11.1.15

Isabelle Laflèche "Kocham Nowy Jork"


"Kocham Nowy Jork" Isabelle Lafleche. Kolejna książka, którą kupiłam spontanicznie, obawiając się trochę, że będzie to banalny romans. Przekonała mnie do zakupu tylko fabuła oparta na życiu prawniczki. 




Czasami wspominam dawne dzieje, gdy nie miałam życia prywatnego, bo uważałam, że praca jest moim najważniejszym polem funkcjonowania, a  bliskość spraw z pierwszych okładem lokalnych gazet dodawała temu pikanterii. Wydawało mi się, że to kocham. Ech. 
Jakoś uśmiecham się pod nosem, gdy życie korporacyjne, czy chociażby w dużej firmie, krytykują ludzie, którzy nawet nie byli w siedzibie takiego miejsca. Nie wiedzą, że to ma w sobie coś seksownie podniecającego. Wyścig szczurów, bycie non stop eleganckim, intrygi, kłamstwa, wazeliniarstwo, rywalizacja i podstawianie nóg oraz romanse są tam porządkiem dziennym. Idealiści tacy jak ja, nigdy się tam do końca nie znajdą. Ale oczywiście nie każdy musi brać w tym udział i zawsze można mieć własne cele. To w gruncie rzeczy i tak walka układów i układzików, pionki nie muszą się niczym przejmować, mają robić swoje i plotkować o innych w firmie (mam na to alergię, bo często bywałam obiektem takich plotek i wiem, jak to nieprzyjemnie krzywdzące). Im niżej, tym większe zajęcie innymi, a nie sprawami firmy, bo takie informacje łatwiej krążą i łatwiej tworzyć plotki, niż docierać do spraw poufnych. Im bliżej władzy, tym gorzej skacze się sobie do gardeł z uśmiechem. W końcu wiedzieć o czymś przed wszystkimi, albo jak mało kto, to moc. Korporacyjne struktury to państwa w państwie. Jak wszędzie. To dość specyficzna prawidłowość, którą widać w tej książce. Chociaż nie oszukujmy się, ludzie są wszędzie różni i większość jest w porządku. Ci inni są jak wirusy. Muszą być wszędzie, bo taka jest natura. 
Wielkie korporacje wyróżnia jeszcze jedno: lider na czele. Wizjoner, który jest motorem. Gdy wizjoner znika z pola, to firma powoli też spada do poziomu przeciętności i bylejakości, ale lider taki zostawia po sobie to, co najcenniejsze - markę. Niewielu pod marką potrafi pozostawić też dobry zespół. Widać to szczególnie w świecie mody i technologii. Na dziś nikt nie wnika, kim są projektanci, ważne jest logo, za którym stoi duch legendarnego lidera. Jego/ jej następcy muszą po prostu kontynuować wizję założyciela. Mało komu to wychodzi. 
I tak każdy drży z podniecenia, mogąc pracować dla tych wielkich nazwisk. Proste. Nie ma się czemu dziwić. Ew. dzieje się tak, że ci najlepsi odchodzą i zakładają własne firmy. 
Swoją drogą, szowinizm, seksizm, molestowanie w takich miejscach nie są mitami. Catherine też się o tym przekonuje, ale na szczęście ma moc swojego doświadczenia i asertywności, co nie zmienia faktu, że zjada to jej nerwy. Wszystko razem wrzuca ją na wysokie fale. W starciu z amerykańskimi przystojniakami z finansjery nie będzie łatwo nie ulegać pokusom.
 To dobre etapy w życiu, poznawania siebie, swojej drogi i możliwości. 
Tak słowem pomieszanego wstępu. 

