6.6.14

Czego chcesz?

Wiesz?







Wiesz co jest problemem pędu? Że potrzeby generuje dzień dzisiejszy. Albo wczorajszy. To tak, jakby człowiek ciągle gasił jakiś pożar. To jest właśnie skutek braku jakiegokolwiek planu. Nie, nie mówię o celu typu "dom z ogródkiem", "mąż przed 30tką", "praca w korpo", bo to są pierdoły, a nie potrzeby.

Bardzo często podkreślam, że wielu rzeczy nie możemy zaplanować, bo nie zależą od nas. I OK. To jest tylko coś, z czym nie ma sensu walczyć i tracić na to czasu. Natomiast pozostaje cała, wielka gama spraw, na które mamy wpływ i to właściwie tylko my.

Od samopoczucia począwszy. Przykładowo: jak się czujesz? Tak, teraz. Niezależnie od odpowiedzi, to zależy od ciebie.
Tak, to jak się czujesz zależy od ciebie.

Kiedyś mój najbardziej ulubiony instruktor    (który ma mój wielki szacun za to, jak zaraża pasją i za pozytywną energię) powiedział "wszystko siedzi w głowie". Nawet nie wiesz, jak bardzo odnosi się to do każdej dziedziny życia. Pomyśl nad tym kiedyś. Zmień optykę. To bardzo pomoże w zrozumieniu tego podejścia. Nie ma "ale".


Czasami się zastanawiam nad tym, jak bardzo różnie wszyscy rozumiemy te same słowa. Ba, nawet to co uważam za swoją najlepszą maksymę, jeśli chodzi o stosunki damsko-męskie, czyli zdanie, że najlepszym sposobem na zdobycie faceta jest asertywność i cierpliwość.
I co się okazuje? Owszem. Ale każdy rozumie to na swój sposób i niekoniecznie jak ja.
Dla mnie to proste: asertywność w niepodporządkowywaniu życia facetowi (rezygnowanie z siebie, to nie dowód miłości, a naiwność), cierpliwość - czyli dać mu czas, nie naciskać, nie nalegać i nie wymuszać. Facet ma sam chcieć. Dla mnie facet jest tak samo wolnym człowiekiem jak ja i związek tego nie zmienia. Ale o tym też już wiele razy pisałam. Jest to pogląd, który spotyka się ze zrozumieniem umiarkowanym, ponieważ wiele osób uważa, że związek to cała lista zobowiązań i przykrych zależności. No co poradzę? Ja się rozwodzę z byle powodu, więc chyba nie będę się mądrzyć. A to, że od ponad 11 lat jesteśmy razem, to nie wiem, jakiś przypadek i nie ma nic wspólnego z innymi parami, bo wiele par naprawdę istnieje tylko dlatego, że mają jakieś wspólne zobowiązania, bądź emocje, które są mało romantyczne, ale skuteczne. Czasami się temu dziwię, ale na dziwieniu z reguły pozostaję.  O, chociażby kwestia zaufania i kontrolowania. Ale o tym kiedy indziej. Nie  o tym dziś chciałam.

Czego chcesz od życia? Od siebie? Od innych?
Bardzo popularny jest pogląd - "nie wiem, za to wiem, czego nie chcę". Przyznaję, że jako jeszcze 30tka też tak uważałam i myślałam, że to jest fajne i taka otwartość jest po prostu rodzajem flow. Nie. To nie jest fajne. Wiesz dlaczego? Bo jeśli ty nie wiesz, czego chcesz, to inni będą decydować za ciebie, a ty się będziesz wiecznie wkurwiać i frustrować. Większość ludzi na to cierpi, może dlatego, że nie wiedzą, że nie muszą.

