29.9.12

Zastrzyk energii


Znowu będzie o salsie. Musi, musi być, bo ja to po prostu kocham. Kocham. Mogę powtórzyć. Kocham.
Fajne w posiadaniu bloga jest też to, że mogę wylewać swoją miłość, która czasami aż kipi. Tak mam po salsie. Przeważnie.
Od tygodnia jestem podziębiona. Kaszel, katar, gorączka. Na zmianę. Brzmi jak reklama gripexu. Bynajmniej. Tym razem jest to reklama ruchu. Przez ostatnie dni chodziłam jak przetrącona, niedobita. Niby ok, ale takie to było nijakie samopoczucie. Aż nadeszła środa. Dzień pt. "nie ma mnie dla nikogo. Salsę mam".
Ale to samopoczucie...
W ciągu dnia w trakcie, jednej z rozmów stricte służbowych mój szef wtrącił "idziesz dziś na salsę?" (właściwie wszyscy wiedzą, że to mój konik i sami podpytują, jak było :-)
- nie wiem jeszcze, nie chciałabym się dobić, jak chora jestem
- idź, wypocisz to.... Ty jesteś chora? Poważnie?
- hehe, no nie poważnie, ale coś mnie tak bierze. Masz rację. Pójdę :-)



I okazało się, że salsa mnie ożywiła. Po raz kolejny sprawdza się, że ruch jest doskonałym lekiem. To, że ja salsę kocham, to jedno, ale że na te zimne dni ruch będzie doskonały, to zauważyłam już w ubiegłym roku. Dzięki salsie nie pamiętam właściwie jesieni i zimy, a na pewno nie kojarzę ich ze złą pogodą. To działa.  Prawie o tym zapomniałam.
Nadal uwielbiam obserwować zmiany w sobie, jakie widzę z każdymi zajęciami. Do wszystkiego dołączyłam jeszcze zajęcia latino, gdzie równie fantastyczny instruktor uczy nas tańczyć bardzo technicznie. Zwraca uwagę na każdy szczegół, pracę mięśni, nóg, stóp, klatki piersiowej, ramion, szyi, głowy. Jedno z cenniejszych zdań Artura "W latynoskich tańcach nie ma bezruchu, ciało ciągle się porusza, kobieta w tańcu nie stoi i nie czeka sztywno. Kobieta w ogóle nie czeka, jest nieustannie zajęta... tańcem, nawet jeśli to tylko ruch dłoni". Dla mnie to bardzo życiowe i oddające moje podejście do np. mężczyzn. Nigdy nie siedziałam czekając na telefon czy smsa, nigdy nie czekałam z myślą "czy zadzwoni?". Zadzwoni. Zawsze dzwonią. Szkoda czasu na czekanie. Bezczynne czekanie, zamieranie w czekaniu. To nie czysta kokieteria, to filozofia. Życie jest jak tańce latynoskie. Czasami salsa, czasami samba, czasami flamenco. Niech się dzieje.

Chill jest dla odpoczynku i uspokojenia oddechu. Pewnie dlatego tak dobrze mi to wszystko współgra. Pójście na salsę udowodniło mi, że nic tak nie wybudza z otępienia (nawet delikatnego), jak taniec. Wyczyszczenie myśli, zmęczenie ciała. Pewnie dużo daje sam fakt fantastycznego instruktora (Robert jest absolutnym numerem jeden. Tak jak on motywuje, podkręca tempo, zaraża swoją własną miłością do tańca, powinien oddziaływać każdy trener). Wystarczy, że zatańczy obok mnie rzucając "i jest ruch bioder, bardzo dobrze. Tak trzymaj" i zapominam, że jestem cała mokra ze zmęczenia :-) Tak jak on porusza całą grupę, to chyba jednak nie jest oczywiste. Można zamknąć oczy i po prostu tańczyć, płynąć. To pewnie też sam fakt, że ja wolę zajęcia z facetami, ale ci dwaj trenerzy są naprawdę dobrzy. Ten przemiły pan od jogi już mnie tak nie zaczarował, jak też  wszyscy inni i inne, których wypróbowałam w moim centrum sportu :-)  Ja muszę poczuć chęć bycia przez kogoś uczoną. Wybrednie dobieram autorytety, nawet w tańcu. Mnie mój mentor musi podniecać, bez tego nie ruszę. Płeć nie ma znaczenia, ale kobiet takich nie uświadczam zbyt często, (wyjątkiem była Ola od zumby). Potrzebne jest mi te podniecenie jak diesel, żebym pojechała. Odpowiedni dopalacz i latam. Pewnie wiele więcej by mnie w życiu wciągało, gdyby pokazały mi to odpowiednie osoby. Na szczęście zdarza się to jednak rzadko. Każdą z tych osób jednak pamiętam całe życie. Mistrzów się nie zapomina.  

Także, jeśli kogoś bierze jakieś przeziębienie, to powiem jedno: just dance :-)

A potem zwolnij i chill.
Sidney jest boski. Niezmiennie od lat.






Ale najpierw się wytańcz   :-)