28.6.12

Amore, czyli kawałek Italii pod dachem cz. 1


Włochy. Kraj, w którym narodziła się idea slow life. Włosi jak mało kto potrafią celebrować życie. Ostatnio miałam szczęście spędzić kilka dni z Włoszką, z Sycylii, która sama potwierdziła ze śmiechem, że faktycznie Włosi potrafią celebrować życie, chociaż faceta Włocha nie chciałaby za żadne pieniądze :-)
Wiadomo, Włosi celebrują zarówno w sposobie spędzania czasu, jak i przez kuchnię. Powiedziała też, że mimo stereotypu, młode pokolenie Włochów wcale nie idzie w kierunku past, makaronów i pizzy. Owszem, starsi ludzie nie wyobrażają sobie dnia bez swojej pasty, ale to odchodzi do lamusa, jak prawdopodobnie nasz schabowy z kartoflami. Włoszki dbają o linię, a tradycyjna włoska kuchnia nie sprzyja temu. Młode pokolenie opiera się raczej na sałatkach. Pogoda temu sprzyja we Włoszech (z czego się zaśmiałyśmy siedząc nad naszym kochanym polskim morzem, przy 15st. C).

Przebywając z nią chłonęłam na wszystkie sposoby jej obecność. Ona po prostu emanuje ciepłem i pogodą ducha, jest jak żywe srebro. Ona nawet jak się złości, to jest pogodna. To naprawdę taka naturalna pogoda ducha. Między rozmowami o Włoszech, o Włochach, o obyczajach, klimacie, kraju, piłce, facetach, życiu, miłości i milionach innych rzeczy, w tym gotowaniu, zgodziła się zdradzić kilka przepisów (Przez te kilka dni nie miałam wstępu do kuchni i nie powiem, żebym miała powody do narzekania. Lubię być rozpieszczana, a ona to potrafi, czym delektowaliśmy się wszyscy oczywiście starając się zrewanżować)


Elena jest fantastyczną kobietą. Ciepła, kobieca uroda, fajny, nieagresywny a żywy temperament, odrobina szaleństwa i nieprzewidywalności, wygłupy połączone z dojrzałością. Potrafi się pięknie złościć, dziko cieszyć (mecz Włochów był hitem). Rozmawiając czy przeżywając coś wtrąca włoskie zwroty, co bawiło nas wszystkich. Nie ocenia, nie krytykuje, chociaż oczywiście nie żałuje sobie, że dowcipnie skomentować.
Doceniłam też to, że wszystko jej się u nas podobało. Była tak ciekawa wszystkiego, jak wielu z nas, w trakcie podróży. To mi tak bardzo pasowało do klimatu, który był w trakcie Euro i do tego niebywałego optymizmu. Będę to jeszcze długo czuć i wspominać. Obserwowanie jej z Krzysiem (moim kochanym bratem) - pyszne przeżycie :-)

Jednym z przepisów, które mi zdradziła Elena, jest przepis na tiramisu. Prawdziwe, włoskie tiramisu. Robiłyśmy je razem ostatniego wieczoru (udało nam się zrobić ciasto w przerwie meczu Włochy – Anglia, co już jest fantastycznym plusem – lubię szybkie, dobre przepisy).  

Gdy ja byłam na własne życzenie kuchcikiem, Elena opowiadała mi o wszystkich niuansach wpływających na smak. Postaram się oddać klimat i przekazać jak najwięcej.  

Prawdziwe smaki regionalne są jednym z moim koników. Jestem w grupie ludzi, którzy podróżując bliżej bądź dalej poznają miejsca przez smaki. Regionalne smaki są z reguły nie do odtworzenia, bo to oczywiste, że tamtejsze produkty będą inaczej smakowały, ale można się do nich chociaż przybliżyć. W Polsce  wybieram dania typowe dla regionu, bo pomijając w/w chęć poznawania smaków, to bardzo często trafiam na tzw. „wariacje na temat”. Chciałabym, żeby restauratorzy nie stosowali jednej nazwy dla własnej wariacji na temat jakiejś potrawy, tylko nadawali własne nazwy, ew. nawiązując do dania wyjściowego, ale to dość mało realna mrzonka. Jeśli słyszę „rosół” to "czuję" rosół, a nie wariację rosołopodobną (nie mówiąc o zupach z proszku, co ma czasami miejsce przy barszczu).  Ja przeżywam co rusz jakieś zaskoczenia z tego powodu. Wydaje mi się, że gdyby restauratorzy nadawali własne nazwy daniom, które są "wariacją na temat", sami też by na tym lepiej wychodzi, bo czasami wariacja przebija znany nam "oryginał". I nie lepiej wtedy zakodować się jako świetne miejsce z dobrym daniem o własnej nazwie? Ja bym tak zrobiła, ale ja nie jestem restauratorem. Hmmm. Czasami się trafia na takie miejsca, OK. Przyznaję, zdarzają się wyjątki, ale może kiedyś będzie to regułą, że dana nazwa oznacza konkretne danie, z konkretnych składników? Poczekam. Mi się nie spieszy. Do tego czasu nadal będę się rozczarowywać lub miło zaskakiwać  :-)
No i się rozpisałam, bo wczułam się w klimat rozmowy z Eleną. Nawijałyśmy obie jak dzikie. To było pyszne :-) 

W takim razie przepis na tiramisu będzie w następnej notce, bo będzie nie mniej obszerny. Przekażę wszystko, co udało mi się spisać, sfotografować i zapamiętać. Powiem z uśmiechem: Viva Italia ;-)

Z dedykacją dla moich drogich Eleny i Krzysia. 

24.6.12

Magazyn SLOW, uczta dla zmysłów

Niedawno pisałam o nowym tytule na rynku wydawnicznym SLOW. Mimo tego, że zwrócił moją uwagę, nie decydowałam się długo na zakup. Nabyłam numer po komentarzu Krzyśka. I długo o magazynie dalej nie pisałam. Czekałam. Po pierwsze nie przeczytałam go za jednym razem. Po drugie, czekałam, aż zejdą emocje i wyrobię sobie opinię, którą chcę przekazać. 
Jak pisałam, magazyn jest fantastycznie wydany. Grafika, papier, bardzo przemyślane reklamy, widać, że rozważnie dobrane do charakteru magazynu. I styl, zawartość...

Za każdym razem, gdy siadam ze SLOW, czuję że odpoczywam. Uspakaja mi się oddech, wyciszają myśli i czytam. Zatapiam się w tematach i czuję idealną wręcz jednomyślność. Tematy są naprawdę slow, ciekawe wywiady, koncepcje, podejście, fotografie. Wszystko podane nowocześnie, jednak z niebywałym smakiem. Zgrabne połączenie tematów unikalnych, bardzo światowych i bardzo lokalnych. Przyznam, że nie sądziłam, że może powstać magazyn tak idealnie wpasowany w moje wyobrażenie slow. Doskonale pokazana równowaga, silna świadomość podejmowanych wyborów zarówno konsumenckich, jak i lifestylowych. Wysoki poziom, naprawdę wysoki poziom. 
Co mnie zaskoczyło dodatkowo? Dziś kupiłam drugi numer i przekonałam się, że ma inną jakby gumową okładkę :-) Pierwszy przegląd przekonał mnie, że moje zmysły znów będą miały ucztę. 






