14.3.14

Na długi czas


Usiadłam na ławce i popatrzyłam prosto w słońce.
Kichnęłam.




Justyna Kowalczyk pobiegła z pękniętą kością. Siła sportsmenki. "Wygram albo zdechnę".

Cudnie. Totalnie ją rozumiem. Wielu z nas jest takimi sportsmenami w podejściu do jakiś spraw, wielu z nas zupełnie nie. Ograniczenia są w głowie. Gdy się to mówi, to zaraz pojawia się wiele argumentów, że nie. OK. Pieprzenie.

Świat się zachwyca tymi, którzy nie patrzą na ograniczenia (bo często o tym nie wie, albo dowiadując się jest ciężko zdziwiony), tylko działają, mając czasami faktyczny "kamień u nogi". Dlaczego? Bo łatwiej jest odpuścić i świat lubi odpuszczać. Pod byle pretekstem. Każdy z nas lubi, chociaż każdy w czymś innym. Każdy doskonale wie sam, jak to tam z nim jest.

Przewlekłe choroby fizyczne i psychiczne. Cierpi na coś bardzo wiele osób, które znam. Skąd o tym wiem?Bo czasami o tym każdy wspomni. Czasami. Cukrzyca, migreny, astma, epilepsja, reumatyzm, wrodzone wady (mówię ja, półślepa ;-), nadciśnienie, "tarczyca", czy inne zaburzenia hormonalne, ograniczenia po różnych kontuzjach, albo nawracają depresja, czy fobie. Wiele osób coś ma, co stanowi pewne ograniczenie i dyskwalifikuje nas jako np. potencjalnych pilotów, którzy jak potocznie wiadomo, muszą spełniać 150% normy. Jedno, dwa schorzenia, które w jakiś sposób skupiają na sobie uwagę posiadacza.

I tak siedząc na ławce, z twarzą skierowaną w stronę słońca, pomyślałam sobie, że dla jednych ta choroba, bądź zaburzenie jest dodatkową motywacją, żeby robić coś ze swoim życiem, żeby żyć "bardziej", "mocniej", dla innych jest to totalna zasłona i wymówka, żeby nie robić z życiem nic, poza oczekiwaniem współczucia i pomocy z każdej strony. Budzi niebywałe roszczeniowe podejście, krzycząc prawie "ułatwiajcie mi życie".

Każdy, kto ma taki "kamień u nogi" wie, że wiąże się to z chwilami, czy nawet okresami, że ma się totalnie dość. Przede wszystkim bólu, niemocy, jakiegoś ograniczenia. Każdy ma takie chwile i czeka, aż miną. Na różne sposoby. Jeden zamyka się w sobie. Zacina w kącie i odczekuje. Po czym wychodzi, jakby nigdy nic. Inny tylko ściągnie brwi, przymruży oczy i zdejmie uśmiech. Może czasami jest bardziej drażliwy, gdy choroba daje się jakoś we znaki, czasami czuje smutek, wiedząc, że czegoś nigdy nie spróbuje, czasami czuje się gorszy. Ale tylko czasami. I tylko przez chwilę, albo jakiś czas.

Choroba uczy szczególnej wrażliwości, ale też pokazuje oba podejścia - właśnie to, że jedni nie wystawiają jej zbytnio na światło dzienne, inni budują na niej swoje życie. Bo to jest doskonała wymówka, żeby czekać na współczucie i je wręcz wymuszać. Jedna dolegliwość, która z racji przewlekłości jest oswojona i na dobrą sprawę staje się cechą, może mieć różne oddziaływanie.

Kiedyś na studiach (bodajże to było na stosunkach międzynarodowych, na wykładach z psychologii) wykładowca przeprowadził na nas badanie. Zapytał nas, na co chcielibyśmy umrzeć, jeśli mielibyśmy wybór. Większość odpowiedziała, że ze starości (ja wybrałam we śnie), ale chodziło o ważny szczegół:
Czym jest starość? Wiesz? Nie, od razu podpowiem, że to nie kwestia wieku.
Starość to zużycie materiału. To zespół chorób, którym organizm nie potrafi się już przeciwstawić i w pewnym momencie się poddaje. Przyczyną naszej śmierci są choroby. Starość to ich megakumulacja.
Nic ponad to. Co to znaczy starzeć się z klasą? Zużywać się z klasą? Na to wygląda. "Ładnie się zużywasz" można powiedzieć dziarskiej 90tce, a nie, minusem starości jest też to, że człowiek staje się "nobliwy".
Przewlekłe choroby mają różny przebieg. Niektóre momentami naprawdę nie dają żyć. Można mieć 20 lat i mieć dość. Można mieć 30 lat i czuć się staro. Ale można jeszcze nie odpuszczać. Starość to też m.in. odpuszczenie. Poddanie się, aż po wegetację.  I co? Tak, nie musi być związane z wiekiem i dlatego też mówi się, że niektórzy się nigdy nie starzeją.

