2.9.12

Gościnność

Gościnność to specyficzna sprawa. U mnie wybitnie. Jedną z cech, której sobie nie przypiszę z całą pewnością, a którą ludzie sobie cenią globalnie, jest gościnność w staropolskim rozumieniu. Gość w dom, Bóg w dom.



Bardzo, bardzo rzadko przyjmuję gości. Pozostawanie na noc bądź na dłużej zdarza się bardzo rzadko. No nie lubię. Ani u siebie, ani bywać u innych. Jak będę miała kiedyś duży dom, to może mi się odmieni. Na razie, dopóki mam dwa ukochane małe pokoje, moja chęć ugoszczenia jest sporadyczna. Trzy cztery wizyty w roku to mój limit. Nie lubię też sprawiedliwie jeździć w gościnę. Jadę raz na ruski rok, bo tęsknię, bo zdarza się wyjątkowo, że postanawiam przyjąć zaproszenie. Raz na milion lat. Poza tym nie lubię. Nigdy nie lubiłam. Mam dziesiątki otwartych zaproszeń z Polski i świata i na pewno nigdy z nich nie skorzystam. Nie chodzi o ludzi, ale wspólne mieszkanie przez jakiś czas. Czuję się jak ryba wrzucona do wiadra bez wody. Chociaż i jako gospodarz staram się, żeby gościom było dobrze, bo chcę tego, chociaż jako gość jestem rozpieszczana. Nie o to chodzi. Jeśli mam się spotkać z kimś, to naprawdę wolę odwiedzić na godzinę, dwie, spędzić dzień, nawet noc, ale spać wrócić do hotelu.
Nie lubię, bo nie umiem czuć się u innych jak u siebie. Hotel to co innego. Po prostu, a gościny u kogoś nie miałabym słusznie czelności tak potraktować. Zapraszając gości po prostu wyjątkowo stawiam własny komfort niżej na ten okres, bo spędzenie czasu razem jest dla mnie ważniejsze. Wyjątki.

Tak samo nie lubię spontanicznego dzwonka do domofonu, bo ktoś jest w okolicy. Zadzwoń wcześniej. Ja z reguły mam poplanowany czas. Dostosowany do mojego samopoczucia, nastroju, jeśli źle się trafi bywam jak góra lodowa. Odczuwają to często koledzy mojego męża. Oni przychodzą dla mnie do niego. Dla nich odwiedzają nas razem. Jeśli mam nastrój to posiedzę z nimi, jeśli nie, to zachowuję się jak mój kot. Witam się i zajmuję się sobą. Bywa różnie. Nie jestem idealną panią domu z książek o bon tonie. Nie tylko w tym, ale w tym szczególnie. 

Nie mam komunalnej natury. Nigdy nie chciałam mieszkać w akademiku, dzielić mieszkania z przypadkowymi współlokatorami. Kiedyś wynajmowałam pokój dziewczynie. Trauma. Nie, no nie lubię. Jest bardzo wąskie grono ludzi, których goszczę, bo to są ludzie, którym mówię "czuj się jak u siebie". Tzn "jesteś u mnie, ale bądź samodzielna/y. Kuchnia jest tam". Heh, to często było przedmiotem anegdot moich przyjaciół z czasów licealnych. Do dziś mi wypominają, że kiedyś nagotowałam im jajek na twardo, postawiłam majonez i kazałam dać mi spokój. Sama się uśmiecham na te wspomnienie, bo faktycznie była ekstremalnie niezaangażowana w gościnę. Dobrze, że oni mieli to gdzieś. To była świetna paczka. Jak ich wspominam, to zawsze żałuję, że jednak się rozeszło po kościach. Każdy z kimś się tam związał, pozakładali(śmy) rodziny, większość z nich ma dzieci. Rozeszło się. Szkoda. Czasami żałuję. Drugiej takiej paczki już nie będzie, ale też bym nie chciała. Do mnie można było przyjechać, ale jeśli właśnie coś oglądam, to nie przerwę. Zajmij się sobą. Czuj się jak u siebie. No przecież jak wraca jakiś domownik, to też się nie rzucam do zajmowania się nim. (Chyba że mam wenę, no ale to nie standard) ;-)

Tak, jestem egocentrykiem w tym względzie. Jeśli ktoś mnie rzadko (bardzo rzadko) odwiedza, to ok, no powiedzmy, budzę tę gościnność. Jeśli mam dobry dzień, to ugoszczę po staropolsku. Gdyby jednak bywał ktoś częściej, no to kurcze... To jest coś, co mojego męża doprowadza czasami do pasji. Nie będę i koniec :-) Pogodził się z tym, ale uważa to chyba za jedną z moich najgorszych wad. Odstaję w tym względzie i od swojej i jego rodziny. Tam ludzie są nieznośnie gościnni, życzliwi, opiekuńczy, troskliwi. No i jestem w rodzinie ja. Nie goszczę zbyt często (oczywiście w porównaniu z nimi, gdzie odwiedziny kogoś prawie na okrągło są normą).