Najważniejsze jednak jest, że jestem prawie pewna, że za slow life zabrali się ludzie, którzy doskonale to czują. Dobór tematów, autorów, estetyka, dopracowanie szczegółów są najlepszym dowodem, że ten magazyn jest o slow life. Bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy. Wracam do czytania. 

PS.  Dodatkowo cieszy mnie fakt, że tak unikatowy magazyn powstaje dzięki polskiej ekipie, która daje nam naprawdę światowy klimat. Wiele tematów poruszałam już sama na tym blogu, jednak oni je dla mnie pięknie wyczerpują na swój sposób, uzupełniając wywiadami z ludźmi, którzy zajmują się daną tematyką zawodowo lub bardzo wyczerpującymi materiałami z najlepszych źródeł. Doceniam to podwójnie, bo jest to na pewno czasochłonne. Slow na pewno nie jest magazynem, który  powstaje szybko czytaj niedbale lub powierzchownie. To jest naprawdę wyczuwalne. Jeśli ktoś chce się przekonać, co to znaczy, niech po prostu po niego sięgnie. Ja polecam. 

Kompromis, czyli jak rezygnować z siebie

Ostatnio przeczytany materiał w HBR przypomniał mi sprawę kompromisów. Słowo "kompromis" budzi mój wewnętrzny sprzeciw, bo zakłada rezygnację z tego, co ważne dla nas. Narzuca ją wręcz. W kompromisie podobno dwie strony wygrywają. Bzdura. WIN-WIN to WIN-WIN a nie kompromis i mylenie tych pojęć daje szum i szlam.

Widzę wiele odcieni świata. Zgadzam się z istnieniem wszystkich szarości. Ale tylko w odniesieniu do innych. Wszystko co mnie nie dotyczy, jest względne. To co dotyczy mnie, jest dla mnie czarno-białe. Cały świat jest w skali szarości. Im dalej ode mnie, tym skala szersza i te szarości się na siebie nakładają, dlatego nie oceniam po pozorach. Nie praktykuję wyciągania pochopnych wniosków. Jeśli wiem, że mam za mało informacji, albo tylko jednostronne, albo z 10. ręki, to nie wyrabiam sobie zdania w ogóle. 

Kompromis zakłada rezygnację z czegoś a wygranie czegoś innego. Nie oszukujmy się, ale z reguły to jest właśnie źródło frustracji i niezadowolenia ludzi: Idą na kompromis i złoszczą się o to, z czego zrezygnowali, bo przeważnie to było to, co było dla nich najważniejsze. Wszędzie mówi się o kompromisie, ale przecież ważniejsze jest kładzenie nacisku na pilnowanie tego, co jest dla nas najistotniejsze. Jeśli w ramach kompromisu mamy zrezygnować z tego, co ważne, to w ogóle w to nie wchodźmy. Znajdzie się inne miejsce, czas, okoliczności, gdzie nie będziemy musieli rezygnować. 
Jednym z mitów kompromisu jest "trzeba dużo pracować, żeby dużo zarabiać". Bzdura. Ważna jest efektywność a nie czas. Można całe życie spędzić kopiąc dół w ziemi szukając ropy. Nie wiedząc gdzie kopać, nie mając odpowiednich narzędzi, można się zakopać na amen. Jasne? Jasne. Nie tędy droga.
 

Ważna jest efektywność. Ale to jest jeden z pomijanych szczegółów, dlatego tyle ludzi godzi się na awans za cenę pracy za dwoje, za własne życie prywatne. To kompromis. Dlatego tacy ludzie często wyśmiewają slow life. Oni poszli na kompromis braku życia własnego za stanowisko w jakiejś firmie i jakąś tam stawkę, która daje im możliwość realizowania jakiś tam celów. I uważają się za zwycięzców. To się nazywa dopiero iluzja, bo ta cena jest zupełnie niewspółmierna do korzyści. To ta grupa najbardziej zestresowana, marząca o końcu, o emeryturze i spokoju. Oni nie widzą, że poszli na kompromis, który zjada ich życie. I nie uważam absolutnie, że problemem tu jest praca na etat, bo sama taką mam i jestem szczęśliwa, ale to wynika z samej firmy i relacji. Ja po prostu zawsze wierzyłam, że takie firmy są. Są jak święty Graal, ale są ;-) Problemem nie jest forma zatrudnienia, albo sposób zarabiania na życie, ale sam styl życia. Jeśli on szwankuje, jest niezgodny z nami, a dziś żyje się z myślą o przyszłości, tej LEPSZEJ, to coś jest nie tak.



20.6.12

Schematyczne myślenie, czyli o poradnikach

"Nie możemy rozwiązywać problemów używając takiego samego schematu myślowego, jakim posługiwaliśmy się w trakcie ich pojawienia się" Albert Einstein

No i na pewno nie jedna osoba, czytając te zdanie zada sobie pytanie: ale jak? No właśnie. 
Ja na nie tu i teraz też nikomu nie odpowiem :-)



Poradniki, to jedno z haseł do dyskusji. Uwielbiam ignorantów pt "Ja nie czytam poradników, bo ja wiem lepiej". Oczywiście. Wszystko.
Co mnie właściwie dziwi, bo korzystanie z poradników jest wg mnie tak samo normalne i oczywiste, jak korzystanie z książek kucharskich, porad odnośnie makijażu, po remont domu czy wszelkiej maści szkoleń. Inna sprawa, że wiele jest powielanych niemożliwie, wiele w tym amatorszczyzny, przekopiowywania wręcz i bez pardonu, ale w tym też są lepsi i gorsi. I nie brakuje ludzi z faktyczną wiedzą, której poznanie jest dla nas cenne.

Owszem, do wielu rzeczy można dojść samemu, ba powinno się dojść samemu, ale jest też przeogromna i to w większości pula spraw i tematów, do których najlepiej dochodzić jak najszybciej. 

