8.9.12

Miodowe chwile, czyli slow na słodko

Ostatni tydzień miałam w wysokich tonach speed. Wszystko po to, żeby z piskiem opon wjechać w urlop. Czasami jest to normalne, szczególnie w moim zawodzie. Jazda na wysokich obrotach, żeby za chwilę wystopować. Kocham tę sinusoidę życia, gdy kontrolowane, upragnione tempo przeplata się ze slow. To mój rytm. Zmienny, ale dostosowany do moich potrzeb, możliwości, celów. Oszalałabym z nudą, ba, ja nie potrafię się nudzić, bo nawet nic nie robiąc, kontempluję odpoczynek, relaks, tak samo oszalałabym w ciągłym życiu na walizkach, spotkaniach, telefonach, rozmowach. To się musi pięknie uzupełniać. Kocham to, że realizuję się szalenie zawodowo, czasami z silnymi emocjami, w wersji business negocjuję, bądź plotkuję z całym światem.

Mhm. Kocham swoją pracę, ponieważ jest spełnieniem moich marzeń. Nie mniej i nie więcej, wszystko rozwija się tak, jak marzyłam. Prywatnie podobnie. Może też dzięki temu, że nie lubię narzekać na to, na co dziś nie mam wpływu. Dopóki wiem, że na dziś zrobiłam wszystko, co mogłam, by posuwać sprawy do przodu, to żyję w zgodzie z sobą. Jeśli na coś nie mam wpływu, to nie mam. Nie ma o czym mówić. Mam alergię na utrudnianie sobie życia. Wszystkiego i tak nie da się przewidzieć, a gotowość do zmian, nieprzywiązywanie się, dają najlepszy bufor bezpieczeństwa. Jedno jest niezmienne: prawo do marzeń, kreowanie wizji, które dziś wydają się wręcz nierealne. Po to są marzenia. Często po wielu latach, oglądając się za siebie, patrząc na listę zrozumiemy, że marzenia się spełniają. Trzeba je mieć, czasami to one nas ratują przed depresją, poddaniem się, rezygnacją... Ale dziś nie o tym :-)





Apropos ułatwiania, to z głębokim oddechem kocham powroty do domu, gdy wchodząc z przedpokoju ściągam po drodze buty na obcasach, żakiet, zaplatam włosy w grzecznego warkocza francuskiego, którego zaplatać nauczyła mnie jeszcze babcia (polecam go od zawsze i wiele koleżanek go ode mnie podpatrzyło, ale ja często zarażam nawykami, poglądami, więc uwaga ze mną ;-) zarzucam luźny sweter i już czuję się w domu. Pierwsze chwile to zawsze odpoczynek, kocham to. Co by nie było dalej, to moje myśli łaszą się do klimatu mieszkania. Strasznie je lubię, szczególnie w chwilach powrotu. Powitanie M., wyczochranie kocura, mmmm, moje mieszkanie jest kwintesencją slow life. Tu się nie spieszy. Nikt i nigdzie. Świat pędzi poza nim. A teraz moja perełka: jeden z najbardziej cudownych widoków, jaki może zobaczyć kobieta, to robiący coś dla niej mężczyzna. Na szczycie listy jest mężczyzna gotujący. 

Gdy M. szykuje obiad, a szczególnie łososia, którym parę razy się tu już zachwycałam, to czuję się niemniej królową świata, niż za kierownicą Lexusa. Uwielbiam być rozpieszczana, gdy robi coś specjalnie i tylko dla mnie, bo chce, bo lubi moje zadowolenie, mruczenie z przyjemności, a do tego  a on potrafi to wspaniale. W ogóle kto by tego nie robił, to rozpieszczanie jest fenomenalne.

Fe-no-me-nal-ne. Do tego też mam szczęście. I strasznie to doceniam :-)




Włączam chilli zet. Boso idę do kuchni. Otwieram lodówkę. Kocham regionalne produkty i producentów. Mam swoje źródła np. jeśli chodzi o pierogi czy wędliny, albo mięso czy pieczywo. To idealny slow food i realizacja jego idei poprzez gotowanie. Nieważne w tym względzie, kto to robi. Ważne w tym aspekcie jest: z czego, z jakich produktów. Naprawdę gorąco polecam znajdowanie takich źródeł, które oferują produkty regionalne, świeże, bez zbyt wielu konserwantów, tak  prawdziwe, jak tylko mogą być, bo to te smaki są podstawą zdrowego i pysznego jedzenia.