Tak, wiem. Przeszło mi kilka lat temu. Przepracowałam to razem z nabyciem asertywności oraz odbudowaniem wiary w siebie. Wiesz, jest potężna różnica między wagą cudzych opinii (bo niektóre zawsze będą dla nas ważne i powinny być, bo w końcu wiele naszych działań robionych jest ze względu na feedback), a uleganiem naciskom i oczekiwaniom, które wysysają z nas energię, którą powinniśmy lokować zupełnie gdzieś indziej. Dopiero, gdy zrozumiesz, czego ty chcesz, to będziesz mógł ustalać kurs swojego życia (dżizas, ale banał. Nic nie poradzę, że życie bywa banalne, szczególnie na tym etapie, co jednak doskonale widać z perspektywy czasu).

Także zrób sobie jedno ważne postanowienie: Usiądź któregoś dnia i rozpisz się ze sobą. Poważnie, szczerze i uczciwie.

Rozpisz to, co lubisz w sobie, czego nie lubisz w sobie? Co lubisz w swoim otoczeniu, czego nie lubisz. Co lubisz w ludziach, pracy, hobby? Czego nie lubisz? Poznaj się. Zaskocz się. Bądź ze sobą totalnie i skrajnie szczery. Wypisz wszystko, czego się boisz. Wszystko, czego nie robisz, bo coś tam. Wszystko, co robisz, bo tak wynika z okoliczności, a nie twoich pragnień. Tak, ktoś, kto siebie nie zna, podejmuje wiele decyzji tylko ze względu na okoliczności i cieszy się, że w ogóle coś się dzieje. Niedobrze. Tracisz czas i życie ci ucieka. Właśnie na tym.


Bycie slow. Czasami obserwuję to wszystko, co się o tym mówi i się uśmiecham, bo wiele szkół tego stylu kreuje obraz, jakby slow life to było celebrowanie życia w postaci jedzenia, spędzania czasu na hobby, podziwiania widoków w podróżach i wielogodzinnych rozmów. Celebrowanie chwili, która jest tylko przyjemnością.

To jest strasznie ważne, ale to nie tylko to. Czasami dotykam tu dlatego tej szorstkiej strony, czyli pracy nad sobą. Bez tego się nie da nic zmienić. Po prostu.Celebrowanie chwili może mieć miejsce w dowolnym momencie, naprawdę. Gdy jesteśmy poukładani ze sobą, to w każdej minucie dnia można się zachwycić chwilą. I to jest strasznie ważne, po prostu trzeba sobie do tego przetrzeć drogę.

Dlatego slow life traktowane jest (niestety) z przymrużeniem oka, a za tym spowolnieniem stoi wielka mądrość.
Ja podkreślam, że to filozofia życia, która obejmuje też pracę zawodową, każdego kalibru, bo serio, myślę że zawód (w sensie pracy zarobkowej) nie ma znaczenia, jeśli chce się żyć slow to można pracować dużo i intensywnie, albo mało i lekko. Ważne, żeby w tym wszystkim znajdować jeszcze równowagę, na którą kładę nacisk akurat ze względu na korzenie w filozofii wschodu. To naprawdę kwestia wyborów. Tylko ważne, żeby to były wybory świadome.

Nie jestem zwolenniczką krytykowania pracy w korpo, jako zła samego w sobie, ponieważ znam ludzi, którzy pracują w światowych koncernach i są przeszczęśliwi i spełnieni w każdym wymiarze. Nie każdy bowiem ma wolę jakiejś dzikiej samodzielności i decyzyjności, niektórych to stresuje i męczy i wolą pracować wg procedur, odpowiadając za jakiś wąski zakres i mieć czas wolny oraz środki na fajne życie. Bo to nie jest tak, że duże firmy to zło, a małe to bajka. A własna działalność to już zupełnie szczyt sukcesu. No bzdura. Każda z tych opinii to ogólnik. Ważne jest, z jakich powodów ktoś wybiera taką, a nie inną drogę i potem szuka sobie miejsca, do realizowania jej. Nie odwrotnie. Nie da się odwrotnie. To jak próba zmienienia terenów górzystych w sawannę. Bez sensu. A świat pełen jest nieskończenie wielu możliwości. Tylko trzeba ich szukać i kreować w odpowiednim miejscu.