Poradniki są ze mną od zawsze. Od kiedy pamiętam, to po nie sięgałam i mam ich dość sporo na półkach. Od psychologicznych, poprzez wszelkiej maści szkoły budowania relacji, poradniki zawodowe, branżowe, ale też bon ton, książki kucharskie, poradniki pani domu czy też sposób na rzucenie palenia (mi np. A. Carr niesamowicie pomógł. Potrzebowałam doprania mózgu, bo sama nie dawałam rady, ale do mojej przyjaciółki nie przemówił zupełnie, więc tak to jest :-) i wiele innych. Słowo "poradnik" jako takie kojarzy się współcześnie z jakimś niezrozumiałym dla mnie schematem pejoratywnego chodzenia na skróty w postaci weekendowych szkoleń z jakiegokolwiek zakresu. Wyśmiewanie tego też jest płytkie, bo dla wielu ludzi, taka weekendowa pigułka może być początkiem poważnego zainteresowania się tematem. Wyśmiewanie takich szybkich kursów, pigułkowych poradników mówi o człowieku. Poznanie każdego tematu zaczyna się od jakiegoś zarodka. Oczywiście naiwnością będzie wierzenie w zdobycie specjalizacji czy gruntownej wiedzy z jednego szkolenia, kursu czy materiału albo książki, ale przepraszam, kto tak podchodzi do sprawy? No właśnie chyba tylko ci, którzy to krytykują. Istotne będzie zawsze jedynie "co z tego wyniosłam?".

Z poradnikami jak z podręcznikami, jak ze wszelkimi materiałami zawierającymi jakąkolwiek wiedzę, uwagi, spostrzeżenia. Dla mnie są cennym źródłem np. też czasami jakiegoś nowego punktu widzenia. Teraz poradników jest naprawdę zatrzęsienie i to w każdej możliwej postaci, od książek, po programy telewizyjne, przez blogi czy magazyny. I bardzo dobrze. Niech będą. Są potrzebne. Są tak różnorodne poziomami, że naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie.

Nic nie zmieni faktu, że to praktyka czyni mistrza, tylko pytanie brzmi, co i jak praktykować, skoro na początku tego nie wiemy? Dobre podstawy teoretyczne, poznawanie różnych trików, myków i sposobów już znanych, jest pomocne w drodze do ułatwiania osiągania celów. Podchodźmy do życia egoistycznie i czasami pragmatycznie. Jeśli coś nam pasuje, pomaga, podpowiada, podsuwa rozwiązania, które ułatwiają nam życie, albo pomagają pozbywać się złych nawyków, przyzwyczajeń, jeśli cokolwiek daje nam poczucie poznawania czegoś nowego, rozwijania się, to po to sięgajmy.

A jeśli ktoś poczuł zen, to niech sam napisze poradnik. Książkę, nakręci serię porad, cokolwiek, co nie będzie powieleniem cudzych pomysłów a zbiorem własnych spostrzeżeń i uwag. Niech zostawi coś po sobie, co się może przydać innym (chociaż widzę, że to się staje coraz popularniejsze, chociażby dzięki e-bookom). Owszem, jakość i przydatność może być dyskusyjna, ale to już oczywiste. Tak było zawsze. Trafienie na coś dobrego, albo raczej wybór czegoś wartościowego jest już naszym zadaniem.

Gdyby nie szkolenia, poradniki, porady, pomysły zawarte w różnych materiałach, to do dziś nie opanowałabym zarządzania czasem, asertywności, nie poznałabym idei slow life, nie poznałabym praktycznych sposobów wykorzystywania dobrych wg mnie filozofii,  nie byłabym tak szczęśliwym człowiekiem, jakim jestem od iedy zaczęłam być ;-), nie pozbyłabym się wielu cech, których nie lubiłam w sobie, a które mnie blokowały (chociażby wstydliwość). Pierwszy poradnik kupiłam, gdy miałam 16 lat, kolejną książkę dostałam od mojej ś.p. babci.

Jeśli ktoś krytykuje poradniki, podręczniki i uważa, że wie już wszystko i lepiej, to mogę mu życzyć powodzenia. To musi być strasznie nudne ;-)  

Nie chodzi mi o bezmyślne kopiowanie i wdrażanie cudzych pomysłów, sposobów na życie, stosowania gotowych rozwiązań w sprawach, w których naprawdę powinniśmy wypracowywać i wymyślać je samodzielnie. To ważne. Sztuczne kopiowanie cudzych pomysłów czy życia? Hm. No co kto lubi. Dla mnie to by było nudne. Natomiast szukanie inspiracji dla realizacji samodzielnie wykreowanych pomysłów, jak i szybkie metody ułatwiania sobie życia w różnych zakresach oraz korzystanie z gotowców np. odnośnie gotowania, dbania o dom, wszystkiego tego, co już jest sprawdzone jest OK. Jeśli w między czasie sami wpadniemy na usprawnienie tego co już istnieje, albo opisanie tego, co autorsko stworzymy to dobra nasza. Wtedy przyjdzie pora na własny poradnik, żeby podać rękę innym. Po autorze, po sposobie pisania, prowadzenia programu, widać, czy ma wiedzę i jaką. Pseudoeksperci są wyczuwalni na kilometr. I tu znowu - niektórym to odpowiada, więc proszę bardzo. Koło popyt = podaż. Krytyczne podejście wskazane jak zawsze.

Wracając do słów Einsteina: nie traćmy czasu na szukanie drogi tam, gdzie szlak jest przetarty. Korzystajmy z autostrad myśli i sprawdzonych pomysłów, ale po to, żeby docierać do bezdroży. Tym sposobem każdy z nas może trafić na nieodkryty jeszcze fragment, który np. może doskonale połączyć kilka istniejących już dróg, tworząc naszą własną. Na tym polega rozwój. Nasz indywidualny, ale też całej cywilizacji. Chodzenie przetartymi szlakami jest potrzebne, ale nie zaprowadzi nas w nowe miejsca, ale i tak jest potrzebne :-)

Doceniajmy poradniki. One są autostradami istniejących pomysłów. Poznajmy je po to, żeby wiedzieć, co już istnieje. To nam ułatwi dostrzeganie nowego, to pobudza kreatywność, otwiera myśli. Naprawdę gorąco polecam. Uczmy się świata na wszystkie możliwe sposoby i bezustannie. Dzięki temu coraz mądrzej, lepiej oddajemy naszą wiedzę z powrotem.

17.6.12

Stadion oszalał, potem zeszła para

Wiem. Czuję po meczu z Czechami to, co cała Polska. Jednak i tak jestem strasznie dumna z naszych. Są świetni taktycznie, są świetni kondycyjnie, są dobrą drużyną. Doskonale ich czuję. Dziś tym bardziej. To jest sport. To jest to, przez co w sport nie poszłam, mimo że w czasach szkolno-licealnych kochałam go. Kochałam siatkówkę. Byłam nie raz kapitanem drużyny, dzięki temu do dziś jestem dobrym taktykiem i motywatorem, co mi się nie raz przydaje w życiu. Warte polecenia szczególnie właśnie w młodości, gdy uczymy się jeszcze bardzo intuicyjnie. W późniejszych latach jest to trudne, bo wymaga zmiany przyzwyczajeń. Pewnie, że te nasze szkolne rozgrywki były niczym, w porównaniu z takim Euro, ale znam smak rywalizacji, gry zespołowej, nadziei kibiców. To jest ta fajna strona sportu. 

