20.1.15

Kiedy marketing to sztuka i chcę jej na ulicach

Marketing wygląda jak ulice. Wszędzie reklamy produktów bankowych, bądź leków (i tu już czasami jest pełen hardcore w doborze) albo suplementów, albo czasami artykuły spożywcze (Raju, czy naprawdę trzeba wrzucać na wielki plakat kawałek surowej szynki, żeby poinformować o ofercie, o istnieniu sklepu, asortymencie. Nie da się lepiej?? Ciekawiej? Inaczej? Pewnie, że się da, ale trzeba chcieć i pomyśleć.) To kwestia chęci. Widać to chociażby w blogosferze, gdzie koszt kampanii z blogerem jest o niebo niższy niż chociażby z celebrytą, a dobry bloger przeprowadzi taką kampanię estetycznie i do tego ciekawie, przy czym, co ważne! Materiał ten zostaje na długo w sieci, bo najlepsi blogerzy sami rozumieją i nie zaśmiecają własnych blogów. Owszem, rekomendują, polecają, czarują produktem, ale robią to ze smakiem. Niewielu, ale ci najlepsi tacy właśnie są. Co ważne, często są najlepsi do wprowadzania na rynek nowości, bo stworzą lepszą historię niż niejedna agencja.

Wracajmy jednak na ulice. Ulice miast. Miasteczek. Mieścinek.
Ciekawa, intrygująca, a do tego piękna reklama, w przestrzeni publicznej, bądź w tradycyjnych mediach,  to rzadkość. A nasze poczucie estetyki  dostaje  po oczach/ uszach/ takimi paskudami, że się jeść odechciewa. Żyć się nie chce. Kochać się nie chce. Nic się nie chce. Chce się tylko o tym zapomnieć.



I tak to strasznie zasmuca, bo marketing jest przecież odzwierciedleniem dzisiejszej kreatywności, rynek tak pełen jest świetnych produktów, które można opowiedzieć w najlepszy i najróżniejszy sposób. Storytelling jest narzędziem dla każdej możliwej branży i dziedziny. A dostajemy po oczach filetem z pangi w promocyjnej cenie. No dlaczego?





Jestem przekonana, że dobrą historią można doprowadzić do kultu sznurówki. Tylko marketing rzeczy "zwykłych" jest tak jakby... beznadziejnie brzydki, jak rysunki z Charliego.  Skąd to wiem? Bo widzę.
Wiem po sobie, po swojej działalności (też na blogach, bo stworzenie dobrego motto dla bloga, to nie było takie "hop", ale uważam to za ważny element. Owszem, szablonowo wiele mogę tu zrobić lepiej, ale ja bloguję z doskoku i to mój dodatkowy fetysz. Nie mam czasu na dopieszczanie czy inwestowanie w bloga, może jeszcze nie dziś, może pomyślę o tym jutro, na dziś jest ok i  ja dziś nie o tym).

Pracuję zawodowo w branży elektronicznej, moją codziennością są procesy produkcji, czyli coś, o czym nie pogadam przy kawie z koleżanką, chociaż mnie to nim niezmiernie podnieca i interesuje, bo tu nie ma mowy o rutynie. Jestem też marketingowcem i stworzenie historii, hasła, było sporym wyzwaniem, którego się chętnie podjęłam. Uniknięcie sztampowej powtarzalności było trudne. Ale się udało. Trwało to ponad rok. Wiem, że się udało od klientów. A że firma działa na całym świecie, to uniwersalność przekazu była kluczowa. Klienci chwalą. To najważniejszy feedback. Więc co? Da się opowiedzieć wszystko. Da się stworzyć rozpoznawalność wszędzie.

Świat jednak jakby nie widzi, zamyka oczy, zatyka uszy na to, że przestrzeń publiczna tonie w słabych reklamach ciągle podobnych produktów. Paradoksalnie, reklamach coraz gorszej jakości. Jako człowiek miasta, marzę o pięknych plakatach na tych wielkich bilbordach. Niewielu, ale pięknych. Chciałabym widzieć plakat i się poczuć w innym świecie, a nie zatęsknić za lokatą na śmieszny %, czy wyprzedażą poduszek z pierza.

Niech bannery i reklamy dają mi luksus i przyjemność patrzenia. Jeśli nie może to być sztuka, jako taka ("Pocałunek" Klimta widoczny na przystankach nie byłby zły, prawda? Ja osobiście chciałam np. Lempicką na ekranach przeciwdźwiękowych przy obwodnicy, ale cóż... ;-), to niech będzie sztuka, którą daje reklama produktów luksusowych. Tak po prostu. Żeby było ładniej. Niech nas otulają piękne obrazy, linie, kształty. Niech uczą doskonałej jakości, bo dzięki temu nie chce się nawet sięgać po byle co. To najlepsza metoda.

 


Czasami żałuję, że luksusowe marki tak rzadko reklamują swoje produkty właśnie w przestrzeni publicznej. Rozumiem poniekąd, że ważniejsze jest dla nich targetowanie i lokowanie reklam w środkach, z których korzystają ludzie zamożni, to wywołuje w końcu ten luksus - niedostępność, ale bardzo bym chciała, żeby jednak estetyka otaczającego świata dawała nam coś więcej, niż reklamę kremu na hemoroidy.



Reklama marek luksusowych jest sztuką samą w sobie i pięknie by było, gdybyśmy mogli mijać takie plakaty jadąc przez miasta.


To nie ma znaczenia, czy stać nas na te produkty, czy stać nas dziś, czy w ogóle. Istotą jest, że patrzenie na coś ładnego, poprawia wszystkim nastrój.


Za brzydkie plakaty powinna być duża dopłata, za szkodliwość społeczną, a za plakat piękny oczywiście rabat. Może by to zmotywowało marketingowców do wysilenia szarych komórek, obudzenia kreatywności i stworzenia reklamy, na którą będzie się przyjemnie patrzeć, nawet jeśli będzie to reklama sklepu spożywczego, bo przyznam, że tu też zdarzają się ciekawe perełki

;-) 


Niech marketing zacznie znowu kreować piękny świat, a nie wyciska coraz brzydziej, coraz dziwniejsze produkty.

COME ON!

Architektura może spokojnie wyznaczać kierunek, bo w tym jesteśmy świetni.