18.11.14

O winie, przy winie

- Rozstajemy się. Miała romans, bo nie miałem dla niej czasu - powiedział Konrad*. W jego oczach widzę porażkę.
- Naprawdę w to wierzysz? - opieram się o stół. Słucham.
- No tak. Wracałem do domu z pracy, zero kontaktu poza wymianą informacji o dzieciach, zero jakiegoś wspólnego czasu. Od dawna.
- No i? Czy wierzysz, że to wystarczy, żeby mieć romans? Naprawdę czujesz się za to odpowiedzialny? - patrzę mu w oczy.
- No tak. Pewnie, że się mówi, że wina jest po środku, a ja też nie byłem święty - spuszcza głowę.
- A ja tylko ci powiem, że to nie jest takie zero-jedynkowe. Nie to. Nie w tym miejscu. Nie czuj się winny, nie czuj się gorszy. A reszta i tak wyjdzie z czasem. Zdrada nie jest wg mnie reakcją na związek. Nie sądzisz? Pewnie coś się dzieje takiego, czego sobie nie daliście, ale to nie jest reakcja na związek.
Spojrzał. Na dość długo zawiesił na mnie wzrok.
- Być może. Na dziś jestem po prostu wściekły
- A to akurat bardzo dobrze. Pogadamy za miesiąc, dwa, bo ciekawa jestem, jak to poukładacie. Co nie zrobicie, to trzymam kciuki, żeby było dobre.
- Dzięki.

Jego wina? Albo jej? Szukanie winy? Hm. Naprawdę w takich sytuacjach najważniejsza jest wina? Serio?

Przypomina mi się Maciek*, z którym jechałam do Kolonii we wrześniu. Mężczyzna, który cały miesiąc jest poza domem. Nauczyli się  z żoną żyć na odległość. Czy są w tym osoby trzecie? Nie wiem.

Przypominają mi się ludzie, którzy żyją w związkach na odległość. Ludzie, którzy większość czasu są w służbowych podróżach. Związki, dla których nie ma rutyny. Nie ma codzienności. Jest wielka niewiadoma. I coś, co ich łączy.
Przypominają mi się ludzie, szczególnie starszej daty, dla których małżonek jest całym światem.
Znam ludzi, którzy miewają seks z innymi, bo po prostu tak chcą. Nie mieszają w to współmałżonka. Oddzielają to na dwa różne światy. Za zgodą, mniejszą lub większą.

Jedno wiem na pewno - nikt mi nigdy nie wmówi, że to wina partnera, że ktoś ma seks, albo romans z kimś "trzecim". To po prostu nie fair. Owszem, można znaleźć milion wymówek, ale jeśli wchodzi się w intymną relację z "trzecią" osobą, to nie ma ona nic wspólnego z partnerem, który zostaje "w domu". Ja przynajmniej nie dałabym sobie tego wmówić. Motywacje są różne. Ile ludzi, tyle historii.

Nie osądzam cudzych decyzji, bo nie wiem, co za nimi stoi. Wiem tylko, że wzajemne oskarżenia w takich sprawach są drogą donikąd. Generalnie oskarżenia w związku są chyba jednymi z najmocniejszych czynników zabójczych dla miłości. Wszelkie "Twoja wina", "Przez ciebie" itd, itp to wyłącznie odrzucanie odpowiedzialności za własne decyzje i kopanie doła niedomówień. Chcesz odpychać partnera? Idź tą drogą. Obwiniaj, podkopuj poczucie wartości, niszcz szacunek do siebie. Prosta droga do mentalnego rozstania.
Owszem, można powiedzieć, że w pewnym momencie nie było wsparcia, zrozumienia, zabrakło przyjaźni i rozmowy w momencie najbardziej decydującym. OK, to wszystko racja. I co z tego? To nadal nie jest wytłumaczenie "winy".

Obwinianie partnera za nasze decyzje zawsze będzie nie fair.
Dlatego jak słyszę "zdradzam, bo mój facet...", "zdradzam, bo moja kobieta....", to mrużę oczy - Nie aniele, Ty zdradzasz, bo chcesz/ Twoja druga połówka zdradziła, bo chciała.

Ważne jest jeszcze, co jest zdradą, bo nie dla każdego będzie to seks z kimś innym. Naprawdę poczucie zdrady mogą dawać różne zdarzenia i seks z kimś może być ostatnim z nich. Ale każdy ma swoje definicje.
Związek to nie jest raczej wyścig z pokusami, zachciankami, feromonami innych.  Dżizas, to byłby jakiś obłęd, żyć w relacji, w której trzeba się pilnować, czy się wszystko robi dobrze, wystarczająco doskonale, żeby nie dawać partnerowi POWODU do zdrady. Bo tak wygląda odwrócenie takiej argumentacji. Tak jak to ciągłe gadanie, że związek to ciężka praca. Gdy to słyszę, to przypominają mi się związki, w których nie jestem. Ale rozstawaliśmy się, bo do siebie jednak nie pasowaliśmy, mieliśmy zbyt różne fale nadawania. Ba, doskonale wiem, że czasami miłość to za mało, żeby być razem. Ale jeśli związek ma być ciężką pracą, to się uśmiecham pisząc to. No kurcze, ale jak, całe życie? Dobrze, to niech mi ktoś wyjaśni PO CO? Jeśli nie gra płynnie, jeśli trzeba całe życie nad tym ciężko pracować, to PO CO? Przecież lepiej chyba dać sobie i tej drugiej osobie szansę na znalezienie kogoś, z kim związek nie będzie ciężką pracą. Hm? Ja tak uważam i u mnie się sprawdza jak na razie ;-)

Nie wiem, ale jeśli ludzie żyją w takim lęku, w jakiejś niepewności, czy są wystarczająco dobrzy dla swojego partnera, to jest mi ich autentycznie żal. Związek to nie jest jakiś maraton, zawody, wieczna rywalizacja z potencjalną konkurencją. Już samo myślenie w ten sposób powoduje palpitację, a żyć tak? Serio? Przykre wyobrażenie.

Nie. No nie polecam. Poważnie. Związek płynie. To miliony godzin razem, osobno, to każda chwila, gdy czujesz "chciałabym żebyś tu był", albo "cudnie, że jesteś obok", albo gdy żyjesz właśnie swoim życiem i zaczynasz tęsknić i wracasz. To ten czas, który nie musi być fizycznie obecny, żeby być w nas.
To wierność sobie.
Gdy jesteś w związku, w którym jesteś wierny sobie, nie zastanawiasz się ciągle nad wiernością partnera. Nie punktujesz połówki, nie chcesz być punktowana. Nie na poważnie. Nie na być/ nie być razem.

Ale oczywiście, związki są różne, ludzie są różni, tylko z niezrozumiałych przyczyn, czasami komplikują rzeczy proste a uproszczają te, które należałoby dopracować i rozwinąć.

Nie-do-wyjaśnienia, ale podumać można.




* Imię zmienione.