Jednak oglądając piłkę nożną zauważam i współodczuwam ból kontuzji, gry nie fair, te wszystkie faule i osłabianie zawodników czysto fizycznym bólem. O tym się nie mówi, bo siedząc przed tv się tego nie widzi. Całe tłumaczenie, że medycyna czyni cuda jest dla mnie bablaniem. Owszem, ale ludzie są ludźmi. Nasi piłkarze dostawali po kościach od pierwszego meczu. Zastanawiałam się wiele razy ile w tym wyrachowania przeciwników i taktyki. To jest ta druga strona bycia sportowcem. Ta, która mi samej zabrała zapał do kontynuowania tego poważniej. To wymaga cholernie dużego poświęcenia. 
Ja byłam od początku dumna z gry fair play naszych. To jest dla mnie ten idealistyczny sport. Rywalizacja techniką, taktyką i kondycją. 

Trzecią sprawą jest kwestia tzw. "dobrego dnia". Tu mi się przypomina, że nawet teraz, gdy chodzę na moją ukochaną salsę, to miewam statystycznie takie dni, że wychodzę w połowie, bo nie daję rady. Bo się nie mogę skupić, bo się gorzej czuję, bo coś zaprząta moje myśli. Rzadko, bo rzadko, ale się zdarza. Są dni, że czuję się mistrzynią. No tak bywa. Będąc zawodowym sportowcem oczywiście nie można sobie pozwolić na to. Chociaż tak naprawdę nie ma się na to wpływu. To widać po efektach.

No i sprawa ostatnia, w piłce potrzeba cholernie dużo szczęścia. Jak w każdej rywalizacji. My jako kibicie, no, ja jako kibic z doskoku, patrzymy krytycznie i czekamy na efekt. I to oczywiste. Niemniej, jak i tak po tych trzech meczach jestem strasznie dumna z naszej reprezentacji. Są jak tygrysy, potrafią, mogą i mają pazur, którego nie widziałam jeszcze dwa lata temu. Nie wiem, czy nie blokuje ich honorowe granie, brak taktyki osłabiającej graczy przeciwnych, jednak nie ma to dla mnie znaczenia. Jestem przekonana, że piłkarzami są na wysokim, światowym poziomie. Nie musimy się głupio uśmiechać, nie musimy się ich wstydzić. Dziwi mnie, że znowu zmieni się trener, ale ja się nie znam na piłce. Niech nam się chłopaki dalej rozwijają i nabędą pewności w celowaniu do bramki. Stwarzanie okazji, to za mało, niezbędne ale za mało. Niech strzelają historyczne bramki. Następnym razem. Bo mają potencjał. 

Dla mnie mistrzostwa emocjonalnie się kończą, bo z nikim nie będę już sercem, ale jako mieszkanka miasta gospodarza nadal będę śledzić przebieg i życzyć pozostałym reprezentacjom i kibicom fantastycznych emocji.
Pora na chill out.

14.6.12

Wewnętrzne dziecko

Dziecko w nas. Lubię ten wątek. Czasami tu czy tam się pojawia, w różnych aspektach, ale ja jestem przekonana, że każdy odczuwa to bardzo indywidualnie i nie ma jednej definicji i nie każdy je czuje. Dla mnie dziecko we mnie jest tą częścią mnie, która jest stała mimo upływu lat. Która żyje we mnie od kiedy pamiętam. Zmienia się w naturalny sposób odniesienie do świata w miarę zdobywanej wiedzy, doświadczeń, przeżyć, ale ono ciągle jest.
Dziecko we mnie wierzy w wiele nieracjonalnych "rzeczy", zjawisk, spraw, które rozsądek już dawno wyśmiał, skreślił, wykasował, ale też nie zdołał udowodnić, że nie istnieją. Moja lista ulubionych haseł dziecka we mnie:

