17.6.13

Błękit oczu, czyli Wielki Gatsby



Film, dla którego istnieje kino, chociaż nie brakuje w nim zabiegów i przerysowań, także teatralnych i musicalowych.


Wejdź w ten świat.



Połączenie stylów wyszło fantastycznie. Dynamika, klasa, elegancja, nowoczesność, próżność, egoizm.

Obok siebie światy: odziany w przepych, błyszczące bogactwo, dolce vita i przy nim wykorzystywanej i wykorzystującej biedy, przenikającej, niedającej o sobie zapomnieć, wstydliwie chowanej, a wpisanej głęboko w ten pierwszy.

Stroje, muzyka (można powiedzieć wszystko o amerykańskich filmach, ale nie można im odmówić, że są mistrzami soundtracków. W każdym prawie filmie muzyka odgrywa niezmiernie ważną rolę, tu jest nie inaczej). Odważnie. Z powodzeniem.

DiCaprio, prawie mój rówieśnik. Jak on pięknie dojrzewa. Kocham go od Titanica i z każdą rolą potwierdza, że jest jednym z najlepszych aktorów mojego pokolenia. To spojrzenie niebieskich oczu. Ten uśmiech. Te gesty. Urodzony amant i cwaniak ze spojrzeniem anioła, w jednym.

Stroje, wnętrza (zestawienia materiałów i kolorów będą mi się śniły jeszcze długo), szczegóły, detale. Finezyjne stroje kobiece i idealnie ubrani mężczyźni (widzimy tu rękę największych współczesnych kreatorów) zapierają dech. Nie do zobaczenia w realu.
Rzadko siedzi się do końca napisów, również pod wrażeniem nazwisk twórców.

Film zrobiony fenomenalnie i warty odnotowania w historii.

Czytając opinie (już po), widzę częsty i powszechny brak otwartości i płaskie przyrównywanie, ale też odnoszenie do oczekiwań. Odbieranie tak jakiejkolwiek sztuki jest typowe dla wielu przedstawicieli  każdej epoki. Nowe jest obce. To jasne. Potrzeba czasu na oswojenie. Takie dopracowanie i poziom może onieśmielić. Kiedyś będzie to na wszystkich listach klasyki. 

Ale trzeba powiedzieć:
To sztuka. Włącz zmysły. Wyostrz percepcję. Tym filmem dostarczysz sobie tego, co najlepsze.

Ten film jest o krok śmielszy. Fabuła (jak mogłam nie znać go wcześniej?) tak ułożona, że łzy mi poleciały z 3 razy. Za każdym razem z innego powodu. Emocje przebiegły przez kilka obszarów, postaci bohaterów bardzo w tym pomogły. Może tego dnia byłam szczególnie wyczulona. To dobrze. Lata 20-te w końcu też poruszały się po skrajnościach.

Dla mnie to były fantastyczne 2 godziny ze świetnym, światowym kinem i w świetnym towarzystwie, z wyjątkową dziewczyną. Z nią smakowało to wszystko wybornie. Dobrze nam się o nim nie rozmawiało, po wyjściu z kina. Właściwie to taki rodzaj filmu, że trzeba się z nim poukładać.
Recenzowanie standardowo zostawiam innym, bo nie wątpię, że dobre recenzje, wyczerpujące i na poziomie powstaną/ powstały. Ja do dziś dochodzę do siebie i się z tym filmem układam. Bez pośpiechu. Zablokował mnie na razie na inne filmy, a to już dużo.

Dziwne. W tym filmie, w tej opowieści miłość jest paskudna. Ocieka materializmem, wygodą,  obsesją. Podobno ta historia jest romantyczna. Posiada wszelkie znamiona, ale  przy tym obarczona jest takim obślizgłym wyrachowaniem, które mi odbiera wrażenie idealizmu. Ale o tym można podyskutować przy winie. Po filmie.

Na "Wielkim Gatsbym" można, trzeba odpłynąć.