7.5.13

Najlepszy styl zarządzania i podwyżka

Czytam właśnie artykuł w Coachingu na temat podziału stylów zarządzania na kobiecy i męski.

Nie uznaję feminizmu ani szowinizmu. Podziały na męskie i kobiece w takich zakresach są pewnym sztucznym szufladkowaniem. To działania, które pogłębiają podziały. 

Jaki styl zarządzania jest najlepszy? Dopasowany. Mądry. Skuteczny. W tych obszarach należy się poruszać. 

Niedawno rozmawiałam o tym ze znajomym. Bycie dobrym managerem jest naprawdę sztuką. Nie odkrywcze? To dlaczego mamy na rynku tylu miernych managerów? Dlaczego mamy ludzi o cechach zupełnie niedopasowanych do typu ludzi, jakimi zarządzają? 




Tak. Jest taki podział. Pamiętam z własnego doświadczenia. Byłam kierowniczką dziewczyny kilka lat starszej ode mnie. Miałam wtedy z 26 lat, ona była po 30tce. Jej hasłem dnia było "ty tu rządzisz, ty mi powiedz, co mam robić". Inwencja? Ale po co? To był typowy przykład osoby, która nie rokowała dla siebie dobrze. Siedziałyśmy w jednym pokoju. Pierwsza do brania wolnego (z byle powodu się urywała), ostatnia do zostania po godzinach (nadrobienia, albo w razie konieczności, nieważne). Nie, nie była chora i nie działo się nic trudnego w jej życiu. Nie miała jednak oporów, żeby przyjść po podwyżkę, której nie dostała, bo też za co? O czym jej uczciwie powiedziałam. Argument "Bo ja mam potrzeby" oczywiście też padł. 


Taka porada dla osób, które zbierają się do rozmowy o podwyżkę. W życiu nie odnoście się do argumentu własnych potrzeb. Podejmując pracę zgadzacie się na jakieś warunki. Nieważne, czy na etacie czy na zlecenie. O podwyżkę idzie się w sytuacji uzasadnionej." Robię o tyle i tyle więcej. Lepiej. Szybciej." "Umiem i wykorzystuję to i to." "Przynoszę firmie takie i takie korzyści (ponad te ustalone na początku)". Podobnie jest z premiowaniem. W normalnych firmach tak to też działa. W normalnych firmach (z reguły większych), pracodawca sam umożliwia rozwój i podwyższanie kwalifikacji (od studiów przez szkolenia), umożliwiając wykorzystanie ich w wykonywanej pracy a tym samym dając też furtkę do podwyżki i awansu. Wszelkie warunki dodatkowe ustala się na początku. Warunki do podwyżki też. Jeśli jednak ciągle robisz to samo i tak samo, to wchodzi prawo Einsteina. Tak, to o sposobie zmian. 
Roszczeniowe podejście? Kamą. Argument potrzeb? Pracodawca to nie rodzice (bo niektórzy mają tak, że działa długo "mama, tata daj" i dostają). Rozmowa o podwyżce to normalna sprawa. W obliczu argumentów ważnych z punktu widzenia pracodawcy. Jeśli ich nie masz to się nie wygłupiaj. 
Wracając... 


Przeciwieństwem 30tki była kobieta koło 50tki, która czytała mi w myślach i nie trzeba jej było nawet podpowiadać. Sama przychodziła z pomysłami. Była jeszcze jedna pani koło 50tki, która też pode mnie podlegała w tym samym czasie, co dwie pozostałe. Sytuacja była podobna. Zaangażowanie. Długo jeszcze po tamtym czasie docierały od tych dwóch starszych kobiet podziękowania, za to że byłam taka normalna i fajna. Czemu? One nie potrzebowały szefa pokazującego palcem, co mają robić. Ufałam ich doświadczeniu. Naprawdę nie potrzebowały poprawek czy podpowiedzi, no może czasami, ale wtedy same mi dziękowały, bo im coś umknęło. Nie wisiały mi na szyi cały dzień z pytaniem "co mam zrobić". Kochałam te kobiety. 

Co było problemem dla 30tki? Nie było. To ja się nie nadawałam, bo nie rozumiałam, że jako kierownik mam taki typ człowieka przed sobą. Gdy ona widziała, że ja sama robię za 3, zamiast jej coś dać, wychodziłam z siebie, to musiała mieć mnie za niezłą kretynkę. 
Jednak po co miała wykazywać się inicjatywą? Dziś bym jej powiedziała: Bo chciałaś podwyżkę. Nie ze względu na mnie, ale na siebie.