  • Miłość. Wierzę, doświadczam wszystkich jej atrybutów, wiem, że prawdziwe uczucie nie ma niszczycielskiej mocy. Niszcząca jest obsesja, ale ta nie ma nic wspólnego z miłością. Miłość wyraża się na wiele sposobów, o których nigdy nie przestaną powstawać różnej formy przekazy. Miłość jest największą siłą napędową świata. Miłość własna również. Ja uwielbiam jej romantyczną wersję, ale też tę wyrażaną w pasji, w relacjach, w sztuce, we wielu formach, które można wymieniać w nieskończoność. Aż się chce zanucić "All You need is love" ;-)
  • Pasja. Jej miarą jest poczucie spełnienia, skok endorfin i czyste poczucie "dobrze mi" :-) Zupełnie nieistotna jest dziedzina i efektywność. Przełożenie pasji na zawód jest genialne, ale to już nie jest decyzja dziecka w nas. Ono patrzy przez pryzmat przyjemności. 
  • Wiara w Boga. Wiara w anioły. Nigdy nie przestanę i często doszukuję się istnienia. Lubię tak interpretować świat, żeby widzieć ich tam, gdzie rozum nie widzi nic nadzwyczajnego. Wierzę, że bliscy, którzy odeszli czuwają nade mną. I nikt mi tej wiary nie odbierze.
fantastyczny kawałek, którym zaraziło mnie znowu Radio Chilli Zet
  • Baśnie. Nigdy nie znudzi mnie kino czy książka z baśniami. Ostatnio zatopiłam się w pięknej ekranizacji "Królewny śnieżki i łowcy". Przecudnie opowiedziane i pokazane. Lubię te światy prosty rozwiązań, prostego definiowania dobra i zła, bajkowych postaci, magii, czarów i wszystkiego, czego nie spotkamy na co dzień. 
  • Marzenia. Tak, jak każdy mam własną, wielopunktową listę marzeń. Mam ją od lat i co parę miesięcy aktualizuję. Niebywała frajda z odhaczania, kasowania (niektóre mi się nudzą, inne zastanawiają, po jakie licho ja tego chciałam, jeszcze inne wywołują radość, że się nie spełniły. No marzenia, jak to marzenia :-). Lubię patrzeć, jak się zmienia.
  • Magia i fantazja. Nie czytam horoskopów, nie chodzę do wróżek a i tak kocham magię. Zdarzało mi się mieć do czynienia ze współczesnymi czarownicami. One istnieją. Serio :-) Ba, sama niejednokrotnie doświadczyłam rzeczy, które mi pokazywały, że coś w tym jest. PS. kiedyś kładłam tarota. Funkcjonowałam wśród znajomych jako czarownica. Reakcje, jakie budzą te karty do dziś mnie zadziwiają. I niech tak będzie. Magia jest potrzebna. Nie kładę tarota, ale lubię czuć w sobie czarownicę. Mój mąż czasami żartuje, że rzuciłam na niego urok :-) Właściwie gdybym zobaczyła jednorożca albo elfa, to bym się nawet nie zdziwiła, że jednak istnieją ;-)
  • i związany z magią od razu idealizm. Lubię starodawny podział, który fajnie pokazany był w Avatarze - podział. wg którego mężczyźni są od spraw racjonalnych, zdobywanie, ochrona, organizacja itp, kobiety od nieracjonalnych, jak leczenie, wsparcie, mądrość ponadracjonalna. Podoba mi się to. Lubię być kobietą w tym wymiarze. Lubię zaparzyć herbatę i wysłuchać, ugotować rosół na ukojenie, pogłaskać po głowie dla pocieszenia, pokazać księżyc w pełni i zapytać, czy on nie jest piękny. Lubię to, w czym możemy się z mężczyznami uzupełniać. Wolę myśleć o podziale ról w kategoriach uzupełniania a nie rywalizacji. Doskonale się to sprawdza w moim życiu, jak w życiu dziesiątek kobiet. Ale to idealizm mówi nam, że tak jest dobrze. Ja wierzę w równowagę na świecie.
  • Wiara w cuda, czyli to, co na dany moment jest wręcz niemożliwe. Wiara, że możliwe jest wszystko. U mnie stoi to mocno na granicy naiwności. Nie obchodzi mnie to. Przekonałam się setki razy, że nasze cuda się zdarzają. Nie chodzi o łamanie praw fizyki. Chodzi o nas. O niepoddawanie się ograniczeniom realizmu. I cierpliwość. Ona niejednokrotnie pozwala na spełnienie. Wystarczy spojrzeć za siebie i ocenić niektóre sytuacje z tamtego punktu widzenia. Z dawnego punktu widzenia ocenić dzień dzisiejszy. Ile cudów można naliczyć? Wewnętrzne dziecko to wie. Teraz mam takie poczucie przy  naszej reprezentacji. Widzę, że mają potencjał, do zostania mistrzami. Wierzę, że ludzie z takimi charakterem jak Błaszczykowski (słuchałam z nim wywiadu i się zakochałam. Skromność, którą podziwiam.) i reszta chłopaków mają szansę i możliwość zmiany ustawień na szczycie mistrzów. To sport, żadna gwiazda nie lśni wiecznie, może pora na naszą? Hm? :-) Wierzę w cuda, bo mi samej się zdarzają. Innym ich życzę.
  • Niepoprawna wiara, że jeszcze ciągle najlepsze przede mną. To nie kwestia wieku, to kwestia podejścia. Wszystko w swoim czasie i zgodnie z potrzebami i możliwościami.
  • Szczęście. Zrozumiałam (naprawdę :-) odwieczną prawdę, że szczęście nie jest efektem czynników zewnętrznych. Jestem efektem własnych decyzji. Jakie by nie były, są decyzjami podejmowanymi w wolności. Warto to szybko zrozumieć i przestać być zbytnio krytycznym wobec siebie. To daje wewnętrzny spokój. Na cudzą krytykę nie mamy wpływu, ale zbytnia samokrytyka to już masochizm. Nie mówię o zadufaniu. Chodzi o szczerą wiarę w słuszność własnych decyzji. Nawet jeśli czasami wygląda inaczej. One są nasze. (Nie neguję potrzeby konsultacji, porad, rozmów, ale one też nie zmieniają faktu, że ostatecznie decyzję podejmujemy sami i sami zbieramy jej skutki). To takie dziecięce poczucie szczęścia - wewnętrzny spokój. Taki, jakie odczuwa dziecko lepiące babki z piasku na plaży, taplające się w błocie, jedzące ulubione lody, kołysane do snu kołysanką śpiewaną przez mamę. Bardzo, bardzo pierwotne, niewymuszone "tu i teraz". I czyste. Polecam. To takie otulenie się światem. Dziecko zasypiając nie martwi się tym, co będzie jutro w przedszkolu (Ja się nie martwiłam, nie wiem kiedy ludzie zaczynają się martwić i zastanawiać na wyrost).
  • Owszem, wiele cech, wartości wygasa (u mnie jest to np."spontan". Kiedyś go uwielbiałam, dziś muszę mieć kumulację kilku czynników: okazję i ochotę i siłę i nastrój. Stałam się bardziej pragmatyczna i lubię móc zaplanować, dlatego coraz rzadziej się na niego decyduję, bo przede wszystkim unikam zmuszania się do czegokolwiek. To kwestia  znania siebie i wspominanego oceniania możliwości i potrzeb. Rezygnowanie jest tak samo ważne jak podejmowanie działania i pogodzenie się, że czasami nie ma sensu łapanie wielu srok za ogon. Udawanie, że mam niewyczerpany zapas energii byłoby absurdem. Nie mam. Jestem z tym pogodzona, więc spokojnie i bez żalu alokuję energię z większą rozwagą. Już mi się nie zdarzy np. pójść na imprezę i od razu do pracy (wolę zarywać noce na inne rzeczy), albo wyjechać na 1200km zaraz po pracy, żeby spędzić Wigilię z rodziną i wracać praktycznie po 2 dniach (to było szaleństwo, fantastyczne, ale niepowtarzalne). Nie te lata, wiem, ale nie żałuję. Już znam smak tego i wiem, co jest warte jakiej energii. Wyjazd do rodziny wolę zaplanować. Robienie tego, czego właśnie chcemy, potrzebujemy, na co czujemy się na siłach jest najlepszym kompasem. I nie ma co się zadręczać, że inni mają jej więcej, albo inną, albo mniej, po prostu żyjmy zgodnie ze sobą. Mamy różną energię w różnych momentach życia. Słuchajmy tego. Tak, to ta strona pragmatycznie dorosłej kobiety, ale i tak...
W życiu raczej nie chodzi o to, żeby stanąć w miejscu z syndromem Piotrusia Pana. Chodzi o to, żeby się ciągle rozwijać, we własnym tempie, ciągle być ciekawym, nie nudzić się życiem, nie męczyć, nie czekać na koniec dnia, nie żyć tak, jakby się uciekało od siebie, ale też nie dać mu się gonić z tym powszechnym pędem - jeśli nie jest naszym naturalnym rytmem (bo zdarzają się ludzie, dla których to tempo jest naturalne. Nie można tego negować). Każdy ma inny potencjał, inny poziom energii życiowej, inny temperament, możliwości, potrzeby. Najistotniejsze jest poznanie ich. To wg mnie istota slow life. Określając to, zawsze wiemy, w jakim punkcie życia jesteśmy. I najważniejsze - nic na siłę i nic wbrew sobie. Nie musimy nikomu z niczym imponować, ścigać się, udowodniać. Żyjmy we własnym tempie. 

