6.9.12

Bezcennik, czyli sprzedajność


Sprzedajność. Strasznie modne słowo, odnoszone do wszystkich, którzy gdzieś na czymś zarabiają. Oczywiście jest z założenia obraźliwe. Dla mnie sprawa jest dość prosta, sprzedajność ma miejsce wyłącznie wtedy, gdy ktoś robi coś wyłącznie dla pieniędzy. Mnóstwo osób nienawidzi swojej pracy, prawie każdemu z nas zdarzało się robić coś wyłącznie dla pieniędzy. Takie życie i jego fazy. Czasy bywają też różne, ale fajniej jest dążyć do zajęcia idealnego. Takiego, które daje satysfakcję, spełnienie ambicji, rozwój, opcjonalnie realizuje pasję, ale co najmniej, które się lubi. I z którego można żyć. Jak bardzo buddyjskiego podejścia by się nie miało, jak bardzo nie chciałoby się mieć obojętnego stosunku do pieniędzy, to i tak potrzeba ich staje się istotna. To oczywiste.








Sprzedajność. Można mieć pracę, której się nienawidzi, ale w której się świetnie zarabia. Jej wartość rynkowa jest wysoka i tyle. Przy tym założeniu to same zarobki determinują zawód, ale też odniesienie do niego. Można taką pracę lubić, nawet kochać, za to, że daje takie a nie inne zarobki, poza tym nienawidząc jej, pamięta się o tym, że zarobki umożliwiają realizację hobby, pasji, poza pracą. Podobnie jest z małżeństwami dla kasy, gdzie obiektem miłości jest konto drugiej połówki, o którą się dba, ale miłości szuka się gdzie indziej. To jest sprzedajność. Wbrew pozorom można ulec jej nawet nieświadomie. Chodzi o podejście, o punkt wyjścia. Co ciekawe, najszybciej powiedzą o niej ludzie, którzy sami ją przeżywają w jakimś zakresie swojego życia. Tacy, którzy albo właśnie nienawidzą swojej pracy, ale muszą z czegoś żyć, nienawidzą swojego partnera, ale łączą ich zobowiązania i nie wiem co jeszcze robią tylko ze względu na pieniądze. To ci ludzie operują sprzedajnością w odniesieniu do oceny innych.


No można. Ja słysząc to, zastanawiam się, co robi wyłącznie dla kasy autor wypowiedzi. Chociaż w gruncie rzeczy... to jego sprawa. Widocznie nie potrafi, albo nie chce tego zmienić. Nie przechodzi mi przez myśl ocenianie, że ktoś jest sprzedajny, dopóki sam tego nie stwierdzi, ale i tak ważniejsze jest, jak się z tym czuje. Jeśli to jego wybór, to jego sprawa. Poważnie. Jest mi to obojętne.
Patrzą jednak z drugiej strony, nie zapędzajmy się z oceną. Obiektywnie - wszyscy się sprzedajemy w pewnym zakresie. Sprzedajemy nasz czas, nasze umiejętności, nasze zalety, cechy, talenty, efekty tychże. Idiotyzmem byłoby niedostrzeganie tego. Wszyscy sprzedajemy i kupujemy. Życie to handel. Wymiana. Od kiedy funkcjonują społeczności, od kiedy na Ziemi jest więcej niż jeden człowiek. Nie wszystko oczywiście opiera się na młodej walucie zwanej pieniądzem, ale wiele jest wymianą.
Istotą sprawy jest tylko to, jak się z tym czujemy i czy dobrze na tym wychodzimy, czy nie czujemy się wykorzystani, oszukani, czy wręcz odwrotnie - trafia się nadwyżka. Opinie, wszelki hasła o sprzedajności innych są tylko słowami, bo tylko adresat wie, jak jest i może potwierdzić bądź zaprzeczyć. To jest tak samo, jak z miłością, sympatią - nikt poza nami nie wie, co czujemy. Można sobie spekulować.
Czego byśmy nie robili, mamy być w zgodzie z sobą. To jedyne, co ma mieć znaczenie. I ma. Sprzedajność ma zasadniczą wadę: rani godność osobistą. Jeśli się robi coś wyłącznie dla kasy, to sumienie będzie i tak bezwględne. O ile się je ma. Jeśli nie, to też jest to sprawa danej osoby. Nikogo więcej. Dlatego jak słyszę, że ktoś się sprzedał, to chce mi się po prostu śmiać, bo jest to jedynie dowód nieświadomości braku możliwości oceny tego i poziomu osoby wypowiadającej te słowa. Nigdy jednak nie zaakceptuję pogardy za tym idącej. Sprzedajność miewa różne motywacje, powody, jednak dopóki ktoś nie kradnie, nie oszukuje ludzi, nie wyłudza, to nikomu nic do tego.
Np. Występowanie aktorów w reklamach. Przecież to ich sprawa. Dla mnie się liczy  aktorstwo i wartość ról, bo w tym charakterze mają dla mnie znaczenie. Jak i występy np. piosenkarek na bankietach. To ich sprawa. Naprawdę. Ba, spotkanie "na żywo" na firmowym bankiecie, osoby znanej z działalności artystycznej jest po prostu sympatyczne. To nabijanie się z tego jest żałosne. Bycie artystą jest taką samą pracą, jak każda inna, ba, jak ktoś jest taki mądry, to niech ich zastąpi. Proste.

Po strasznie ciężkim dniu, wyciszam myśli. Dziś kolega się zaśmiał "a gdzie twoje slow?". No właśnie. Muszę odnaleźć.