12.8.12

Meksyk i malina

Robimy babski wieczór. Spacer nad morze. Zimno, nie zimno, bez znaczenia. Idziemy nadmorskim deptakiem a z naprzeciwka idzie dwóch facetów. Wyglądają fantastycznie. Zaczepiam ich, bo chcę fotkę, koniecznie.
"No muszę mieć z wami zdjęcie! Jesteście zajebiści!" śmieję się z daleka
"Haha!" śmieje się jeden do drugiego "Słyszałeś ją? Ona to czuje, normalnie to czuje!"
Goście są bajeczni, jak ich kapelusze.
"Studenci?" pytam
"A gdzie studenci. Popatrz (mówi jeden podnosząc okulary), jesteśmy po trzydziestce"

"No cudnie. Zakochałam się za ten fakt podwójnie" zaśmiałam się 
I opowiada dalej "W zeszłym tygodniu byliśmy na Mazurach, teraz Gdańsk, nie wiem, gdzie będziemy za tydzień". Porozmawiałam z nimi chwilę (przyjaciółka P. patrzyła na to wszystko z rozbawieniem :-), a po chwili wokół nich zrobił się tłumek i wszyscy chcieli robi sobie z nimi foty. Zaczęli uciekać, jak my.

Obiecaliśmy sobie, że się na pewno spotkamy na jakiejś imprezie i poszłyśmy ze śmiechem dalej.
Chcę więcej takich ludzi! :-)

To nie wiek, to charakter. Szkoda, że niektórzy z tego "wyrastają" zupełnie i poprzestają na niekończących się wspomnieniach w koło tego samego, zamiast kolekcjonować takie chwile ciągle świeże. Jak widać, dużo nie trzeba.


 
Wieczór był naprawdę chłodny, więc po krótkiej, dwugodzinnej sesji na morzem pojechałyśmy do Barbadosa w centrum Gdańska. Dyskoteka na dole, my na górze. Zamawiamy na rozgrzanie herbatę malinową i szarlotkę na ciepło z sosem porzeczkowym. Było pyszne, muszę wypróbować w domu. Przyjaciółka P. się zaśmiała, że fantastyczny zestaw na sobotnią noc, kelnerka również się zaśmiała, że dość nietypowy, na co P. odrzekła: "A wie Pani, my już w tym wieku. Niedługo będą pewnie herbatki na trawienie" Hehe. 

Wracając czułam magię Gdańska. Kocham te miasto, jak i spotkania z dawno niewidzianymi przyjaciółmi, których znam prawie pół życia. Dobrze, że niektórzy z nich się nie zmieniają, że mimo wszystkiego, co nas wszystkich spotyka w życiu, mimo zmian, mimo sukcesów czy przeszkód, siadając na przeciwko i rozmawiając ciągle czujemy się jak za dawnych czasów. To specyficzne uczucie. I bezcenne, co z wiekiem doceniamy coraz bardziej, bo coraz mniej nas takich. Ludzie się nie zmieniają, po prostu zapominają, jacy byli i... zaczynają być inni. Zajęci gonieniem a w tym miejscu nasze drogi się tak jakby rozchodzą. Oby było im z tym dobrze, oby były to dla nich zmiany na lepsze, bo niektórzy wspominają siebie z dawnych lat (z których się znamy) z lekkim żalem, że to minęło i nie wiedzą, czemu to się zmieniło i kiedy, no ale.. i tu lecą zmiany w ich otoczeniu. Hm. No pięknie. Może dla nich to najważniejsze... Może uważają, że to normalne, może to jest normalne dla nich, może traktują to jako kolej rzeczy, może żal za sobą z kiedyś jest wpisany w niektórych naturę? Myślałam o tym chwilę wracając przez nocne miasto, ciesząc się, że jednak część z nas nie poddała się temu pędowi, albo była w nim przez chwilę i uciekła, jak ja.
W nocy, po powrocie, weszłam do śpiącego ciepło mieszkania, wyszłam na balkon, a na dole stał jakiś facet i wydawał odgłos jak dzięcioł. Chciałam dla żartu zrobić to samo, ale nie wiedziałam jak się wydaje odgłos dzięcioła. "Kocham moje miasto nocą" ;-)