Wewnętrzne dziecko w nas niech sobie macha nogami na drzewie, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za nie, a nie ono za nas. Proste. Najważniejsze, to nie dać mu odejść. Ci którzy na to pozwalają przenoszą się dla mnie do działu zwanego robotyką. Chociaż kto powiedział, że maszyny nie mają duszy? Tak, za dużo się naoglądałam s-f. To jeden z moich ulubionych gatunków, na tej samej półce co baśnie, fantasy i komedie romantyczne. Chwała twórcom takich obrazów, kipiąca kreatywność. Moje wewnętrzne dziecko przybija z nimi piątkę :-) 

9.6.12

Czerwono, słodko, soczyście, czyli rzecz o arbuzie

Prawie lato. Tak wiem, deszcz pada, ale to tak jakby normalne w naszym klimacie, więc czekając na powrót upałów można oddać się klimatowi mistrzostw (chociaż jednym okiem oglądam mecz Niemcy - Portugalia, drugim maluję paznokcie a w między czasie piszę tę notkę :-). Ale lato prawie mamy. Co kocham w lecie najbardziej? (poza oczywistościami) arbuzy. 

Chyba żaden inny owoc nie kojarzy mi się z latem i z dzieciństwem jak właśnie arbuz. Wakacje. Pamiętam od najmłodszych lat do domu wnoszony był prawie codziennie wielki arbuz. Dopadaliśmy go z wygłodnieniem tego smaku codziennie tak samo. No nie było nic lepszego, niż w upalny dzień chwycić plaster arbuza i z sokiem cieknącym po palcach wybiec na podwórko. Wszyscy mieli arbuza. Wszyscy się kleiliśmy od soku. Boże, jakie tamte arbuzy były pyszne. Szukam tego smaku, ale od dawna nie mogę znaleźć. Już się cicho poddałam, ale nie przestanę szukać, bo nie przestanę jeść arbuzów. W gorący dzień (ale i nie tylko) zastępuje mi czasami obiad. 



Jedna z moich przyjaciółek ma szczęście spędzać co roku część urlopu w Dubaju. Od lat, gdy tam jest,  jedno jej się nie przejada: właśnie arbuzy. Zwłaszcza, że tam mają boski wręcz smak (co łatwo sobie wyobrazić ;-). Potrafi na arbuzach żyć kilka dni. Na ten upał są podobno idealne jeszcze bardziej niż na nasze radosne 30st.

Nie czekając jednak na wyjazd do Dubaju zajadam się arbuzem od kilku dni. Mimo, że ten smak nie jest tak intensywny, jak bym chciała, to mieści się w granicach tolerancji. 

Przy okazji, zwyczajowo, kilka detali z działu właściwości:

"W miąższu arbuza znajduje się ok. 92% wody, reszta to węglowodany i błonnik pokarmowy. Arbuzy mają też trochę witamin i soli mineralnych. Żywieniowo arbuz jest ceniony ze względu na zawartość witamin tj: beta-karotenu (witamina A), kwasu foliowego, witaminy C, kwasu pantotenowego i w mniejszym stopniu witamin: B1, B2, B3 i B6 oraz minerałów tj: wapń, magnez, fosfor, potas, sód i w mniejszym stopniu miedzi, żelaza i cynku." 
źródło TU.

Kto by podejrzewał, że arbuz jest tak odżywczy? No to arbuz ma +100 do kochania.

A tu jeszcze ciekawostki kosmetyczne. Polecam.
Kilka przepisów z wykorzystaniem arbuza: TU
(nie wspominam o wariancie do drinków)

Więc nic, tylko zajadajmy się arbuzem. Wszystkim życzę trafiania na ten smak, który uważa za najlepszy i niezapomniany.

PS. Bardzo lubię też melona, czyli żółtego arbuza. Zajadam się z nim czasami w podobny sposób. Na lato pamiętajmy o owocach i sałatkach owocowych. Ich dobrodziejstwo jest nie do przecenienia.
Niech nam sok arbuza rubasznie ucieka między palcami  ;-)

8.6.12

XI nie narzekaj

Właśnie mamy doskonały moment do obserwowania naszej mentalności. Na gorąco po meczu Polska-Grecja. Kto oglądał, ten wie, że mecz ogólnie był niezły. Najważniejsze, że mimo wszystko przekonaliśmy się, że nasza drużyna jest bardzo dobra. Naprawdę bardzo dobra. Waleczność, agresja, fair play (czyli też trzymanie nerwów na wodzy), determinacja - piękne. Byłam z nich dumna jak diabli. I koniec. Zdaję sobie doskonale sprawę z błędów, niedociągnięć, straconych szans. Ale... ale to jest nieważne. Biorąc wszystko pod uwagę, wszystkie okoliczności, presję meczu otwarcia, presję mistrzostw, presję grania u siebie i wiele innych czynników można spokojnie powiedzieć, że nasza drużyna wypadła świetnie i dobrym wynikiem. Pokazali potencjał. To dopiero początek. I właśnie w tym miejscu wyłączam się na wszelkie negatywne komentarze, na narzekanie, na skupianie się na błędach i rozpracowywanie ich do ostatniego podpunktu. Nie od tego jestem. Dla mnie, jako niekibica (przecież ja nawet ich nazwisk nie znam, no może 2-3 ;-), ale fana pozytywnych emocji, początek Mistrzostw jest bardzo obiecujący i chcę i będę wierzyła, że wygramy te mistrzostwa. Zazdroszczę wszystkim, którzy są w trakcie meczów na stadionach, ale sama mogłabym tego nie wytrzymać. Emocje przed TV udzielają mi się wystarczająco. 

PS. Oglądaliśmy mecz ze znajomymi, którzy kibicowali Grecji, co było ciekawym przeżyciem :-)  


Nie chcę teraz słuchać o błędach, roztrząsać tego od negatywnej strony. Ja tak generalnie żyję i pracuję, że nie koncentruję się na błędach. Potknięcia się zdarzają, ale jak już gram, działam, to na 100%. Jeśli w coś się nie angażuję ambicjonalnie, to lubię po prostu płynąć i wówczas zupełnie już wyłączam krytykę (np. spontaniczny udział w czymś). To zwykłe wyluzowanie.