Wiele osób z jakąś przewlekłą chorobą, wiele osób po ciężkich chorobach ma w sobie przeogromną wolę życia. Bardzo często, gdy poznaję ludzi sukcesu (nie tylko w moich oczach), przy bliższym poznaniu, okazuje się, że też się z czymś tam układają. I co jest szczególne - nie robią z tego osi życia. Osią życia jest... życie (jakim cudem prawda brzmi tak płytko?)

Naprawdę uwielbiam ludzi, którzy wykorzystują ten czas, gdy choroba im nie przeszkadza, wykorzystują z podwójną energią i zapałem.
Ba, w ogóle szczególne jest to podejście do własnego chorowania - nie użalają się nad sobą, bo mają dystans. Wiedzą, że to tylko jakieś małe ograniczenie i widzą to wszystko, co jest jednak ok. To szczególny rodzaj pokory do życia. Nie do ludzi, ale do życia. Właściwie tylko dwie rzeczy uczą takiego dystansu  - poza właśnie jakąś chorobą, to strata kogoś bliskiego.
Czy to coś zmienia? Myślę, że to już zależy od tego, kogo trafia. Zależy co się z tym przeżyciem zrobi.

Momenty, gdy się rozsypujemy są normalne. Są ludzkie. Od nas zależy, ile będą trwały. Właściwie też od naszego otoczenia. W takich momentach hartują się relacje. Powiedzenie mówi, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Nie chodzi  o kasę, ale o chwile słabości i najważniejsze wtedy: wyrozumiałość, wsparcie i motywację.
Tylko tacy ludzie nawet się za bardzo nie przyznają, że coś jest nie tak. Dlaczego? Bo budowanie życia na chorobie i wymuszanym współczuciu jest słabe. Wiem, bo sama przeżywając takie chwile podwójnie nie chcę tego po sobie pokazać.
Albo tacy, którzy przechodzą poważne operacje i wracają do świata jakby nigdy nic. Cudni są.

Naprawdę dziś chciałabym przesłać mój podziw dla ludzi, którzy są aktywni, na wielu polach, w różnych dziedzinach, pomagają innym, idą do przodu z uśmiechem i mało kto wie, ile ten uśmiech czasami kosztuje.

Niemniej, unikam trochę ludzi, którzy chcą rozmawiać prawie tylko o chorobach, lekarzach, ograniczeniach. Szczerze, szkoda mi na to czasu. Czasami słyszę, że to brak empatii. Nie wiem. Wiem, że sama nie lubię rozmawiać o swojej bajce i nie chcę za dużo słuchać o cudzych. Użalanie nie jest lekiem, ba, wg mnie właśnie ciągnie w dół. Pomaga? OK, ja tego nie czuję. Właściwie użalanie się nad sobą pogarsza moje samopoczucie, gdy mam nawroty. Bez sensu o tym gadać. Mówię tylko tym, którzy mają podstawy wiedzieć. Wolę szukać sposobów, żeby o tym nie myśleć. Albo przespać, gdy się da. Trudno. Kilka godzin snu więcej nie zaszkodzi. To minie. Ale gadać o tym? Nie. I tacy są też ludzie, których podziwiam.

Ale kurcze, ze złamaną kością bym nie pobiegła. To dopiero determinacja i adrenalina :-)


Siedząc na ławce pomyślałam na koniec, że są tacy, którzy są zupełnie zdrowi, a marnują swoje życie, czas, potencjał i mają na to dziesiątki wymówek. Tak po prostu.
Życie.  Można szukać wymówek, można wszystko w wymówkę zamienić. Co kto lubi, w końcu to każdego sprawa indywidualna, czy skupi się na rozwijaniu siebie, "podbijaniu świata", spełnianiu marzeń, czy na schowanie w swojej skorupie. Obojętnie z czego zrobionej.
Szkoda, że ludzie marnują swój potencjał, tylko dlatego, że się boją spróbować. To tak strasznie mały powód, ale trzeba chcieć go zobaczyć w realnym wymiarze.

To jakaś ironia losu, że bardzo często największe sukcesy osiągają ludzie, którzy mają rzeczywiste "ograniczenia", że to oni najbardziej chcą. Najmocniej się starają i robią fantastyczne rzeczy. Podejmują fantastyczne działania. Nic na pół gwizdka. Jak już, to po całości i naprawdę dobre.
Strasznie mnie inspirują i szczerze ich podziwiam.
Jesteś w tym gronie? Możesz być?

Jesteś zdrowy/a i marnujesz swoje życie? Zmień to ;-)
Jeśli jednak jesteś w tej grupie, która działa "mimo" i nie skupia się na ograniczeniach, tylko maksymalnie wykorzystuje możliwości, to masz mój ukłon i szacunek.

Właściwie można pomyśleć, że czasami im trudniej w życiu, tym lepiej. 

Wstałam z ławki i poszłam sobie. 

Dobrego weekendu.