26.9.12

Mosty, czyli architektura relacji

Jak często można zmienić numer telefonu, żeby tylko urwać kontakt z kimś? Jak często można zmienić adres mailowy? Jak często można się przeprowadzać, żeby uciec od kogoś? Często. Zapewniam. Ale to strasznie głupia metoda. Chociaż czasami jednak najlepsza. Ale rzadko. Jeśli nie mamy do czynienia z nękaniem przez psychopatę, to jednak lepsza jest zwykła asertywność. Coś, czego się można zwyczajnie nauczyć, jak jazdy na rowerze.


Wszelkie poradniki budowania relacji krzyczą, żeby nie palić za sobą mostów. Nigdy, nigdy, nigdy, bo każdy kontakt może się kiedyś przydać.
Bzdura.




Każdy, ale to każdy z nas poznaje ludzi w różnych okolicznościach. Relacje rozwijają się przeróżnych kierunkach. Z niektórych czas wykuwa przyjaźnie, z niektórych dobre znajomości, z niektórych po prostu znajomości, niektóre są i mają być jednorazowymi spotkaniami... chociaż świat jest mały i potrafi nas tym faktem zaskakiwać. Bywa naprawdę różnie. To jasne. Czasami jednak zdarza się tak, że reakcja zamienia się w jakiś absurd. Człowiek okazuje się wampirem energetycznym, albo zakochuje się i nie chce odpuścić mimo wszelkich możliwych sygnałów na "nie", albo jako skrajny egoista zajmuje nam czas, bo szuka wolnego słuchacza, zamęczając narzekaniem, zrzędzeniem, nie po to, żeby poszukać wspólnie rozwiązań, albo zwyczajnie ma faktycznie problem (zrozumiały też dla nas) i potrzebuje wsparcia, tylko po to, żeby pozrzędzić, albo typ zwykłych wykorzystywaczy ludzkiej naiwności manipulujący emocjami w relacji wyłącznie dla własnych korzyści (albo komuś się tak tylko wydaje). Bywa różnie. Ludzie bywają różni i każdemu pewnie zdarzyło się z czym takim mieć do czynienia. Ok, jeśli jest to czas przeszły. I to jak najszybciej. Przeważnie jednak odcięcie się od takich relacji, takich, które są dla nas szkodliwe jak choroba, bywa trudne. Dla każdego człowieka z pewną wrażliwością bywa to trudne, "bo głupio, bo to egoistyczne, bo się tamtą osobę zawiedzie, bo tamtej osobie będzie przykro, bo nie umiemy i nie lubimy odtrącać", albo nie rzuca się pracy, tylko dlatego że szef nam nie pasuje, bo przecież reszta znajomych w pracy to fajni ludzie, albo nie kończy się związku, tylko dlatego że facet/ kobieta skupia się wyłącznie na własnych potrzebach, bo przecież ci wszyscy ludzie bywają też cudowni, miewają takie dobre momenty i wtedy jest tak miło... Bzdura.

Wszyscy miewamy lepsze i gorsze chwile, dni, okresy. Bywa. Co jednak jest istotne? Proporcje. Jeśli więcej niż 10% czasu jest źle, czyjeś zachowania nam nie odpowiadają, to robimy jedno: stosujemy dystans. Nie pozwalajmy, żeby ktoś nam szkodził. Nawet jeśli to nasze przewrażliwienie, to i tak nie musimy się w tej relacji męczyć. Ba! Nie powinniśmy. Tkwienie w takich relacjach, poza zwykłym szkodzeniem, blokuje nam i tym osobom znalezienie lepszych relacji. Wzajemnie sobie szkodzimy. Czemu? Sobie z oczywistych względów, bo marnujemy czas, gdy tym czasem, gdzieś tam czeka na nas ktoś z kim nam też będzie lepiej. Osoba, która nam nie pasuje nie ma szansy poprawić się, zauważyć swoich wad, których z reguły całe otoczenie nie lubi, nie ma szansy na zmianę i tkwi w swoim własnym bagienku. Odchodząc, ucinając czasami kontakt na długo, bądź na zawsze dajemy szansę i sobie i drugiej stronie. Jeśli wszelkie wcześniejsze próby rozmowy nie pomogły rozmowy, ostatecznie pomocne będą zwroty, które polecam "odejdź", "nie dzwoń do mnie więcej", "nie pisz do mnie więcej". Grzecznie. To z reguły działa i czasami lepiej to zastosować, niż się męczyć. Oczywiście nie zawsze będzie na początku skutkować, ale na pewno pomoże przestawić tor, po którym to wszystko biegnie. Z moich doświadczeń jest to świetny oczyszczacz, chociaż wiem, że te słowa nie każdemu przejdą przez usta. Ale ja w końcu jestem zołzą i nie wszystko muszę rozumieć. Nie zmienia to faktu, że wszyscy mamy prawo do jednego: szacunku. Jeśli ktoś nie szanuje nas, nie miejmy skrupułów. Na świecie jest mnóstwo osób, które nas jednak szanują, cenią, nie męczy nas przebywanie z nimi i im oddawajmy czas.

Są mosty, które trzeba spalić, które po prostu prowadzą donikąd. Odchodząc wynosimy swoją lekcję, czasami własne błędy, których mamy szansę nie popełniać w przyszłości. Czasami naprawdę spalenie mostu jest najlepszym, co możemy zrobić. Tak, wiem, że to bywa trudne, ale każda sekunda stracona w szkodzącej nam, bądź męczącej nas relacji będzie nie do odzyskania. Potrzeba czasami czasu, żeby się z tym poukładać, ale jak powiedział jeden z filozofów - czas i tak upłynie. Palmy mosty, jeśli zbudowaliśmy je niewłaściwie, bo to też nasza odpowiedzialność. Czasami dobry początek zostaje sknocony z różnych powodów, trudno. Nie ma sensu budowanie go dalej, ale to spalone mosty uczą nas tak naprawdę najwięcej o nas, o życiu, o relacjach. Zawsze, prawie zawsze na miejsce jednego spalonego mostu po obu stronach powstanie nowy. Nie każda relacja wygasa z naturalnych powodów, ale z każdej wygaszonej coś się wynosi. Wynoszą obie strony. Wszyscy z każdej strony jesteśmy architektami, budowniczymi mostów. Im więcej, im więcej wiemy, umiemy, tym lepsze te mosty będą i coraz mniej trzeba będzie palić, bo nauczymy się, gdzie i jak je budować.

Czas i tak upłynie...

Dobrze jest popatrzeć wstecz na spalone mosty i popatrzeć na dziś, widząc mosty najwyższej architektonicznej wartości. We wszystkich możliwych stylach: rodzinnym, przyjacielskim, znajomości, relacji zawodowych i te krótkie, fantastyczne kładeczki pojedynczych sytuacji, jakie daje nam życie. Bycie architektem własnego życia, inżynierem relacji jest najlepszym co możemy zrobić dla siebie i innych, którzy stoją po ich drugiej stronie.