21.3.14

W imię zasad

"47 roninów"

Film, na którym się popłakałam, bo liczyłam na inne zakończenie. Zakończenie, jakiego niestety oczekuje współczesny człowiek, bo my jesteśmy jak jajka na miękko.
Żyjemy w czasach, w których słowa są tylko słowami, honor, godność... Nie mają miejsca. Mściwość szybciej, ale złe łatwiej przychodzi, a i tak jest źle odbierana i ma z reguły niewiele wspólnego ze szlachetną zemstą. Żyjemy w poprawności politycznej, ale nie honorowej. Nie chodzi już o godność czy dumę, bo dziś mało kto zna te słowa.


Kocham filmy lokowane w dawnej Japonii, ich nieznośną nieustępliwość. Wagę kodeksów, złożonej przysięgi. Mniej słów, więcej czynów.
I fenomenalne zdjęcia, ujęcia, kolory, krajobrazy, stroje, makijaże, sztuki walki, zachowanie kobiet. Tak samo w filmach lokowanych w dawnych Chinach.
"Cesarzowa", "Ostatni cesarz", "Mały Budda", "Klasztor Shaolin", "Shogun".
Wiem, że niechęć tych krajów do siebie nie powinna mi pozwolić na stawianie ich w jednym tekście, ale podziwiam te kultury tak samo. Każdy ma w swojej kulturze coś, co jest podwalinami czasów.
A filmy tam lokowane, są za swoje przesłania i estetykę w wysokiej czołówce moich ulubionych.
Nie ukrywam, że japońskie czy chińskie kino jest dla mnie trochę za ciężkie, dlatego cenię sobie te hollywoodkie adaptacje, oczywiście z wyjątkiem Kurosawy. Well [rozkładam ręce].


W naszym, europejskim klimacie ważny jest dla mnie w dochodzeniu sprawiedliwości (i jako książka i film) "Hrabia Monte Christo", ale to jednak zupełnie inny punkt wyjścia w porównaniu z "47 roninami".

Patrząc na nasz świat, ciekawa jestem, jakby wyglądał, gdyby słowo miało siłę nośną, gdyby kodeksy miały znaczenie, gdyby honor i godność były nadal nadrzędne. Nie dowiemy się tego.

W naszych czasach waży siła argumentu, a nie zasad. 

Dziś mamy zupełną i uczciwą... dulszczyznę.





Coś pozytywnego? Tak. Mamy dobre książki, kino.. ;-)