Koleżanka miała wtedy najbardziej zgubne podejście - pracuję na tyle, na ile zarabiam. Nie można sobie zrobić większej krzywdy zawodowo, niż tak myśleć. Czy poznała siebie lepiej? Nie wiem. Wróciła do rodzinnego miasteczka. Ja jej pokazałam, że w nią nie wierzę. Ona mi nie pokazała, że powinnam. Lekceważyłyśmy się wzajemnie. 

Myślę, że moim problemem w tamtym czasie było to, że jej jasno nie komunikowałam, co robi nie tak, że nie wychodząc z inicjatywy pokazuje, że nie umie, nie chce i nie będzie. Za bardzo założyłam, że ona "wie", co ew. robić. Ona potrzebowała szefa instruktora.  

Takie mam generalnie podejście, że lubię pracować z ludźmi, którzy są dojrzali i nie trzeba ich prowadzić za rękę, pilnować, gonić, sprawdzać (czym innym jest  podejście do kolegi z prośbą o korektę, albo z pytaniem, jak się coś robi), kontrolować jeszcze nie daj borze w każdej minucie, być kierownikiem-poganiaczem, jak to nazywam,  bo sama tego nie lubię i nie lubiłam. Nie jestem w przedszkolu. Nie każdemu taki styl zarządzania pasuje, nie wszędzie i nie do wszystkich ludzi. Chociaż oczywiście, są ludzie, którzy to cenią. To bywa naprawdę bardzo, bardzo różne. 

Ja osobiście najchętniej pracuję (też dziś) po prostu zespołowo i w układzie niezależnych specjalistów. Jak się konsultujemy, to na równi, na zasadzie współpracy. Są jednak miejsca i ludzie, gdzie to się nie sprawdzi.  

Jak przyglądam się tej sytuacji z perspektywy czasu, jak patrzę na różne typy szefów, liderów, to nie zgodzę się z podziałem na kobiecy i męski styl zarządzania.

Zdarzają się kobiety, które są fenomenalne i potrafią łączyć miękkie i twarde cechy, jak i faceci tacy również się zdarzają.

Dlaczego jest tak wielu złych managerów? Ano dlatego, że potrafią się doskonale sprzedać. To są efekty skutecznego budowania wizerunku. I na tym koniec. Gratuluję. Niech ludzie się z nim/ nią męczą. Szczególnie, że w Polsce tak pokutuje mit wagi controllingu.
Co jednak cechuje pracę takich ludzi i tej metody? Totalna nieskuteczność. Wysoka rotacja podwładnych. Kiepski klimat w firmie. Intrygi i jojczenie. Paradoksalnie niektórych to motywuje i lubią to. No właśnie. Dobranie kadry do organizacji. Ba, wiem, są organizacje, w których ta rotacja też jest normą i wymogiem, bo ludzie się wypalają. No bywa, bywa, słyszy się tu i tam. 

Czemu firmy się rozwijają? Nie, nie przez "wyzysk", ale dzięki mądrym managerom. I to na każdym szczeblu, bo jeden potrafi psuć działania wszystkich. Tak jak doskonały lider dobierze zespół idealny. W którym relacje będą budowane pod ludzi. Ludzie dobierani pod cechy i cele. 

Dlatego warto jest mieć znajomości, bo dzięki nim wiemy przede wszystkim z kim warto współpracować, a z kim tylko iść na wódkę, a na kogo i przy kim uważać. 
Dobry manager, to skuteczny manager. Nie mniej, nie więcej. Więc zależeć to będzie od miejsca, struktury (którą czasami warto zmienić, zmodyfikować), klimatu, celów i ludzi. 
Wszelkie testy psychologiczne... 
No tak. O testach już pisałam. 

Jakaś rada? Obserwować i wyciągać wnioski. Ale naprawdę najważniejsze - wiedzieć, gdzie się chce być samemu i w jakiej roli. 
Krytycznie a nie roszczeniowo. Roszczeniowo to podchodzi się do własnej firmy, która często jest najlepszym wyjściem, bo z tego miejsca można niejednokrotnie lepiej pomóc jako kontrahent zewnętrzny, niż pracownik.  
Tak, wyższa szkoła jazdy i nie na tą notkę.

