13.8.14

Bajka o idealnej polityce

Czasami lubię podyskutować z kumplami na temat naprawy świata. W każdym razie mam takiego jednego kolegę, który jest generalnie przeciwny wszelkim systemom. Różni nas jedno: ja mając świadomość mechanizmów działających na świecie, jestem z nimi pogodzona (z niesmakiem, ale jednak),  a on nie i jak by mógł, to by zaczął wszystko od nowa. Jak NOE.
Czasami lubię z nim jednak podyskutować i podpowiedzieć jakieś szybkie rozwiązania. A zapalnikiem z reguły są jakieś akcje typu "absurdy przepisów", "patologia polityki", "idiotyzm schematów i systemów". Standard. W efekcie jednego z takich zapalników (nie wiem, czy nie prawo budowlane, kto to ustanawia itd, albo tolerancję wobec transów i przepisy, ale nieważne), doszliśmy znowu do punktu "i jak to zmienić?"









- Słuchaj, dla mnie słuchanie "polityków" jest obrazą mojej inteligencji. To, co masz w mediach, to nie ma nic wspólnego z polityką. Szkoda czasu na komentowanie tego. Rzadko chcę go aż tak tracić - mówię biorąc łyk kawy. Ten upał jest piękny, a szczególnie w klimatyzacji, albo nad wodą.
- No i co? Mamy na to bezradnie patrzeć? - jeży się. Widzę, że chce mu się podyskutować i o tym - Musi być jakieś wyjście. Wiesz o tym, że demokracja też jest uważana za zły ustrój?
- Wiesz, ja tam jestem idealistką i wg mnie, żeby było dobrze, to powinny zniknąć granice i państwa i tym samym ustroje. Ludzie nie powinni mieć sztucznych podziałów, poza jakieś małe jednostki organizacyjne typu miasto/ wioska/ osada i w granicach tej jednostki rządzić się autonomicznie. Zarządzający nimi ludzie naprawdę wiedzieliby, co się dzieje. Brak państw, brak ognisk zapalnych, poza lokalna polityka by nas interesowała tyle, ile dziś interesuje polityka lokalna Kartuz, czyli nic. Tak jak dziś jest dla mnie ważne, co się dzieje obok, tak dla większości ludzi. Nie ma państw, nie ma rządów, nie ma wojen i konfliktów, bo po cholerę, skoro lepiej się dogadać. Ew. budowałoby się sojusze handlowe, ew. jakiejś współpracy. Koniec. Tylko świat musiałby się dogadać globalnie, że każda inwazja, bądź porozumienie militarne, albo atak militarny kończy się bęckami od sąsiadów. I rządzimy się wszyscy lokalnie. Bo zarządzanie centralne jest absurdem z założenia. Bajka nie?
- No ale to nie przejdzie - patrzy na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami
- No wiem, ale tak czy inaczej, mi się marzą w Polsce prawdziwi politycy, prawdziwi dyplomaci - zadumałam się
- NIE! - wykrzyknął - żadnej dyplomacji! Dyplomacja to jedno wielkie kłamstwo!
- Widzisz, mój drogi, i to jest właśnie ta mutacja, która wykrzywia definicję dyplomacji. Prawdziwa dyplomacja jest właśnie kwintesencją retoryki. Skuteczności prowadzenia rozmów. Świętym Graalem negocjacji i budowania relacji. To o czym mówisz, to polityka, którą pospólstwo dostaje w mediach. Pełna agresji i wykluczających się działań, powodująca chaos i złość. I to jest to, na co mnie właśnie szkoda czasu i co mnie obraża swoim żenującym poziomem. Prawdziwi dyplomaci i politycy trzymają się z dala od mediów, albo ich już nie ma. A jak nie ma tam ich, to i mnie to nie interesuje.

- No pewnie tak. Tak czy inaczej, ja bym z tym zrobił porządek - obrócił się Don Kichot i wyszedł.


Ech, idealiści ;-)

A ja tam czuję pod skórą, że gdyby ludzie nie musieli walczyć z utrudnieniami, z absurdami, papierologią i biurokracją, przepisami wymyślanymi z sufitu, to by po prostu mogli żyć slow life i nikogo by nie obchodziła polityka, bo by mieli lepsze zajęcia. Całe życie interesuję się filozofią i wiem, że takie utopie piękne są w definicji, bo nie da się uszczęśliwić wszystkich i gro ludzi kocha walkę i konflikty i tę agresywną politykę, aż po wojny.


Taki już jest ten nasz gatunek. Popieprzony i romantyczny.

PS. Przypomniałam sobie. Tak, chodziło o tolerancję. Ale o tym już innym razem, bo to była inna część rozmowy.