16.7.14

Doładowanie przez suplementy

Umówmy się. Żyjemy w czasach, w których dostęp do 100% ekologicznej żywności, jest praktycznie niemożliwy. Zaraz ktoś się sprzeciwi, że przecież są miejsca, gdzie są certyfikowane hodowle, uprawy, bio, eko, bla, bla, bla. Owszem. Doskonale o tym wiem, bo sama w to "wierzę", ale jednak czysto logicznie i naukowo, wiem też, że przy obecnym poziomie zanieczyszczenia wszystkiego, ale też chcąc nie chcąc,  masowości produkcji (nawet na mikroskalę), bo nasiona, ziarna, tuczniki, wszystko nie jest już tak odżywcze i pożywne, a do tego musi spełniać jakieś normy (przecież nawozy też temu podlegają), żeby po prostu nie zagrażało naszemu zdrowiu (sama nie ufam hodowlom, na których nie ma profilaktyki przeciw chorobowej, bo być musi, tak, coś za coś, więc wybieram bezpieczeństwo). Nie, nie przesadzam, po prostu to oczywiste. Taka jest cena rozwoju cywilizacji.  Coś co nas zabezpiecza, jednocześnie osłabia wartości odżywcze tego, co spożywamy. Nie ma z czym dyskutować. Epidemiom mówimy "nie". Dlatego też zmienia się smak jedzenia i nie dostaniemy już takich pomidorów, jak 30 lat temu. Czy jabłek, albo nawet kurczaka.

Jednak jeśli ktoś jest w pełni zdrowy i żyje dość przeciętnie aktywnie (psychicznie i fizycznie), to nie ma problemu i może dostarczać wszelkich niezbędnych mikroelementów oraz witamin z jedzeniem. Jednak trzeba dobrze określić, co znaczy przeciętnie. Ja się na tym nie znam i z tym odsyłam do dietetyków, ponieważ to jest mocno i grubo zarysowana profilaktyka (a nie leczenie).






Czasami spotykam się jednak z opinią, że suplementy to bzdura, naciąganie i oszustwo. Nie, bzdurą jest ta opinia.





O skuteczności i wadze suplementów sama wiem dobrze, bo zażywam od kilku lat. Bo muszę. Chociaż ostatnimi czasy nie aż tak, jak kiedyś, gdyż ponieważ, się zregenerowałam. Wyniszczony kiedyś lekami organizm nie był w stanie się podnieść samym odżywianiem. Przechodząc na 5 przemian, albo wprowadzając je mocno do diety, bo tak 100% nie chciałabym na nie przejść, ponieważ lubię produkty stanowiące wynalazki naszych czasów i jak podkreślam, nie lubię przesady i nie jestem ortodoksem, także gdy przechodziłam pod okiem mojego mentora, na 5 przemian, to jednocześnie wprowadzał równowagę akupresurą (o tym kiedy indziej) i przede wszystkim też suplementami. Był okres około roku, że brałam po 20 tabletek różnych witamin i mikroelementów 3 razy dziennie.

Czy to pomaga? Powiem tak: jeszcze 5 lat temu miałam ciężką niedowagę, wystawały mi wszystkie kości, byłam bladosina, wyniki stawiały pytanie "czemu Pani jeszcze żyje?", anemia wciągała mnie jak przez słomkę, nie miałam na nic siły. Naprawdę na nic. Jedynie siedzenie przed kompem było jeszcze możliwe, bo tej siły nie wymaga.
Ale czułam też, jak spadam intelektualnie. Było, jak to się mówi, słabo. To było 5 lat temu. Lekarze pakowali we mnie leki, ale nie dawali przy tym żadnej osłony, ani preparatów, które pozwoliłby odbudować straty. Depresja była już tylko dobiciem. Gdy trafiłam do mojego mentora kompletnie nie wierzyłam w to, że mi pomoże. A jednak postanowiłam spróbować. Bo mówił do rzeczy i to bardzo. Bo już po pierwszej wizycie jakoś zachciało mi się żyć.
Tak naprawdę żyć.
I zalecając wiele zmian, dał mi też długą listę witamin i mikroelementów. Miesięcznie wydawałam na nie jakieś 500zł. To sporo, ale jeśli ceną było życie? Mniej więcej tyle też wydawałam wcześniej na leki, które i tak nie przynosiły efektów. Z leków zostało tylko to, co naprawdę być musi i kiedy być musi. Żadnych eksperymentów na mnie więcej nie chciałam.
Po roku czasu odzyskałam siły psychiczne i zaczęło mi się chcieć. Chcieć cokolwiek. Przede wszystkim zmienić życie ;-)
Więc pierwsze kroki, to zmiana pracy, która zajmowała 10 godzin dnia, jednocześnie właśnie dieta i dalej praca nad sobą. Wyjście z depresji. Te procesy będą trwały już do końca, bo nie można przestać. Weszły w nawyk, chociaż trzeba pamiętać, że z niektórymi nawykami jest jak z nałogami. Trzeba uważać, żeby do nich nie wrócić. Gdy widzę, że zaczynam za bardzo folgować z czymś, to się sama prostuję. Potem założyłam bloga o slow life ;-)