Ostatnio nie miałam zupełnie czasu, żeby gotować i jadłam poza domem, albo dania przygotowywane przez moją kochaną włoską prawie szwagierkę czy też M. Naprawdę o mnie dbali. Bezwstydnie dawałam się karmić odwdzięczając się chociaż robieniem kawy. (Śniadania to rzecz święta i tu nie mam taryfy ulgowej. Syte, pożywne, pyszne i wartościowe. Bez tego nie wyjdę, ale nie samym śniadaniem człowiek żyje). Pewnego wrześniowego dnia nabrałam ochoty na pierogi. W pobliskim sklepiku można dostać pierogi właśnie z takiej lokalnej manufaktury. Smakują lepiej niż moje, bo akurat na pierogach się nie znam zbyt dobrze, zbyt rzadko je robię, żeby mieć cień wprawy.. To wyższa szkoła jazdy. Zachciało mi się pierogów na słodko. Z twarogiem. Stoję przy otwartej lodówce i co widzę? Tak. M. upolował właśnie te pierogi. No bosko.

I teraz cloue - najlepszy patent na pierogi na słodko, nieważne czy z twarogiem, czy z truskawkami, jagodami, wszystkie najlepiej smakują ze śmietaną, jak najtłuszczą i miodem. Dokładnie. Ja prawie zupełnie nie używam cukru białego. Jeśli już to trzcinowy, ale najchętniej wszystko słodzę miodem. Zjadam kilogramy miodu. Spadziowy i akacjowy to moje ulubione. Jednak pierogi ze śmietaną i miodem są po prostu fenomenalne. 

pierogi z miodem

Tak wygląda mój talerz pierogów. Wiem, wiem, jak glazura, ale ja naprawdę bardzo lubię miód :-)

Po salsie taka porcja to jest moment. Słodki moment. Nie można się chyba przesłodzić miodem. Polecam go szczerze do wszystkiego, zamiast cukru. W 5 przemianach to normalny składnik wielu przepisów.
Pomijając słodycz, nie bagatelizuję właściwości miodów. Krótko na ten temat chociażby tu.

Mam zawsze przynajmniej 3 rodzaje. Nawet gdy zaczyna pobolewać mnie gardło, to kubek mleka z miodem i masłem oraz opcjonalnie czosnkiem czyni cuda. Ja w ogóle zażywam różne pszczele specyfiki, od propolisu, przez pszczele mleczko po właśnie miody, ale od razu uprzedzam, że można mieć na to uczulenie. Jednak jeśli wiem, że czeka mnie np. bardzo intensywny tydzień, to szczególnie zwiększam dawki, żeby się wzmocnić. Właściwie dzięki pp i suplementom naturalnym oraz pszczelim nie pamiętam, kiedy byłam przeziębiona. Zapobieganie jest najlepszą metodą na dobre samopoczucie, nawet jeśli na coś przewlekle chorujemy, to nie poddawajmy się takim banałom jak katar, kaszel czy inne bzdurki. Od samopoczucia zależy w końcu nasz dzień. Niby banał, a jakoś co rusz ktoś na coś marudzi. Kochani, dbajcie o siebie.
A teraz znowu pakuję propolis do walizki, bo czeka mnie tournee urlopowe. Miał być Kazimierz Dolny, ale już zmieniłam cel cztery razy, więc zanim wyjedziemy obstawiam jeszcze z kolejne trzy zmiany co najmniej. No chciałabym wszędzie, a mam dwa tygodnie i określony budżet. Stety niestety muszę wybierać :-) 

Zawsze, ale to zawsze zmieniam plany dziesiątki razy, chociaż wg mnie to normalny proces szukania optymalnych rozwiązań. Nic specjalnego. Ten typ tak ma. Jeśli chodzi o czas wolny, to końcem końców generalnie bez znaczenia. Na co wypadnie, na to bęc a i tak będzie dobrze. Jeszcze nie wiem do końca, czy góry, czy jeziora, czy kraj, czy jednak zagranica. Tak, przelecę wszystkie alternatywy. Sama jestem ciekawa na czym się ta ruletka zatrzyma :-)