14.8.12

Zbieranie, pocztówki i drobne




Dawno, dawno temu, jeszcze w poprzednim stuleciu, lubiłam zbierać pocztówki. Jak gdzieś jechałam, to zamiast przedmiotów przywoziłam pocztówkę (nadal to robię). Z biegiem czasu prosiłam rodzinę i znajomych, żebym mi wysyłali pocztówkę, jak jadą w jakieś ciekawe miejsce. Niektórzy krótko kwitowali "nie mam czasu" i przysyłali mi mms-a. Heh. Inni po prostu to robili. I robią. Zbieram te pocztówki i przypinam na tablicy korkowej wiszącej w kuchni. Jednak już od dawna pocztówki się na tej tablicy nie mieszczą i odkładam je do kartonika. Błąd. Nieraz jak ktoś nas odwiedza, to sprawdza, czy jest jego pocztówka. Rozkoszne to jest, gdy słyszę "O! Moja kartka!", albo gdy czuję lekkie zawiedzenie w głosie "Nie ma mojej kartki z..?" i zdałam sobie sprawę, że marnuję okazję do sprawienia przyjemności, w zamian za tę, którą oni robią mi. Pamiętają o mnie, gdy siedzą na drugim krańcu świata, czy gdziekolwiek. 
Koniec. 
Postanowiłam kupić dwie duże tablice korkowe i przenieść kolekcję do dużego pokoju, chociaż chciałam powiesić jakiś ciekawy i oryginalny obraz, to zrozumiałam, że to będzie o wiele lepsze. Pomieszczenia urządzam w klimatach. Duży pokój to środkowa Afryka ;-) więc dołożenie do tego kartek z całego świata, może być ciekawym uzupełnieniem. Lubię patrzeć na te kartki. Stoją za nimi fajni ludzie, czasami fajne historie (np co musieli zrobić, żeby dotrzeć na pocztę), które nam opowiadają po powrocie, a dodatkowo wydłuża się moja lista miejsc, które chcę zobaczyć, a o których na razie tylko marzę. No i są tam też moje własne wspomnienia.  Ze dwa ;-)

Cieszy mnie jednak najbardziej, że ktoś siedząc np. na Cabo Verde pomyśli "wysłać kartkę dla Marzeny" (Ba, ja wcześniej nie miałam pojęcia o tym miejscu, a od kiedy dostałam stamtąd kartę od brata, chyba 3 lata temu, to jest na szczycie listy jeśli chodzi o Afrykę). Albo ktoś wygrzewając się na Teneryfie poszuka poczty, żeby kupić znaczek. 

Właściwie moje "zbieranie" jest już dość rozpoznawalne, z czego zdałam sobie sprawę niedawno, gdy koleżanka z pracy mojego męża zaczęła przysyłać pocztówki z różnych części świata "bo jego żona zbiera", albo gdy dzwoni do mnie jedna czy druga osoba o adres, bo właśnie stoi na poczcie i chce wysłać mi kartkę. Pisząc tę notkę zrozumiałam, jakie to jest miłe i zacznę jeszcze serdeczniej dziękować. Przecież ja właściwie nie zbieram, ja lubię dostawać, lubię kupować jako pamiątkę, ale to nie zbieranie dla zbierania, bo dla mnie to sposób na zapamiętywanie, na łapanie emocji, przeżyć, jak dla innych figurki, nie wiem ile mam tych kartek, ale pamiętam od kogo dostałam i gdzie sama kupuję. Ja nie zbieram dla faktu, ja się cieszę, że  inni o mnie myślą, gdy są daleko.
 
Żyjemy w czasach, gdy się idzie na łatwiznę. Mało kto pisze listy, mało kto wysyła kartki. Szkoda. Nie wiem, co będą przeglądać ludzie epoki internetu za 10, 20 lat. Wydrukowane maile? Mmsy, zdjęcia na komputerze? I to ma zastąpić ręcznie wypisaną kartkę z lokalnym znaczkiem, ręcznie napisany list, zdjęcie z podpisem i datą? Poważnie? Nie, no super. Co kto lubi.  




Mój inny konik. No nie konik. To się też tak samo zrobiło. W dniu ślubu, czyli prawie 10 lat temu, zostaliśmy przed kościołem zwyczajowo obrzuceni drobnymi. Najpierw te drobne chciałam schować, ale że nie miałam gdzie, to wrzuciłam je do wazoniku. Czasami drażniło mnie, że sobie zablokowałam wazon na otrzymywane kwiaty, więc któregoś dnia kupiłam duży, ciekawy, bo pochyły, wazon specjalnie na monety. Pomysł skopiowałam właściwie od moich teściów, którzy od dziesiątek lat podobnie zbierają drobny bursztyn. A też się zaczęło od kilku. No i tak jakoś od tamtej pory, wszystkie luźne grosze trafiają do tego wazonu. I tak spojrzałam wczoraj na ten wazon, który nie jest mały, a jest już zapełniony. Oczywiście nie raz wazon ratował nas, gdy brakowało drobnych, ale jednak ciągle się wypełniał. I nie wiem, co zrobić, bo jak sobie myślę, że na dnie są drobne, które zbieraliśmy 10 lat temu pod kościołem, gdy od razu mi się to przypomina, to mnie to rozczula i odchodzę w pokoju od wazonu. Może po prostu przestanę zbierać drobne  ;-)  

Nie jestem kolekcjonerem, to nie zbieranie dla zbierania. To nie hobby. To się po prostu zrobiło. Czasami trafiam w tv na reportaże o ludziach, którzy niechcący zaczęli zbierać i samo się zbiera. Aniołki, ciekawe puszki, motylki, żabki. To się robi samo i po latach mają tego setki. Wierzę. 

Za panieńskich czasów miałam tak z misiami pluszowymi. Do ślubu miałam dziesiątki misiaków, bo jakoś faceci lubili mi je dawać, wiedząc, że lubię je dostawać. Mieszkanie 27 letniej kobiety, wyglądało jak pokój dziecka, bo misie były wszędzie, dlatego też postanowiłam oddać je do domu dziecka po ślubie. Jeszcze w dniu ślubu, zamiast kwiatów, poprosiliśmy o maskotki. Rodzina i znajomi się spisali. Dzieci w domu dziecka były przeszczęśliwe, ja z lekkim sentymentem, ale też ulgą wolnego miejsca oddałam symbolicznie swoją przeszłość. 

Dziwi mnie to o tyle, że ja jestem przeciwnikiem wagi ciężkiej chomikowania. Przecież ja nie zbieram, no kto by zbierał pocztówki? :-)