Pociesza mnie fakt, że wielu moich znajomych  też tak ma. Oni po prostu nie lubią spać w obcych domach. Średnio niechętnie goszczą u siebie. Rodzina to rodzina, chociaż tu też jest różnie. Bez dwóch zdań nie ma dla mnie tematu, jeśli odwiedzają mnie bracia czy mama. Im oddaję sypialnię. Z radości. Ale oni przyjeżdżają rzadko.

Grono przyjaciół, których goszczę z przyjemnością jest wąskie. Nigdy nie nocowałam u moich najbliższych przyjaciółek. Im się zdarzało po imprezie, ale to też rzadkość, bo wolą wziąć taksówkę i spać w swoim łóżku. Rozumiem je, bo też tak robię. Chcę do swojego łóżka. Albo do hotelu. Myślę, że ludzie po prostu mają takie właśnie dwa podejścia. Jedni lubią to, drudzy, jak ja, nie. Hotel, to hotel. Myślałam, że mi się to zmieni. Nic na to nie wskazuje. Dopóki nie będę miała domu z większą przestrzenią nic nie rokuje. Tylko wtedy po prostu zmienią się możliwości a nie podejście. 

Na świecie funkcjonują systemy wymiany mieszkań, domów na urlopy. Czytam, słucham o tym z zaciekawieniem. Na pewno finansowo fajna sprawa, ja jednak za nic nie chciałabym, żeby ktoś obcy u mnie mieszkał. Gotował w mojej kuchni, szukał w moich szafkach naczyń, spał w moim łóżku, korzystał z mojej łazienki, Trafiłoby mnie. No jak? W moim mieszkaniu? Obcy? Ja w obcym mieszkaniu, w którym ktoś obcy normalnie mieszka? No way. Ja jestem bardzo życzliwa i otwarta, ale są granice, które parzą i nie chcę ich przekraczać, bo mi się to nie podoba. Po prostu :-)

Jestem bardzo emocjonalnie związana z moim mieszkaniem. Wiele przeprowadzek w życiu pokazało mi, że mieć swoje, swoje, swojuśne miejsce, to dla mnie bezcenne. W tym miejscu jest moje serce i pewnie dlatego chcę tu mieć tylko ludzi, którzy są mi szczerze bliscy i których chcę czuć "jak u siebie".

Właśnie znowu goszczę brata z dziewczyną. Jest cudnie. Co prawda przyjechali z psem i mój kot siedzi schowany, ale przejdzie mu. Ich pies jest tak przyjacielsko nastawiony, że przejdzie mu. Oni są z resztą gośćmi idealnymi. Sami wokół siebie ogarną, raz gotujemy my, raz oni, pranie na zmiany, odkurzacz też. Nikt nikomu nic nie mówi, nie sugeruje i nie czeka na gotowe. Po prostu razem przez ten czas żyjemy. Nie skaczę wokół nich jakoś specjalnie. Sama też strasznie nieswojo się z tym czuję, gdy wyjeżdżam do kogoś i nagle wszystko dostaję pod nos. Krępuje mnie to niebywale. Unikam dlatego wyjazdów z noclegami w domach. Są hotele. A na pewno chętnie odwiedzę, spędzimy razem czas. Pięknie. Wystarczy.