Tak czy inaczej suplementy w różnych konfiguracjach biorę ciągle, chociaż z systematycznością bywa różnie, jak  z zapotrzebowaniem. Słucham też mocno swojego organizmu. Może dlatego słodycze rzadko robią mnie wrażenie. Jak i inne przekąski. Zamiast tego jakoś naturalnie wolę coś "zdrowego". Żelazo muszę uzupełniać, bo anemia nie przeszła jeszcze do końca. Cóż, wiele lat zaniedbań odbiło się dość mocno. Ale i tak jest super. Naprawdę, widząc różnicę pomiędzy mną sprzed 5 lat a dziś, to się po prostu uśmiecham. Czasami siedząc z rodziną M. rozmawiam sobie ze szwagrem, który jest czynny sportowo też w zawodzie i mówię "Szwagier, czy ty to sobie byś 5 lat temu w ogóle wyobraził, że ja będę 3 razy w tyg. na zajęciach, będę śmigać na rowerze i tak dalej?". Przyznaje, że "w życiu", bo czasów mojej "świetności sportowej" nie zna (bo też jak?, skoro to się w liceum praktycznie skończyło i na opowieściach pozostało), a ja nie byłam w stanie przejść się z rodziną na spacer, żeby nie wpaść w zadyszkę. Chociaż tak na marginesie, to on i M. byli jednymi z głównych motywatorów, żeby w ogóle zacząć znowu uprawiać cokolwiek, bo ja sama na siebie już dawno postawiłam krzyżyk. Oni i mentor i inni bliscy po prostu pomogli go zdjąć.

Czemu o tym piszę? Bo lubię się odwracać i widzieć zmiany. Fenomenalne uczucie, a przy tym wiem, że dzielę się swoimi doświadczeniami  a nie tylko gdybam. Gdybaniem jest salsa na Kubie. Jeszcze ;-)

Wiem jedno, co też jest przecież naukowo udowodnione, że braki, niedobory nie mogą, po prostu nie mogą być obojętne dla organizmu. Gdy patrzę na wszystko z perspektywy, to jest to niebywale oczywiste. Równowaga jest niezbędna dla prawidłowego funkcjonowania. Jak jesteśmy w równowadze, to nic nam nie będzie szkodziło, bo się przed tym obronimy. Więc gdy organizm jest mocny, to ani ten alkohol na wakacyjnej imprezie, ani ten makdonald*,  ani frytki, ani nic innego nam nie zaszkodzą, bo po prostu szybko to odpracujemy i szczerze rzadko będziemy mieć na to ochotę. Ważne jest, żeby po prostu dbać o dostarczanie wszystkiego w odpowiednich dawkach. I tyle. Zrównoważone odżywianie, bez paranoi i przesady i będzie ok.

Piszę o tym, bo nikt nie żyje teraz w idealnej i constans równowadze i negowanie np. właśnie suplementów jest bez sensu. Dobrze, że są.

Za i przeciw LINK 
Ważniejsze pytanie: KIEDY STOSOWAĆ SUPLEMENTY?  LINK
Czy to ważne? ZGADNIJ

I pseudomądrości, żeby zawsze wszystko dostarczać jedzeniem pozostawiam idealistom oderwanym od rzeczywistości, ponieważ każdy, kto ma jakieś niedobory wymienione w artykule który wyżej podlinkowałam jako "kiedy stosować..", powinien je po prostu uzupełniać. Oczywiście, dyskusyjne jest, którymi metodami i tu zdania są dalece podzielone (np. neguje się sens tabletem wszystko w jednym), ale to już inna sprawa. Ważne jest, żeby mieć świadomość, że uzupełnianie witamin i mikroelementów poprzez suplementy jest dobrym rozwiązaniem i nie ma sensu negować go z założenia.


PS. A na siłownię najlepiej zabrać butelkę wody z miodem i sokiem z cytryny i odrobinką soli. Co dobre, to fakt, że przeczytałam o tym niedawno na jakimś portalu dla ludzi aktywnych, chociaż wiem o tej metodzie od dawna. Tadam ;-) A po treningu obowiązkowo magnez.
Dbajmy o siebie z całych sił.

I jeszcze przypomnę się TU, bo równowaga jest moim konikiem nie od dziś i suplementacja jest dla mnie jednym ze sposobów. Więc jak ktoś ma wątpliwości, to spokojnie może dać sobie z nimi spokój. Ważne jest po prostu, czy ma na te uzupełnienie zapotrzebowanie. Jeśli tak, to nie ma co się zastanawiać tylko uzupełniać. Raczej nie łudziłabym się, że to się zacznie zmieniać i nasza żywność będzie w stanie zaspakajać nasze zapotrzebowanie w 100% (żywność funkcjonalna to coś innego, ale nie o tym teraz mowa). To jest warunek kroczenia z czasem. Siły witalne same się nie regenerują. Warto o tym pamiętać.