Jedno jest pewne: do rządzenia ludźmi trzeba się urodzić. Tego akurat nie da się nauczyć i wiedząc o tym, ocenić uczciwie swoje predyspozycje. Jak się ich nie ma, to dać sobie z tym spokój. Sukces można odnieść na wiele sposobów. Można być naprawdę doskonałym w czymś, co nie wymaga dręczenia całymi dniami podległych pracowników. Nawet jeśli ktoś to lubi, to powinien dać sobie spokój i dać żyć firmie.

Dobrze, są też ludzie, którzy kochają z każdą bzdetą zwrócić się do szefa. No i właśnie na tym polega ten firmowy dobór naturalny. Dobrać ludzi, w każdym kierunku. Inteligencja się kłania, a nie tylko dyskusja o ciepłej posadce. 

Czemu ten temat? Bo czasami nie mam siły słuchać o beznadziejnych szefach, porąbanych kierownikach i ich pomysłach, a to bywa wątkiem przewodnim, co w efekcie powoduje, że zaczynam unikać ludzi, których lubię, ale których narzekania nie znoszę, chociaż je rozumiem, bo widzę, że ich szefowie są właśnie przykładami ludzi na nieodpowiednim miejscu. Czemu tak? Bo często narzekają ludzie, którzy są świetni w tym co robią i gdzie to robią i ich jedynym problemem jest szef. Tak, widzę to. Bo sama byłam kiedyś szefową, która na 3 podległe osoby, 1 pamięta jak nauczkę. Dziś bym była inna? Mówi się zjadliwie "obyś cudze dzieci uczył", to ja mogę powiedzieć "obyś zarządzał ludźmi". No nie dla mnie. Tak jak męczy mnie słuchanie o złych szefach, tak też narzekanie na beznadziejnych pracowników. No takich masz, jakich sobie dobrałeś. Męczysz siebie i ich. Coś trzeba zmienić, a nie jęczeć latami. Zapominam czasami, że niektórzy kochają nie znosić swojego życia i mieć na co narzekać na własne życzenie. Well. 

Ja fantastycznie czuję się w zadaniowym układzie, gdzie się uzupełniamy. Nieważne, czy na etacie czy na działalności. To szczegół. Jakieś dzikie struktury i zależności doprowadzają mnie do furii. Ale.. dokładnie! Ludzie są różni.
No ale ja mam szczęście.

30tka, o której piszę też była dobra w tym, co robiła, tylko była potwornie powolna i nie miała za grosz inicjatywy. Byłaby fantastyczną.. nie wiem, bibliotekarką, archiwistką? Dokładna i powolna i strasznie łatwo się stresowała i zaczynała płakać. Niemożliwie. Tylko dziwiło mnie, że też podjęła pracę sekretarki. No nie z tymi cechami. Ale jak już zauważyłam, w dużej mierze był to też mój błąd. Ja z tego lekcję wyniosłam, nie wiem, jak ona. Może byłaby dobrą sekretarką, ale w małej firmie? Nie wiem. Miałyśmy do siebie pecha. Tak jak kilka osób miało go ze mną... Bywa. Wszyscy się czegoś uczymy, jeśli chcemy.


Tak, to były chore czasy, gdy uważałam, że sama robię wszystko najlepiej (i pracowałam po 15 godzin) i nie potrafiłam delegować zadań. To cholernie ważna umiejętność. Plusem jest to, że na dziś cholernie dużo umiem, mam doświadczenie, do czynienia ze świetnymi ludźmi i jestem w fenomenalnym miejscu życia. 
Tak na marginesie tego i tak ważnego wątku. 

Kończąc ten temat, w momencie, kiedy powinnam właściwie dobrze zacząć:

Czego mnie nauczyło slow life? 1 zasada asertywności (puszczam lekko oko):

Co masz zrobić jutro, daj dziś komuś innemu. 



Tak działają skuteczni ludzie na świecie. Nie tylko zawodowo. Delegowanie zadań, przyjmowanie na siebie tego, co należy, jest podstawą sukcesu. Każdego. Dobra organizacja pracy jest tym, co w Polsce niestety nadal bywa obco brzmiącym hasłem. Na szczęście, to się zmienia. Wszystko idzie powoli, ale do przodu. Jedną z głównych zasad w slow life jest dobra organizacja czasu. To, o czym piszę powyżej, to jeden z ważniejszych aspektów tejże.



Z pozdrowieniami ze słonecznej Hiszpanii 
(chciałabym napisać :-)