10.8.12

Slow latem

Głodna jestem. Zatrzymajmy się gdzieś. No i zjedliśmy w baszcie. Żnin pod Gnieznem (mniej więcej).




CIEKAWOSTKA: zapiekane penne ze szpinakiem i serem. Zapiekanki tego typu mają to do siebie,  że nie chce ich być mniej. Wiosną jadłam podobną zapiekankę w Krakowie. Była pyszna, ze szpinakiem i łososiem. Nie zjadłam jej przez 2 godz. Kelner i kolega z którym tam byłam błagali wzrokiem, żebym się poddała. Nie wiem o co chodzi, ale jeszcze nigdy nie zjadłam całego dania. Makarony zapiekane z dodatkami to magia ;-)


Zupełnie spontaniczne wyjście. FETA, czyli teatry uliczne. To magia sama w sobie (innego rodzaju). Podziwiam tym ludzi, którzy je tworzą, głównie za to, że żyją w swoim świecie, a obserwując ich można się poczuć jak Alicja w Krainie Czarów. 
CIEKAWOSTKA: FETA w Gdańsku odbywała się w tym roku w dzielnicy, której żaden rozsądny mieszkaniec Gdańska nie odwiedzi dobrowolnie nawet w ciągu dnia. Zawsze byłam ciekawa tamtych uliczek, a już moim wielkim marzeniem było wejście na Bastion św. Gertrudy (dopiero dzięki Fecie dowiedziałam się, że tak się nazywa), a nie miałam odwagi tam pójść, nawet z kimś, a słusznie byłam przekonana, że widok stamtąd jest niesamowity. Cieszę się, że FETA zmienia, odczarowuje, wypełnia ludźmi takie dzielnice miasta.  Widać było po mieszkańcach tej części miasta, że im się to też podoba i to równie ważne.






Niebo oddaje moje nastroje, a może my widzimy je tak, jak się czujemy?  Gdy jestem smutna zachód słońca koi mnie, gdy jestem radosna feeria odcieni szaleje nad głową. Kocham to w podróżach, że dają nam bezmiar nieba, przestrzeni, zapierają dech i po prostu się patrzy bez słów. Magia lata. Nie można się jej nie poddać.

PS. Jeszcze na koniec lipca zaplanowany był wyjazd w Bieszczady. I na tym się skończyło. Bez bliższych ustaleń, bo jakoś wiele było niewiadomych. Wszystko się tak pozmieniało, że jednak do wyjazdu nie doszło. I dobrze. Gdyby doszło, to nie moglibyśmy być na pożegnaniu ważnej osoby i być razem z rodziną w smutnym, ale dla rodzinnego życia ważnym momencie (z którym długo jeszcze w środku będziemy się układać), nie doszłoby do ważnego spotkania, od którego może wiele zależeć, a nawet jeśli nie, to i tak dużo dało, jednak nie doszłoby do niego, bo nie zostałby wysłany odpowiedni mail. Siedzielibyśmy w górach. Lubię planować, ale nie wściekam się, gdy życie wymusza zmianę. Czasami bawi mnie lawirowanie między planami. Wszyscy układamy czasami wręcz niebywałe puzzle. Doceniam tolerancję tego u ludzi, bo wszyscy zmieniamy plany po x razy ustalając i przestawiając priorytety. Na szczęście z reguły nikt nie ma do nikogo pretensji, bo wszyscy mamy podobnie i wiemy, że końcem końców i tak "co się odwlecze..".  

Nic na siłę. Planowanie jest ważne, ale elastyczność jest ważniejsza i często daje lepsze efekty. Robienie czegoś na siłę przeważnie od początku do końca idzie jak krew z nosa. Poddanie się elastyczności aktualnych możliwości jest po prostu lepsze i najlepsze co mogę usłyszeć mówiąc komuś, że musimy przełożyć spotkanie jest "OK, będziemy w kontakcie" (no czasami szkoda, no ale ojej, nie ma sensu tracenie czasu na rozżalanie się nad faktem). Ode mnie też to zawsze można usłyszeć. Ja nie spędzam życia na czekaniu, więc ciężko mnie rozczarować zmianą (lubię zmiany, z założenia). Teraz łapmy lato. Jest magiczne.

To jest slow life ;-)