Jeśli coś nie wychodzi, co się rzadko zdarza, to się nie poddaję i nie roztrząsam tego. Wyciągam wnioski i idę dalej. Szkoda czasu na mazgajenie. Jestem realistką z przewagą optymizmu i tego mi czasami brakuje u innych. Niech nie czekają na wygraną mistrzostw, żeby doceniać to co mają. Pamiętam, jak mnie wyśmiano za wiarę w minister Muchę. A ja słuchając jej wiedziałam, że się uda. Mimo braku przygotowania stricte sportowego miała to, co jest potrzebne do realizacji zadań, których się podjęła. Nie wiem czemu my tak bardzo lubimy krytykować, skupiać się na minusach, nie wierzyć w siebie i otaczających nas ludzi, nie wiem czemu tak lubujemy się w skrajnym sceptycyzmie, ale gdy wytyka nam to zagraniczna tv, to się oburzamy. No taki obraz przedstawia się z wielu źródeł. Zmieńmy podejście, zamiast mieć pretensje o to, że inni widzą ten kraj takim jaki jest. Przynajmniej w dużej mierze. Uciekam z premedytacją od wszystkiego, co skupia się na minusach i ciągnie w dół emocje, ale też motywację. Podobny mechanizm jest ze wszystkim. Z tym się nie wygra, dlatego najlepiej się od tego odcinać. Czym to skutkuje? Że kończę szybko rozmowę z ludźmi, którzy włączają narzekanie, krytykę (na cokolwiek), unikam stron, na których pastwią się nad czymkolwiek. Czasami odpowiadam "to zrób to lepiej", albo "to zmień to", co zawsze zamyka usta. Szkoda mi czasu. Naprawdę, za bardzo cenię i szanuję własny czas, żeby tracić go na coś tak bezsensownego jak narzekanie, generowanie bezsensownie negatywnych emocji. Zasada ta pozwala mi spokojniej spać, skuteczniej planować, mam czystsze myśli i umysł, jestem dzięki temu bardziej kreatywna i szczęśliwa. Z wiekiem jestem w tym coraz lepsza :-) To przecież żadne odkrycie, że negatywne emocje szkodzą. Serwowanie ich sobie na własne życzenie jest absurdem.  Chciałoby się powiedzieć, że to domena starszych ludzi, ale paradoksalnie narzekają ludzie w każdym wieku i bez względu na okoliczności. To charakter a nie wiek. Narzekanie natomiast na organizację Euro u nas jest już zupełnym absurdem. Jeśli ktoś jest kibicem, to cieszy się z oczywistych przyczyn, jeśli ktoś nie jest, to i tak czerpie korzyści z tego faktu chociażby poprzez zmiany, jakie mamy w kraju, bo co by nie było, my już wygraliśmy - nowe drogi, potężne inwestycje i realizację planów, które często nie były związane z mistrzostwami, a i tak ułatwiają nam wszystkim życie. Plusem są też obcokrajowcy, którzy przechodzą się naszymi ulicami. No fantastyczny klimat.  Jeśli kogoś euro nie interesuje, to nie musi informować o tym całego świata. Naprawdę. To jego sprawa. Jakbyśmy się wzajemnie informowali głównie o wszystkim, co nam nie pasuje, co nas nie interesuje, co nam się nie podoba, to byśmy mogli nie rozmawiać o niczym innym, bo takich rzeczy każdy ma przecież dziesiątki. Szkoda czasu. To jest autentycznie marnowanie życia.

Ostatnio też ktoś mi wyrzucił, że państwo nie dba o obywateli. Hm. 6 lat temu (w okolicy magicznych 30-tych urodzin) potrzebowałam bardzo, ale to bardzo pomocy państwa. Z powodów zdrowotnych trafiłam w poważne tarapaty. Okazało się, że na państwo nie mogę liczyć zupełnie. Gdyby nie rodzina i kilku szczerych przyjaciół, to prawdopodobnie trafiłabym pod most. I co? I cieszę się, że się o tym przekonałam. Przynajmniej przestałam się czarować, że mogę liczyć na państwo. Skutek tego jest taki, że nauczyłam się kompletnie na państwo nie liczyć. I jest mi z tym doskonale. Czuję się wolna od państwa. Ba, odprowadzając wysokie podatki i składki uważam, że to państwo liczy na mnie. O wiele bardziej komfortowa pozycja. I przez myśl mi dziś nie przejdzie na to narzekać. Wyszłam z tego silna i wolna. Polska jeszcze za długo będzie za biedna na np. prorodzinną i mocno pro-obywatelską politykę. Trudno.  Przyjdą czasy, że się to zmieni, ale jesteśmy zbyt młodzi gospodarczo, żeby na to liczyć. To jak wymagać od nastolatka samodzielności i jeszcze wsparcia. Za wcześnie nawet na to.

Ktoś gdzieś napisał, że Polacy nie wygrają nawet jednego meczu, bo nie są zwycięzcami. Jako naród. A ja jestem przekonana, że są tacy, którzy są. Wystarczy im nie przeszkadzać, bo z pomocą to ciężko, skoro przy najmniejszym błędzie entuzjazm i poparcie i wsparcie schodzi z wielu jak powietrze z balonu. Czasami Bogu dziękuję, że mam szczęście otaczać się ludźmi, którzy mają charaktery zwycięzców. Oni nie narzekają (albo rzadko, no bo kurcze, wszyscy miewamy gorszy dzień, ale wtedy się wspieramy i tu działa silna wzajemność), tylko działają. Pomagamy sobie wzajemnie, bo podobnie jak z naszą drużyną, w grupie jest siła.Wielkość grupy nie ma znaczenia. Ważna jest jej siła.

Krytykowanie rzeczy, na które nie mamy wpływu to strata, marnotrawienie czasu (tak jak krytyka "naszych", którzy po pierwsze są otoczeniu specjalistami, a po drugie doskonale wiedzą co poszło nie tak, no jaki sens jest w wytykaniu im tego?). To już lepiej coś ugotować, obejrzeć film, pojechać gdzieś, porozmawiać o rzeczach ludzkich, zwykłych i normalnych, albo dalej pracować nad planem podboju kosmosu. Naprawdę nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo lubią marnować własne życie na krytykę cudzych działań, zamiast zająć się sobą i swoim światem. Zycie slow daje doskonały flow dla bycia sobą. Czekam na czasy, kiedy zmieni się mentalność i ludzie zaczną pogodniej i z większą ufnością patrzeć na świat. To dość naiwne, ale na szczęście mam z kim czekać, bo takich realnych optymistów jest strasznie, strasznie dużo. Kiedyś będzie nas więcej :-)
I nie ważne jak się skończą te mistrzostwa. Dla mnie ich atmosfera jest świetna.

5.6.12

Wiatr w żagle, czyli siła motywacji

Co ma Boniek do optymizmu?
Właściwie bardzo dużo, a raczej więcej niż wynika z wywiadu. Mieszkając w naszym cudnym kraju trzeba mieć bardzo grubą skórę.  Lada chwila rozpocznie się Euro 2012. Cudownie. Jak już pisałam, nie jestem kibicem, w potocznym rozumieniu, ale jestem fanem wszystkiego, co niesie ze sobą potężne, pozytywne emocje. Płynę na fali takich emocji jak surfer. Wybieram najwyższe fale :-)
Z radością w serduchu chłonę zmiany w Gdańsku, skakałam na dachu siedziby naszej firmy, z resztą kolegów, pod lądującym na pobliskim lotnisku największym na świecie pasażerskim boeingiem z niemiecką drużyną na pokładzie. Smaczek: to bym pierwszy lot tego samolotu poza Niemcy. No powód do dumy. A jakże. A na pokładzie do tego piłkarz polskiego pochodzenia, L. Podolski, który wczoraj miał urodziny. A do tego odnotowałam kilka pomniejszych sukcesów zawodowych, więc dodatkowo byłam zadowolona. Mi jednak dużo do szczęścia nie trzeba. Właściwie to nauczyłam się metodą starszych ludzi, że szczęście to jest wtedy, gdy nic nie boli :-)
I tak sobie myślę, że tak naprawdę człowiekowi z natury rzeczy do szczęścia wiele nie trzeba. Tylko jakoś usilnie należy pod szczęście podciągać jakieś konkrety. Bulszit. No i jeszcze większy, że człowiek szczęśliwy chodzi jak na haju. Mit za mitem. Człowieka szczęśliwego cechuje jedno: wewnętrzny spokój. Pozostałe, widoczne efekty to już emocje, które falować mogą jak sinusoida, bez znaczenia, zależy od temperamentu, dnia, chwili, okoliczności, ale to nadal tylko emocje. Przy okazji, ostatnio gdzieś czytałam o wykorzystywaniu emocji i o ile wydawało mi się to oczywiste, to jednak nie jest. Napiszę o tym kiedyś.

