9.2.15

Wartość dnia dzisiejszego



Jakie masz życie?
Może poukładane do granic znudzenia i przerażającej wręcz przewidywalności, a przede wszystkim poprawne do szpiku.
Nuda.




"Popołudniowa igraszka" jest właśnie o takim życiu. O małżeństwie, o relacjach i środowisku i wpasowaniu w nie, o szukaniu emocji gdzieś indziej i skutkach. Słuchając kobiet, aż żal ich, że tematem numer 1 są dzieci i organizowane właśnie imprezy, widząc facetów, z niespełnionymi aspiracjami, niemało kto zobaczy siebie. Stereotypy? Na pewno? Każda fascynująca podróż staje się nudna, jeśli nic się w niej nie dzieje.
Czasami wydaje nam się, że sięgniecie w obszary obce, których dotychczas unikaliśmy, doda koloru i smaku życiu, które wiedziemy. Że będzie tą szczyptą pieprzu, który lekko zapiecze w język i zakręci w nosie. Niedobrze, jeśli zechcemy zamienić pieprz w ksylitol, którego sami używamy, bo tak zdrowiej. Pieprz chce być pieprzem. To my go czasami szukamy. W różnych miejscach, podróżach, przygodach. Pójść do klubu go-go? Świetnie. Kto nie lubi. Indywidualny taniec w pokoju VIP? Doskonale. Tylko zapomina się, że nic już nie będzie takie samo. Każdy kontakt z innym, niż nasz, światem zmienia w nas coś. Nie można o tym zapominać, bo to może stać się niebezpieczne w sposób, którego wcale nie chcemy. Ciekawość miewa bardzo, bardzo różne oblicza.

Jak wychodzi? Różnie. Przy "Popołudniowej igraszce" przypomniał mi się również "Sponsoring", który sama odebrałam jak film truciznę. Chcemy wierzyć, że nasz mężczyzna tego nie robi i przeważnie mamy rację, ale statystycznie któraś z nas się myli.  Chcemy wierzyć, że nie traktuje żony jak świętej i realizuje z nią wszystkie fantazje. Jako partnerka tak robimy? Zawsze?

Wszyscy chcemy spróbować  czegoś innego, czegoś więcej. Świat nie jest czarno-biały w tym obszarze i nigdy nie będzie. Ilu ludzi, tyle historii i jeszcze ich mnogości. Historii, które nigdy nie poznają jawnie światła dziennego, historii, których nie opowiada się  przy kawce u cioci. Większość z nas ma takie historie na koncie i mówimy sobie "warto było to przeżyć". Tak. Przeżyć. Poznać różne oblicza siebie samych. Dotknąć własnych granic i się czasami aż poparzyć.

Chcemy czegoś innego.
I super.

Nie zapominajmy jednak o tym, co mamy. Doceniajmy to co mamy, bo jednym kaprysem możemy rozwalić wszystko, co zbudowaliśmy, wcale tego nie chcąc. Czasami rozwalić "tylko" w głowie, czasami w rzeczywistości, gdy uruchomi się domino.

Doceniać co się ma. Pomyśleć, naprawdę pomyśleć, uruchomić wyobraźnię, zanim coś się faktycznie zrobi. 

Szczerze mówiąc, podstawą doceniania tego, co się ma, jest pokora. Podobno bycie niepokornym jest drogą do sukcesu. Tak? Tylko jakiego?
Ile jest wart sukces osiągany po trupach przyjaźni? Związków? Miłości? Zwykłych relacji, które i tak warto było zostawić przy życiu?

Sama uważam, że ciekawość życia jest bardzo ważna, nauczyłam się tego od mądrzejszych ode mnie, sama też uważam, że trzeba urozmaicać życie, szukać nowych doznań, smaków, przeżyć, sama uważam, że trzeba chcieć więcej i dalej... ale sama też uważam, że trzeba ważyć decyzje, bo życie dało mi kiedyś do ręki taką wagę, która pokazuje mi, że niektóre ruchy wykonane z woli wyłącznie "ego", potem ranią je, a tym samym mnie i nie tylko. Więc nie można zapominać o sercu, bo gdy ono przestanie się odzywać, zmieniamy się w kogoś, kim nigdy nie chcieliśmy być.

Więc nie zapominam o tym, żeby siebie zapytać "czy warto?"
Przeważnie nie, ale są wyjątki.

Jedyne, kiedy warto, to gdy stoi za tym nasza pasja, bo przed nią i tak nie uciekniemy.

Gdy wspomnienie czegoś schyla nam głowę, odwraca, aby zapomnieć, zakopać, to nie było to dobre. To jasne. Jak rozpoznać takie momenty, takie wybory? Któż się nie uśmiechnie w tym miejscu jednym kącikiem? Przecież każdy z nas doskonale czuje, czy coś ma sens i kiedy robimy sobie na przekór. Wmawianie sobie potem, że ranienie innych jest ich winą, jest karkołomne. Cel uświęca środki? Etyka daje tu temat rzekę, bo to jest punkt w którym każda sytuacja będzie obarczona bezmiarem uwarunkowań.

Warto zatrzymać się i poważnie docenić to, co się ma dziś... i nie schrzanić tego.

A czasami chociażby możliwości, które mamy. Nigdy nie jest tak, że nie ma nic, co można potraktować za punkt odbicia. Czasami obrany kierunek, jedna decyzja, zamyka nas na długo na jakiejś ścieżce i zmiana kursu wymaga czasu. To, czym się kierujemy, nasze intencje, są kluczowe dla naszych decyzji.

Oczywiste? Aha. Jasne.

Każdy z nas staje na krawędzi odczuć często. Przed wieloma decyzjami powstrzymuje nas wyłącznie strach. A szkoda, bo lepiej, gdy rozumiemy, że poza tym strachem jest jeszcze głos naszego serca i on wie lepiej, co dobre będzie dla nas. Czego nie będziemy się przed sobą wstydzić w przyszłości. Słuchając serca nadal zostawiamy otwarte drzwi dla pieprzu. Ja też lubię ostre i pikantne potrawy, ale nie mogą wypalać mi gardła.

Doceniajmy to co mamy dziś. Serio.