Lubię kurtuazję jeśli chodzi o odwiedziny, wizyty, gościny. Lubię zaproponować, lubię być zaproszona. To specyficzna gierka, ale ja ją bardzo lubię i cenię. Lubię nie nadużywać i gdy ktoś nie nadużywa wobec mnie. Zdecydowana większość ludzi ma podobnie i też się do tego stosuje. Domy otwarte nie są czymś oczywistym jak jeszcze w czasach komuny. Sama to cenię, że ludzie coraz rzadziej przenoszą na dalece prywatny grunt znajomości, które nie są tak bliskie. Bycie sąsiadami, praca w jednej firmie, współpraca z kimś to za mało, żeby się zapraszać do domu. Musi być coś więcej. Naprawdę interesowność już coraz rzadziej występuje. Jak czasami czytam wywiady z ludźmi z różnych branż, to tam też idzie się na biznesową imprezę, kolację, ale niekoniecznie zaprosi się do domu kogoś, kto nie jest nam "bliski" prywatnie. To dobrze. To zabija pewne chore wg mnie nawyki. Jeśli się zapraszamy prywatnie, to z sympatii a nie interesowności. Ludzie zaczęli to pielęgnować w różnych kierunkach. I najważniejsze, szanować. Nie trzeba budować sztucznej zażyłości, która bywała normalna jeszcze 10-20 lat temu. Pani domu organizująca party dla kolegów męża, bo będzie z tego interes. Interesy załatwia się na mieście. Na tenisie, na golfie. Nie w domu, jeśli nie jesteśmy przyjaciółmi. PS. fajnie zostało to wyśmiane w jednym z moich ulubionych seriali "Californication", gdy Hank trafił do domu jakiegoś reżysera i stanął w obronie dziwki, nad którą ten reżyser zaczął się znęcać. Nieważne, że przez to zaprzepaścił możliwość współpracy. Bycie gościem, goszczenie. Różne oblicza. Serio, serio. Dom to dom. Jeśli dla kogoś to jest ważne, to ma być uszanowane.

Każdy z nas miewa różne doświadczenia. Ostatnio rozmawiałam z przyjaciółką, na którą obraziła się rodzina z drugiego krańca Polski. Obrazili się, że ich nie odwiedza i nie zaprasza do siebie. A ona mówi "Marzena, oni mają dwa pokoje jak moje czy twoje, są w dwójkę, mają 2 dzieci. Oddają mi łóżko któregoś z dzieciaków. Jak oni przyjeżdżają, to oczekują, że im ugotuję, zorganizuję czas.. " 
Tak. Wiem dlaczego nie chce jeździć. Dlaczego nie zaprasza ich całą rodziną. Ja to rozumiem, dlatego mi z reguły nawet nie przychodzi do głowy zapraszać, ale łatwo przychodzi mi podziękować za zaproszenie i z niego nie korzystać. Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i naprawdę tak mamy dość często. Kiedyś to by było nie do pomyślenia. Jak to ujął ktoś ze starszyzny "bo wam się młodym w głowach poprzewracało". 
Być może. 

Mamy do tego prawo. Na tym polega też znajomość, wzajemny szacunek, relacja, żeby to szanować. Każdy z nas ma prawo mieć wobec gościnności inne stanowisko. Wystarczy je poznać. To podobna kwestia jak kwestia diet, kuchni. Jeśli ktoś czegoś nie lubi, to niech nie je. Kiedyś byłoby niesamowitą niestosownością odmówić czegoś Pani domu. Obecnie wszyscy zaczynają się normalnie zachowywać i mówią, że dziękują, ale czegoś tam nie jedzą. O ile jestem wielką miłośniczką bon-tonu, dobrych manier, ą-ę, odpowiedniego zachowania w danych miejscach, etykiety itd., ale to tylko zachowania, o tyle tam, gdzie naginamy własne upodobania, prywatność, zdrowie to już mówię "nie". Asertywność w bon-tonie jest najlepszą metodą na dostosowanie go do naszych czasów. 

Kocham gości, naprawdę. Gdy szanują moje upodobania i oczekiwania w zakresie gościny, umawiania się, spędzania czasu.

A teraz szykuję się do wspólnego wieczoru z bratem i jego dziewczyną. Jesteśmy na etapie nauki włoskiego (ja) i polskiego (ona). Niebywałe, jak wielu rzeczy nie dowiedziałybyśmy się na żadnych kursach. Łączymy przyjemne z pożytecznym. Chcę się nimi nacieszyć, zwłaszcza, że jutro sama wyjeżdżam i zobaczymy się dopiero w połowie tygodnia, tuż przed ich wyjazdem, ale nie martwi mnie to. W końcu są u siebie i mam nadzieję, że znowu się pojawią z pytaniem "co robicie w weekend?" za jakieś 2-3 miesiące. Oni mogą wszystko ;-)