27.5.13

Domowe rozmyślania


Dom na wsi. W promieniu setek metrów las, otwarta przestrzeń. Ptaki ćwierkające w środku nocy.
Jaskółki w stajni. Źrebak. Szczęśliwe psy, wyluzowane gęsi, rozleniwione koty.
Wstajesz rano, patrzysz przez okno. Zielono. Dzieci kochające spędzać czas na dworze.
Pewnie z każdą porą roku jest piękniej.

Kiedyś chcę taki dom. Z kominkiem, piecem, wielką kuchnią, sypialnią, salonem. Gabinetem. Biblioteką.

Wiem, że jako gość widzę same plusy. Nie zapominam jednak o wszystkim, co za tym stoi.
Zdaję sobie zbyt mocno sprawę, że to już jest dom pełnią słowa. Taki kiedyś chcę mieć i oddać się mu w 100%. Wiem doskonale, że sielanki w tym jest też jakiś %. Na tę sielankę składa się niełatwa praca. Wiem.
Dlatego mi się nie spieszy. Niech to się rozwija z czasem, z głową. Jednak zakładając rodzinę, mając dzieci, mieć dom na wsi, to bajka. Ciężko o lepsze warunki do tworzenia ogniska domowego.

Ale wiem też, że warto.


Oczywiście nie można przesadzić i odległości nie mogą odcinać od świata i cywilizacji.
Dla mnie dom rodzinny, to dom. Jak dom moich dziadków, gdzie do dziś spotykamy się w kilka pokoleń, chociaż ich dom akurat jest w sercu Gdańska.
Mieszkanie zawsze będzie dla mnie etapem dorastania.

Dom to nie meble, design, architektura i kolorystyka. To są zabawki i detale, oczywiście fajne i ważne. Ważne, ale dom stawia się po to, żeby dobrze w nim było jego mieszkańcom, z nie przedmiotom. To nie muzeum.

 Dom to klimat. To atmosfera. To przeżycia i relacje ludzi, którzy w nim mieszkają i przebywają. To, jak się razem czują.


To rodzinność. Nieskończone ilości wspomnień, rozmów, przeżyć, ciepła, wsparcia, chwil grozy i radości, nerwów, gdy ktoś chorował, tęsknoty, gdy wyjeżdżał, szczęścia, w chwilach sukcesów czy spotkań. Dni i nocy spędzonych na ogrodzie  na zabawach i odpoczynku, ale też pracy. Odśnieżanie, pielenie, grabienie. Wrzucanie węgla do piwnicy, a potem przynoszenie go do domu (mieliśmy długo kaflowe piece i strasznie lubiłam przynosić węgiel). Dbanie o ogród, dom, tę wspólną przestrzeń łączy, jak mało co.
Im większa ta przestrzeń, tym lepiej, bo można ją ciekawiej wypełnić.







Weekend u znajomych, w dużym gronie (innym niż ostatnio), przypomniał mi, jak to wszystko smakuje.
Szczęśliwe buzie dzieci, wybieganych po okolicy, spokojne twarze gospodarzy, przypominają mi, o co chodzi w rodzinie. To nie jest żadne poświęcenie. To sens.

Ogrom pracy, który trzeba włożyć w stworzenie takiej rodziny i klimatu też nie dają o sobie zapomnieć.

Slow life nie ma w sobie i tak znamion lenistwa. To po prostu idealny balans w życiu.

Tak jest.
Kiedyś do tego dojrzeję. Chyba.

Na razie chłonę takie dni. W takich miejscach. Z takimi ludźmi.