19.11.12

Jesiennie mi

Po podróży, ale nie tylko, lubię dla równowagi zakopać się w kuchni. Do tego celu konieczne jest nabycie produktów. Mięsa i wędliny zakupuje się nie gdzie indziej jak na gdańskiej hali targowej. W tym celu należy opuścić osiedle-sypialnię, na której kupuje się wszystko inne. Hala targowa w Gdańsku jest miejscem z tradycją. Kilka lat temu przeszła gruntowny remont, jednak ja ją pamiętam z czasów, gdy była miejscem przesiąkniętym zapachem ryb i mięsa. Kiedyś nikt nie słyszał o higienie, sanepidzie, salmonelli itp. Na szczęście usłyszeli i od kilku lat można tam znowu zostawiać pół pensji. Jest na co. Po świeże mięso i to wszelkich gatunków oraz po świeże ryby zjeżdżają tam ludzie z całego Gdańska i okolic. Takiego mięsa i ryb nie dostanie się w żadnej sieci. Ja dlatego wybieram się tam raz na jakiś czas, kupuję zapas na dłuższy okres, porcjuję i mrożę. Mam potem bazę do różnych dań i zup. Rosół wołowo-indyczy gotuję od razu i zamrażam w porcjach. Jest jak znalazł czysty i jako baza do zup i potraw. Dobrze zaplanowane gotowanie to zupełnie inna bajka. Przygotowanie wszystkich składników przed pichceniem, to oczywiste. Nie lubię niespodzianek "o crap, nie mam oregano". Zresztą jak jakaś przyprawa mi się kończy, to od razu wpisuję ją na listę zakupów, bez której i tak nie wejdę do sklepu, bo dzięki niej przynajmniej kupuję mniej rzeczy spoza niej. Idealnym rozwiązaniem jest wysłanie na zakupy M., bo on nie kupi nic spoza listy. Nic. Podziwiam to w nim. Ja zawsze coś jeszcze wypatrzę. Gdy chodzimy razem, to wychodzi po środku.
- weźmy jeszcze dorsza
- masz łososia
- ale dorsza też chcę, popatrz jaki piękny
- masz do niego składniki?
- no ba. mleczko kokosowe, musimy jeszcze znaleźć mleczko. cebulę mamy.
Na liście nie było dorsza ani mleczka, tzn. były, ale na poprzedniej, na której i tak zostały, bo nie znalazłam ani świeżego dorsza ani mleczka. :-) 
Jaki sens ma mrożenie świeżych mięs, ryb, ale też warzyw czy innych pieczarek? Po rozmrożenie są tak samo dobre (no umówmy się, że przynajmniej wiemy, co jemy. Zero glazury czy czegokolwiek). Przy czym wszystko najlepiej mrozić już porcjowane, tylko do obróbki. Mięso czy ryba poczeka na marynowanie, o ile musi. Nic strasznego.
To jest po prostu dobre, jeśli nie chcemy spędzać czasu w sklepach, a nasza kuchnia nie jest oparta na wieprzowinie i samym kurczaku, które faktycznie kupuje się w pierwszym lepszym mięsnym. To rozwiązanie pomocne. I cenne.

Przy hali jest też świetna możliwość zakupu owoców, warzyw i najlepszej kiszonej kapusty na bigos, którego nie może zabraknąć na zimę. Nie używam żadnych resztek do bigosu, tylko tak samo najlepsze mięsa, dobre czerwone wino, grzyby, przyprawy i znowu można pomrozić, chociaż wiadomo, że bigos im częściej pogrzewany, tym lepszy. 

Na hali w Gdańsku zostawia się kilkaset złotych jednorazowo, ale dzięki temu zapas jest najlepszej w mieście jakości. Można tam dostać wszystko. Kocham też tam kupowany nabiał, który pochodzi z hodowli ekologicznych. Owszem, nie wybieram się tam często, bo nie mam takiej potrzeby, ale jeśli szukam dobrej wołowiny, jagnięciny, indyka, to nie można trafić lepiej. Chociaż mam na osiedlu kilka dobrych mięsnych i warzywniaków, to na hali wszystko jest jednak lepsze. 
Nie bez powodu spotyka się tam też zagranicznych turystów. 
Piekarnie też są świetne. (Chleb, czy bułki oczywiście też można zamrozić). Kiedyś patent na mrożenie porcjowanych zup poleciła mi koleżanka. Faktycznie jest to dobre, bo nie musimy jeść ciągle tego samego smaku. Pamiętam, że kupując lodówkę kierowałam się poza pojemnością, klasą energetyczną, ergonomicznością (niektórzy producenci potrafią idealnie skopać układ), właśnie pojemnością zamrażarki. Między innymi dzięki niej zachciało mi się poważniej gotować, bo zawsze mam z czego, nawet jak nie mam. Magazynek na produkty suche, czy warzywa był tak samo ważny. Jak się wszystko ma pod ręką, to można działać. Nawet w środku nocy. 
Nie wyobrażam sobie codziennego robienia zakupów i gotowania. Dzięki mrożeniu i zakupom "hurtowym", nie muszę. I zawsze jest coś w lodówce, na co ma się ochotę. M. też to lubi, bo jak ma ochotę na coś innego niż ja, to sobie po prostu robi. Dobra organizacja, bez przesadnego rozdrabniania, to podstawa. W kuchni też. Zostaje więcej czasu dla nas.
Chociażby na spacer. 
W niedzielę M. zabrał mnie na spacer wokół jeziora w Otominie. Gdyby nie zaczynało się ściemniać, chętnie powtórzyłabym rundę. 
brakowało jedynie słońca. Po drugiej stronie jeziora okazało się, że dzieciaki (mniejsze bądź większe), mają tu huśtawkę nad wodą. Sport ekstremalny :-)
Jesień jest piękna. Szkoda, że tak szybko przemija. Gotowanie jest fajne, gdy je sobie dobrze zorganizujemy, to płynie wszystko pod palcami i nie wiadomo kiedy mija kilka godzin a mieszkanie wypełnia się naprawdę dobrymi aromatami.

Lubię powroty do domu. Lubię wyjść z zawodowej roli (która jest zupełnie inną mną, którą też kocham), wyjść z obcasów, obowiązków, tematów i terminów i wejść do domu. Do kuchni, z rozkoszą w nocy do sypialni. Iść na salsę, na spacer, iść na zakupy, wyjść ze znajomymi, popisać bloga, nie robić nic. Podjechać tu czy tam. Bez gonienia, bo wszystko dzieje się wtedy, gdy powinno. Obce mi jest "poświęcenie", "rezygnowanie". Wszystko jest tak, jak ma być. Lubię wyciągnąć się z książką zawinięta w kota i koc. Lubię, gdy wszystko się uzupełnia. I wszędzie jestem na swoim miejscu.