Przeczytałam gdzieś jakiś artykuł, w którym autorka, Niemka, napisała, że nie będzie oglądała meczy, bo nie jest kibicem a Niemcy i tak wygrają. No i cudowne podejście. I tak powinno być, bez względu czy się jest kibicem czy nie. Wiara w siłę własnej drużyny powinna być bezdyskusyjna. Od krytyki mają trenerów i całe sztaby coachów. Od motywacji też, ale atmosfera powinna być jednoznacznie budująca.

Jedyne słusznym założeniem naszych, w momencie wyjścia na boisko ma być wygranie tych mistrzostw. Jedyne słuszne! Robienie czegokolwiek na tak straszne "pół gwizdka" jest stratą energii, marnowaniem potencjału, zabijaniem czasu, pasji, sensu i zapału. Jeśli robimy coś sami, jeśli komuś kibicujemy, to ma za tym stać 150% przekonania, że się wygra albo nie róbmy tego wcale (albo nie teraz, albo nigdy). Oczywiście, że realnie może wyjść inaczej, ale w czasie gry, w czasie, gdy coś robimy, nad czymś pracujemy, a co jest dla nas ważne, to nie ma miejsca na jakieś minimalne założenia. Gramy o wszystko. Wkładamy w to całe serce, duszę i ciało. Całe. Doping i wsparcie mają być takie same. Aż mnie wzdryga, jak przelatuję te mizerne komentarze, jęk nad naszą drużyną, dobijanie zamiast uskrzydlania. Wyjście z grupy? Ok, ale oni tam idą wygrać mistrzostwa! 

Trzymam mocno kciuki za naszych i życzę im grubej skóry na krytykę, potężnej wiary w siebie i własne możliwości i wygranej mistrzostw. Bo tak. Bo z takim założeniem powinni grać. Bez mazania. Cholera, jeśli ja potrafię osiągać najbardziej absurdalne cele, spełniać marzenia, to oni też mogą :-)

1.6.12

Zabawki blogerów

Właśnie odkryłam, że blogger daje niesamowite możliwości zabawy szablonem. Wybierając układ dynamiczny można przestawiać szablon w różnych konfiguracjach. Odchodzenie od standardowego układu jest ciekawostką (którą mają u siebie już np. Kominek czy Jacek Gadzinowski), chociaż oni mają swoje strony na Wordpressie i do tego własne domeny, no ale to oczywiste, dla nich blogi to trochę więcej niż zabawka i jeśli ktoś traktuje, bądź chce traktować blogowanie jako sposób na życie, to powinien od nich zacząć naukę, ale to chyba każdy w blogosferze wie.

Bardzo mnie cieszy, że blogger jako taki nie pozostaje w tyle z wprowadzaniem usprawnień i nowinek. Jak znam siebie, to zaraz znowu coś zmienię. Straszna z tym jestem :-)  

Bawmy się naszymi blogami, ich wyglądem, układami. To o wiele mniej czasochłonne i przede wszystkim nie wymagające nakładów zajęcie jest prawie tak przyjemne jak urządzanie mieszkania, w którym też mam zastosowanych sporo rozwiązań uznawanych za hm mało popularne i strasznie mi się podoba, gdy kogoś one dziwią, ale uważam, że mieszkanie ma być maksymalnie zoptymalizowane i dostosowane do nas a nie do mody, trendów czy oczekiwań. Blog także :-)
Jeszcze oczywiście wszystkiego nie poznałam, bo blogger ciągle jest dla mnie nowy (przenosiny z bloxa były dobrą decyzją. Sentymenty to trochę za mało, żeby gdzieś pozostawać).

Jak ktoś zmieni sobie szablon na dynamiczny, to proszę o informację. Chętnie odwiedzę :-) 
Dzięki temu zobaczę efekty kreatywności a może i trafię na ciekawe blogi. Bardzo lubię odkrywać nowe. A im więcej zawiera słowo "nowe" tym lepiej. Strasznie ciężko mnie zaskoczyć i pragnę tego jak sucha trawa wody. 

Strasznie mam ochotę poznać jakieś nowe, jeszcze nieodkryte blogi. Może zaskoczy mnie tematyka, może sposób prowadzenia, może osobowość blogera. Jedyne co jest problemem, to to, że nie szukam. Zawsze trafiałam z przypadku na blogi, w których się zakochiwałam. Zawsze trafiam z przypadku na blogerów, którzy zapadają mi w pamięć, pobudzają naszą kreatywność, bądź dają do myślenia, a podobno nic nie dzieje się przypadkiem. To nie ma większego znaczenia, ale bez przypadków po prostu o wielu rzeczach byśmy po prostu nie wiedzieli, więc "niech żyje przypadek!" ;-). Ważne, jak się z tym czujemy tu i teraz. A ja właśnie odczuwam przyjemność z banalnej zabawy szablonem. Nowy układ bloga znowu pobudził mi apetyt na nowe. To jak żyjące we mnie samoistne perpetuum mobile. 
Nowy, dynamiczny układ jest dla mnie idealny. Przynajmniej na tę chwilę. 
Let's play ;-)

PS. Ciekawostką w tym dynamicznym układzie jest możliwość wybierania sposobu wyświetlania w lewym, górnym rogu pod "Timeslide". Słit :-) Mniej słit jest zgubienie z wyświetleń ankiety (której wyniki z ciekawością obserwowałam, czy okna fb, z którego nie przestaję korzystać, bo fb jest też dobrym miejscem do dzielenia się sprawami, do których wracamy na blogu później, bądź wcale). Nie uważam, żeby było to narzędzie nam niezbędne, ale jest na pewno wygodne. Także uprzedzam, że zmiana na szablon dynamiczny powoduje też pewne zmiany w obsłudze. Żeby nie było, że nie mówiłam :-)

PS 2. Ostatnio spacerowałam po ul. Długiej w Gdańsku i zakochałam się na nowo w Neptunie. Ależ on jest znowu majestatyczny ;-)