mam, bo to jest już miałkie, a ja kocham Allena za talent, błyskotliwość, dialogi, zdrowy cynizm, poczucie humoru i dystans, na objawieniu tych cech w filmach kończąc. Widziałam wszystkie, mam wyrobiony pogląd. Kropka. Nie uczę się na pamięć dialogów, bo też po co. Przepisów kulinarnych też się nie uczę na pamięć. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że powstają produkcje, w których tak bezpardonowo wykorzystuje się porównanie do Allena a w drugim przypadku same jego teksty. O ile "Paryż Manhattan" uważam za niegroźny, chociaż absurdalne dla mnie jest tworzenie filmu w oparciu o teksty z innych filmów, co z jednej strony jest nowym zjawiskiem (bo nie jest to parodia), tak zastanawia mnie, jak ktoś robiąc to, może uważać się za artystę. Co będzie następne? Fabuły filmów kopiowane z dialogami sklejane w nowość fabularną? Reklamowane słowami "Najlepsze testy z "Gwiezdnych wojen połączone z najlepszymi scenami z "Nagiego instynktu" okraszone muzyką z "Casablanki"? Co się dzieje z kinem? Co na to autorzy oryginałów? Czy jakiś autor uważa to za dowód uznania? Serio?

Powiem jedno: gdy będę chciała wrócić do najlepszych tekstów Allena, to wrócę do jego filmów, bo jest do czego wracać. 

Na koniec, nie bardzo rozumiem, dlaczego miałabym iść na coś, co jest PRAWIE jak Allen? To świat podrób, udawaczy, prawie oryginałów jest już tak mocny, że twórcy filmów sami chcą tego określenia? Być prawie jak Allen i się z tego cieszyć?   Puk puk? Jest tam ktoś? Bycie w życiu w ogóle "prawie jak..." jest smutne. Dążenie do tego po stokroć cieńsze. Widocznie takie "prawie" czasy, którym ja mówię "weźcie to ode mnie".

Serio, zastanawia mnie, że ludzie tak nisko upadają w sztuce. Na "2 dni w Nowym Jorku" poszłam z przyjaciółką z rozpędu, bo dwie blondynki nie doczytały. Myślałyśmy, że to nowy film Allena, chociaż ja powinnambyła skojarzyć z "2 dniami w Paryżu", który akurat był dobry. Na raz, ale ok. Nawiązanie w reklamie do Allena było zwykłym chwytem marketingowym. Tak, dałam się nabrać i do dziś mnie to drażni. Z tego powodu też. Pośpiech decyzji pójścia na ten film zrekompensował nam późniejszy wieczór nad kawą, przy której nie zostawiłyśmy na filmie suchej nitki. Taka wersja light pmsa :-)

Że się dwie wyjadaczki dały nabrać. Bywa, nie? :-)

Ale i tak patrząc na opis filmu "Paryż Manhattan" zastanawia mnie brak ambicji autorów. To tak jakby wydać książkę z najlepszymi (subiektywnie nie wiem według kogo) fragmentami książek np. Wiśniewskiego, albo założyć bloga z fragmentami z innych blogów (a, no tak, to już miało miejsce w przypadku blogów kulinarnych), nie. Nie przemawia to do mnie. Uważam to za coś niewartego wydania złotówki. Odtwórczość powinna mieć jakieś granice. Skoro nie wyznacza ich świat, to ja wyznaczam je sama sobie. Jak przed podróbą na półce czy obrazem stylizowanym na Kandynskiego. Tandeta to tandeta.