3.9.13

Prawo życzeń i piękno absurdów

Znasz ten typ? Najpierw życzy komuś powodzenia, sukcesów, pomyślności, spełnienia marzeń a gdy już się te życzenia spełniają, to adresata obrobi, obrazi i szuka dziury w całym, dopatrując się w tym wszystkiego, co najgorsze i ciesząc się z ewentualnych porażek. Jakby ten sukces, którego życzy na początku, zawodził.



Kiedy cudzy sukces przestaje być dla innych źródłem życzenia pomyślności a staje się źródłem zawiści? Gdzie jest ta granica? Kto ją przekracza? Życzący czy adresat? Kiedy podziw przechodzi w zawiść? Dlaczego?
Trudne pytania. 

Ludzie chcą igrzysk, a jakie czasy takie igrzyska. 

Z lekkim przymrużeniem oka:
Wyjątkiem jest piłka nożna, gdzie powodzenie reprezentacji spowodować może szaleństwo zbiorowe, bo nikt rozsądny tego nie zakłada. Kibice mają swoje "nic się nie stało" i jest ok. Chodzi o to, żeby się STARAĆ a nie OSIĄGAĆ. Na zachodzie "postaram się", jest traktowane jak grzecznościowe "no fuckin' way, chyba że się pomylę". 
Dlatego właśnie inne dyscypliny są mniej popularne. No po co kibicować, skoro i tak wygrywają? NUDA. Nie ma w tym cudu. W piłce nożnej by był. No tak to już w naszym kraju jest. Warto się starać, bo  w tym będą dopingować wszyscy, tzn. też będą się starać :-)

Dla mnie to wszystko jest niezrozumiałe, bo ja kocham ludzi sukcesów. Od tych naj, najmniejszych, osobistych, po te większe i wielkie. To ci, którzy nie poprzestają na staraniu się i wymówkach. Proste.

Czekam na czasy, gdy normą będzie wspieranie się w sukcesach i wzajemne motywowanie. Normą zwyczajową. Tak samo jak umiejętność doceniania własnych osiągnięć. Co jest jeszcze równie rzadkie. Mam nadzieję, że kiedyś się to będzie zmieniać i ludzie będą rozmawiać swobodnie o osiągnięciach (których nikomu nie brakuje), zamiast większy nacisk kłaść na niedogodności, tylko z obawy przed zawiścią. Ja mam szczęście do ludzi, bo takimi się otaczam, którzy właśnie tę umiejętność mają. Pewnie, że zdarzały się rozczarowania, ale ich skala raczej nie spędza snu z powiek. Wszystkim zdarza się przecenić intencje, ale to już osobny temat. Mogę tylko życzyć takiego szczęścia do ludzi, jakie ja mam.

(...)

Kultowe kino. "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Barei. Kocham ten film za fakt, że w wielu aspektach nic się w naszym kraju nie zmienia. To mentalność, no Polacy tak mają. Po prostu. My mamy absurdy we krwi, dlatego absurdy mnie tak bawią zamiast denerwować. 






Poniżej: Minuta 2:30. Jako marketingowiec płaczę na tym fragmencie.

Bareja wiecznie żywy. Jak się nie uśmiechnąć? ;-)