1.3.15

Być jak dr. House

Co tym razem? Szczepionki. Jestem dość dociekliwym człowiekiem i chciałam wiedzieć, co się dzieje i co najważniejsze, jak to się ma do mnie, że coraz więcej ludzi nie szczepi swoich dzieci.

W internecie ludzie świrują po całości. Standard. W sumie mnie to nie dziwi, bo brak jednoznacznych odpowiedzi, czasami wywołuje obłęd. Nauka jednak pomaga przed nim czasami ochronić. Nie tym razem, co widać, gdy czytam niektóre rozmowy i takie stanowisko lekarki(!) : "Decyzja o nieszczepieniu owszem zależy od rodziców, ale nie mają oni bladego pojęcia, że ich chore dziecko jest chodzącym mordercą noworodków, dzieci przewlekle leczonych immunosupresyjnie, urodzonych z niedoborami odporności i wielu innych".

To lekarz, taki zawód i ta kobieta powinna przemyśleć swoje motywacje i sposób prowadzenia profilaktyki i rozmów z rodzicami. No ale to nie pierwszy raz, gdy autorytet lekarza jest po prostu nadużywany, a przecież podstawowa zasada mówi "nie szkodzić". Czy nie? Brak mi słów na takich lekarzy. Naprawdę. Niektórzy naprawdę powinni milczeć wykonując swoje rzemiosło, bo postawienie dobrej diagnozy i przepisanie leku nie wymaga wdawania się w rozmowę, jeśli się nie ma do tego daru - House nie dyskutował z pacjentami*.



Dobra wiadomość jest taka, że historycznie nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Kilka osób, które uważam za mądre i posiadające wiedzę, powiedziały, że to panika i idące zmiany, które chwieją fasadami dotychczasowej klasycznej medycyny. Szczepionki to szczyt góry. No to pięknie, prawda? Kilka z tych osób powiedziało mi, że szczepionki mają się nijak do zachorowalności i występowania epidemii i prosta niby grypa (powikłania) zabija więcej osób niż obecnie każda inna choroba. Wg nich brak epidemii to nie wynik szczepień, bo epidemie przychodzą i odchodzą same, natura sobie z nimi radzi a nie lekarze-kapłani. Niezłe, prawda?

Szczerze? Ja pozostaję nadal na etapie obserwacji tego, jako zjawiska, niemniej i tak mnie to dość frapuje, stąd ten wątek na blogu.

Jedno jest pewne - coś się zmienia i na pewno nie będzie jak wcześniej, bo liczba przeciwników szczepień nieustannie rośnie.




Dobrze, żeby nie zwariować, weźmy pod uwagę kilka faktów - żyjemy w mniejszej lub większej symbiozie z bakteriami i wirusami i grzybami i pewnie jeszcze nie wiadomo czym, co tam żyje na planecie Ziemia. Walka i współpraca toczy się w nas i na nas bez przerwy. Tak, wiem, że o tym się nie myśli na co dzień i przypominają na moment bakterie z reklamy Domestosa*. Brzydzimy się brudu czy obcych miejsc bardziej ze względów estetycznych niż zdrowotnych, a na klawiaturze podobno żyje więcej bakterii niż na desce sedesowej.

To, czy coś nam pomaga czy szkodzi czy jest obojętnie obecne zależy w dużej mierze od... przypadku.

Tak, tu potrzebna jest duża łyżka pokory i odrobina rozsądku, żeby przyjąć takie założenie.

Czym jest zachorowanie? Powiedzmy, że negatywnym zadziałaniem bakterii, wirusów czy grzybów czy czegoś tam innego, na nasz organizm, czy jakiś organ. Tak? No tak. Co to oznacza w praktyce? Że nie zadziałał nasz układ odpornościowy.

Szczepionki nie dają 100% zabezpieczenia przez zachorowaniem i tego też nikt nie zaneguje, jedynie pojawią się głosy "tak, ale...".

Wszelkie dyskusje o tym, czy to racja czy nie odsyłam do statystyk np. GUS 2013 i GUS 2011,  bo od nich zaczęłam analizować temat. Ilość zachorowań i hospitalizacji w szpitalach chorób zakaźnych i chorób tropikalnych i tak robi wrażenie. Choroby zakaźne były, są i będą dopóki istnieją bakterie, wirusy i grzyby,  które je wywołują. Odporność jest sprawą zarówno indywidualną, jak i zbiorową. Co możemy robić? Na pewno w miarę pilnować higieny, myć ręce możliwie szybko i dbać o odporność. Własną i naszych bliskich. Mam nadzieję, że medycyna też to w końcu przyzna i skupi się na jej wzmacnianiu.

A co do szczepionek? Nie wiem.
Czas pokaże. Cieszę się jednak, że nie mam teraz tego dylematu, bo sprawa naprawdę nie jest jednoznaczna.

*Odniesienie do serialu nieprzypadkowe. Trudne zachorowania nie budzą zbiorowej winy i odpowiedzialności. Tak działa chorowanie - indywidualnie. Reszta to przypadek i odporność.

Zobaczymy co przyniesie czas w tej kwestii. Na pewno jednak sposób prowadzonych na ten temat rozmów, czy wytaczane argumenty są kluczowe. Dopóki będą prowadzone źle, dopóki będą się poszerzać kręgi sprzymierzeńców poszczególnych rozwiązań. Wg mnie szczepienia nie powinny być obowiązkowe, bo jeśli rodzice mają tak silne wątpliwości, bądź obawy, jak ma to miejsce, co widać w sieci, to nie wiem, czy można ich tak po prostu ignorować w kwestii ich własnych dzieci. Tak samo w odniesieniu do rodziców, którzy chcą szczepić. Ja osobiście widzę racje obu stron i nie widzę tego absolutnie w kategoriach "winny", a takie argumenty uważam za zwyczajnie prymitywne.

Przyznam, że akurat to jest jedną z większych kontrowersji naszych czasów. Już dawno żadna inna kwestia nie wywoływała tak żywych reakcji, a jest to jednak ważne, bo przecież dzieci są przyszłością i to bliższą niż się może wydawać. Jak sobie w niej zdrowotnie poradzą? Czy do długowieczności potrzebne są szczepionki czy nie? A może raczej... szczęście, że wszystko trybi prawidłowo wtedy, kiedy powinno.

Kiedyś łapało się odporność głównie przez przechodzenie chorób. Po prostu. Pewnie, że czasami bywało trudno, tylko nikt nikogo nie nazywał mordercą, a życzył powrotu do zdrowia i nie podawał ręki.