Książka "Kocham Nowy Jork" wprowadza nas w świat około 30.letniej prawniczki Catherine, która właśnie przenosi się z paryskiego oddziału kancelarii prawnej, do głównej siedziby w Nowym Jorku. Dziewczyna zdeterminowana jest, aby zostać partnerem kancelarii. Oczywiście od razu zarzucona zostaje sprawami, i spotkaniami z klientami, przy czym ma też od razu problem z nadążeniem za szaleńczym tempem pracy. Wyspać się? Jak to mówi jej asystent "Nikt nie przyjeżdża do Nowego Jorku, żeby się wyspać". Można tak powiedzieć o pracy w wielu firmach. Nikt tam nie pracuje, żeby mieć work-life balance. Proste.
Ja od razu polubiłam Catherine, bo jest ambitna, ale "normalna" i ma swoje zasady. Z ciekawością przyglądałam się jej przeżyciom i ewolucji podejścia, zarówno do pracy (idealizm, rzetelność, zaangażowanie), jak do mężczyzn i celów w życiu. Wątek mężczyzn flirtu i zakochania jest tu bowiem ważny, no oczywiście. W końcu jest atrakcyjną Paryżanką w Nowym Jorku.
Świat mody jest jej konikiem zgodnie ze stereotypem (a może faktycznie wszystkie Paryżanki znają wszystkie kolekcje wiodących domów mody, na pamięć? Nie wydaje mi się, ale przyjmijmy, że same Paryżanki nie mają nic przeciwko temu, że są na świecie uznawane za ikony stylu. Oczywiście w tej książce również. Niemniej, wątek mody jest tu zaserwowany z gracją i aż można chcieć się temu przyjrzeć z bliska. Oczywiście będąc w Paryżu, wróć, w Nowym Jorku. Co mnie łączy z Catherine? Miniona fascynacja prawem, dzięki bliskiej zawodowej współpracy z prawnikami kilku firm w zakresie tworzenia umów, szczególnie od strony fuzji i przejęć, i dość dobrą jego interpretacją po dziś, ale też słabość do zapachu J'adore Diora, który od lat nie wychodzi z mody, a obecny spot z Charlize Theron jest po prostu piękny, jak sama aktorka.*  Z bohaterką książki łączy mnie też nawiązywanie w pracy znajomości, które po zmianie miejsca przeradzają się w wieloletnie przyjaźnie, ale też dawne rozczarowanie mężczyzną, ale cóż, to się zdarza w każdej szerokości i długości geograficznej, gdy zakochanie i naiwność trafią na odpowiedni grunt. Kiedyś musi być ten pierwszy (oby ostatni) raz. Co ważne, wszystko czegoś nas uczy i ze wszystkiego wyciągamy wnioski. Nic nie robiąc, niczego nie doświadczając nie ruszylibyśmy z miejsca, więc końcem końców, każde doświadczenie pozwala nam być coraz bliżej drogi do spełniania się.) Końcem końców, potwierdza się, że w książkach zawsze możemy znaleźć cząstkę siebie. 
Catherine idzie jak burza przez sprawy zlecane w kancelarii, przez relacje, przez akcje i sytuacje i myśli, obserwuje, analizuje też siebie i swoje życie, swoją drogę... Jeśli ktoś kiedyś był tak mocno w korpostrukturach i wyszedł z tego wchodząc na inną, swoją drogę, ten sięgnie po tę książkę z chęcią, żeby sobie trochę przypomnieć, co zostało za nim i co pozwoliło dać tyle doświadczeń w stosunkowo  (z perspektywy) krótkim czasie. Zawsze będę uważała, że takie miejsca są kuźnią charakteru. Owszem, nie każdy przetrwa i wiele osób po prostu traci ludzkie odruchy, ale cóż. Bez socjopatów świat też byłby nudny. Niektórzy nie wytrzymują, tak po prostu, szalonego tempa, a inni świadomie wysiadają z tego pociągu, gdy nadchodzi ich czas. Czy ta droga jest konieczna? Mam nadzieję, że nie, bo takie struktury też zwyczajnie wypalają ludzi, ale to się dzieje wszędzie, więc raczej ważniejsza jest polityka firmy, atmosfera, niż wielkość, bo znam też i korporacje i małe firmy, gdzie atmosfera jest godna pozazdroszczenia.

W każdym razie...

Koniec książki jest bardzo pasujący do slow life. 

Nie jest to jakaś wiekopomna powieść,czy nawet wielka literatura, ale na pewno jest bardzo bliska slow life, przechodzeniu przez życie różnymi etapami poznawczymi, z tym zwanym "zabójczym pracocholizmem" włącznie, ale końcem końców w poszukiwaniu równowagi. Jeśli kogoś ten wątek nie wciągnie, to ma jeszcze polowania na wyprzedażach Diora czy innych wielkich, spotkania i imprezy w najlepszych nowojorskich restauracjach i dyskotekach oraz relacje osób postronnych. Do wyboru, do koloru. Czym Nowy Jork bogaty. 

Czy ta książka ma happy end? No nie wiem, a co to znaczy?

 Polecam sprawdzić ;-) 

Ksiązkowo ten weekend mnie wypełnił. Wracam do swojego pisania :-) 

*(na marginesie, bardzo chciałabym, żeby to Theron zagrała główną postać w ekranizacji książki, którą piszę).

Ciekawostka: dzięki książce trafiłam na stronę http://fakesareneverinfashion.org/ (chociaż w oryginale jest przekręcony adres). Polecam. O podróbkach napiszę, innym razem.