Dobrym przykładem świadomych wyborów (jeśli chodzi o np. osoby blogujące, bo innych nie podam ze względu na brak ich w działań w necie) są Ania z prostegoblogu o minimalizmie oraz Jacek Gadzinowski, o którym już kiedyś pisałam, czy jeden z kreatorów polskiej blogosfery Tomek Tomczyk, czyli Kominek. Właściwie jak teraz o tym myślę, to przychodzi mi na myśl wiele takich osób. Sporo osób, które są właścicielami rozwijających się firm (o slow biznesie wspominałam niedawno i temat ten mam dość mocno na świeczniku, ponieważ wiąże się z projektem, z którym niebawem chcę ruszyć i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować, ale o tym też nie dziś). Staram się takimi ludźmi otaczać głównie w realu, ale podaję przykłady, że nie brakuje ich w świecie wirtualnym. Ważna jest dla mnie ich autentyczność.

Skąd wiem, skąd ta pewność, że oni akurat nie ściemniają? Chociażby z tego, że zaglądam do nich czasami od kilku lat i oni są ciągle przekonani o słuszności podejmowanych decyzji i wyborów. Mają swoją drogę. To najlepszy dowód autentyczności.
Każdy z nich, z nas, kiedyś podjąć decyzję o zmianach. Zmianach, które patrząc z boku, odwróciły życie, a ja myślę, że to kwestia podjętych decyzji i nie było w tym żadnej gwałtowności. Po prostu trochę wcześniej postanowili, że to oni określą, czego chcą w życiu.

Ta oś nadaje ton życiu. Nadaje mu tempo. Własne.
To jest slow life.


Usiądź, przejdź się, prześpij się z tym i dowiedz się od siebie, czego chcesz. Potwierdź się przed sobą. Przed nikim innym. Zupełnie.
Jeśli wiesz, jeśli to nic nowego, to nie zapominaj tego odświeżać co jakiś czas. Korygować kursu. Nabierać nowego, świeżego powietrza w żagle.

Płyń na własnej fali i uśmiechnij się do tych, którzy płyną obok.

I pomagaj tym, którzy też chcą własną falę stworzyć. Bycie gdzieś dalej, w czymkolwiek, z automatu obliguje to pomagania tym z tyłu, tym, którzy chcą tej pomocy. Tylko najważniejsze, muszą tego chcieć. Nikogo do niczego nie zmuszaj. Ja wbrew pozorom bardzo niechętnie udzielam rad. Nie lubię zmieniać ludzi, bo każdy musi chcieć zmieniać się sam, a od wychowywania się rodzice i na tym koniec. A ja uznaję do tego metodę podawania wędki, a nie ryby.

Dlaczego dziś o tym piszę? Ponieważ taką osobistą check listę robić należy co jakiś czas. Mnie akurat przypadł ten moment teraz, ale o przyczynach wspomnę kolejnym razem. 

Istotą tej notki jest (dla tych, którzy tego nie wiedzą, żeby była jasność) namawianie do pozbycia się najbardziej mylnego założenia "nie wiem, czego chcę, ale wiem, czego nie chcę" i dowiedzenie się, czego się chce. Nie ustępuj sobie, dopóki się nie dowiesz. Czego chcesz od siebie, od innych, od pracy, od pasji, z zamkniętymi oczyma umiej się zdefiniować. To się nazywa budowanie gruntu pod stopami. Nawet gdy odlatujesz w kosmos, albo coś cię wbija poniżej poziomu morza, to wiesz, do czego chcesz wrócić. Gdzie jest twój osobisty środek ciężkości. Gdy go znajdziesz, to przestaniesz się szamotać w życiu. Zapewniam. Działa.

Poznaj się.
Właściwie to jest najważniejsze źródło szczęścia.
Przekonaj się o tym. 
Znajdź na to czas. Może w weekend?


Pora na wieczorny spacer. Piękne są teraz wieczory.