4.5.13

My już jedziemy, czy jeszcze stoimy?

Ludzie są fantastyczni.

Wczoraj spotkałam się ze znajomym (pierwszy raz w realu). Odezwał się akurat w czasie, gdy M. wyjechał służbowo na kilka dni, a ja strasznie chciałam przespacerować się nad morzem. Mogłam iść sama, ale po co.

Należę do ludzi, którzy lubią oglądać swoje miasto oczyma innych. Nie wiedziałam, albo zapomniałam np. o starych chatach rybackich w Jelitkowie z początku ubiegłego wieku. Zawsze skupiałam się na tych w Sopocie.



Spacer do Sopotu. Strasznie potrzebowałam. Naprawdę. Posiłek w "Barze Przystań". Tak, nie przepadam za tłumami, ale tam mi nie przeszkadzają. Właściwie w miejscach, gdzie podawana jest ryba powinny być tłumy. Zamawiamy różne ryby i się nimi wymieniamy. Chociaż chciałam koniecznie spróbować tatara z łososia, ale poczekam do następnego razu, bo ten wyglądał, jakby czekał na mnie od dawna. Dostaję natomiast w gratisie sosy. Za uśmiech. Kelner mnie tym rozczulił. To było naprawdę miłe.
Ryby? Tym razem poznałam smak miętusa i kerguleny. Mieszkać całe życie nad morzem i nie znać... No bywa. Właściwie gdybym już wszystko znała i wiedziała, to życie byłoby potwornie nudne.


W drodze powrotnej tańczymy na deptaku, do muzyki z pobliskiej knajpy. Nie tylko my. Ludzie idący przed nami też. Lubię ludzi, którzy potrafią się spontanicznie i lekko wyluzować. Tak jak lubię niezmiennie poćwiczyć salsę w sklepie. Takie niezwracające uwagi detale. Ktoś się uśmiechnie? Fajnie. Lepiej niech dołączy ;-) 





W Brovarni oblężenie. Piątkowy wieczór. Normalne. Stajemy rozglądając się za miejscem. Zaczepia mnie kobieta ze stolika obok i pyta po angielsku, czy szukamy stolika. Tak się jakoś właśnie niesamowicie złożyło, że tak. Chętnie byśmy usiedli. To dobrze, bo za chwilę ich stolik będzie wolny. 
Dżizas. No pięknie. 

Brovarnia to międzynarodowy klimat do granic możliwości. Zawsze. Kiedy tam nie jestem, a jestem rzadko, chociaż jakimś cudem przynajmniej raz w miesiącu, to zawsze słychać wszelkie możliwe języki.  Chłonę to. Biesiadował akurat jakiś chór. Znajomy jest typem człowieka, z którym można porozmawiać o wszystkim. Ma świetny dystans. Zaskoczeniem dla mnie było, że też ma bloga. No jak to się dzieje, że umykają rzeczy prawie oczywiste i że blogują ludzie, po których nikt się tego nie spodziewa. Fajne to jest.

Niestety zgadzamy się w bardzo wielu kwestiach. Nuda. Zgodność jest nudna. Trudno. Wolimy oboje punkty sporne. Przez cały wieczór znalazł się jeden konkretny: sposób jazdy. On dostał prawie szału od mojej - wg niego -  mało dynamicznej jazdy, gdy jeszcze z gracją zablokowałam ulicę czekając spokojnie na możliwość odblokowania (jakoś mnie to specjalnie nie ruszyło, bo taksówkarz był dupa i mógł się cofnąć, żebym wykręciła, ale nie wpadł był na to, więc wszyscy staliśmy),  dalej jechałam jak jeżdżę, gdy padło pytanie dnia "jedziemy już, czy jeszcze stoimy?". Ja dostałam zawału od jego porywczego stylu jazdy, gdy oddałam mu kluczyk. Szatan to przy nim cienki Bolek. Następnym razem muszę się napić, przed jazdą z nim.

Właściwie to ten fragment i taniec na deptaku będę wspominać szczególnie. I jego szczątkowe opowieści z podróży. To zawsze jest coś innego, bo podróże traktowane są subiektywnie i nie zdarzyło mi się usłyszeć takich samych relacji, opowieści, szczegółów. Owszem, nie każdy ciekawie opowiada o podróżach. On dał radę.

Zgodność w większości poruszanych kwestii prawie nas uśpiła. Well. Kiedyś znajdziemy więcej powodów do sprzeczek i kłótni. Na co liczę.
  
Dzięki, bracie, za ten wieczór :-)


PS. Prawdziwy dżentelmen w bojówkach. Otwierał przede mną drzwi. To jest to, co lubię.