20.9.13

Taniec by RRJ

Robert Robson Jażdżewski.

Najpierw film:


Można sobie wyobrażać, ile trzeba ćwiczyć i trenować, żeby to osiągnąć.
To obraz słów - Jestem fitness, kocham fitness, żyję fitness

Jest mistrzem. Tancerzem. Wykładowcą. Instruktorem. Trenerem. I pewnie robi dziesiątki innych rzeczy i ma przy tym pewnie jeszcze życie prywatne. Nie wiem, bo właściwie widuję go raz w tygodniu i kojarzę z komend, które do mnie docierają na tyłach grupy. Ja tam chodzę dla siebie, ale ta notka jest o  Robercie J., człowieku, który zaraża pasją.





Dawno temu, gdzieś na początku, nowa koleżanka powiedziała mi po zajęciach - Poguglaj sobie i zobacz, czym on się zajmuje. Poszukaj Lądka. 

Wtedy się dowiedziałam, że Robert dużo czasu poświęca na ćwiczenia z dziećmi i młodzieżą. To było dla mnie dużym zaskoczeniem, ale bardzo pozytywnym, bo podwójnie cenię ludzi, którzy poświęcają czas na zajęcia z dzieciakami. To jest to, co w nim szczególnie cenię: on na kilka sposobów łamie stereotypy.
Od lat uczestniczy w Międzynarodowym Festiwalu Tańca i pewnie wielu innych imprezach sportowych i tanecznych. (Nie)stety nie chwali się tym, ani nie prowadzi bloga. 

Wystarczy zobaczyć go w akcji, żeby zrozumieć, czym jest taniec nowoczesny i doskonała forma. Ludzie, którzy zajmują się tańcem, fitnessem i sportem profesjonalnie to moc. A jeszcze w tym wszystkim np. chodzenie po górach, z taką kondycją to już tylko wisienka na torcie. I to jest właśnie to: treningi służą wyrobieniu i zachowaniu formy, które potem wykorzystuje się do czegoś innego.
Ci ludzie poświęcają temu życie nie mniej niż każdy z nas czemuś innemu. Tylko zamiast leżeć na kanapie ćwiczą na siłowni. Fitness, sport jest przecież o wiele bardziej wymagający niż "zwykła codzienność". Ale daje też zupełnie inne możliwości. Czy podziwiam ludzi sportu? Całe życie. Może dlatego, że nigdy nie wyszłam poza obszar amatorski. Zabrakło mi determinacji. Nie. Nie żałuję, bo kocham swoje życie. Nie w tym rzecz.

W necie nie jest modne podziwianie ludzi szeroko pojętego sportu, szczególnie poza tym środowiskiem, a Robertowi akurat zawdzięczam to, co stało się dla mnie ważne i nadało jeszcze jeden nowy kierunek mojemu życiu. Dopełnienie idealne.   

Mijają 2 lata, gdy poszłam na pierwsze zajęcia salsy solo. Dżizas. Autentycznie zestresowała mnie rozgrzewka. Nie zapomnę tego. Pamiętam, że wtedy Robert powiedział, żebym się nie przejmowała, że mi nie wychodzi, tylko się dobrze bawiła. Powiedział też, że wszyscy mają trudne początki i to normalne. Mam po prostu tańczyć. To nie turniej.Wyluzuj.
- OK. Skoro tak, to nie wyjdę - I zostałam po przerwie. I na szczęście, bo zakochałam się w tych zajęciach i tym, jak na mnie działają i tym, że chcę więcej. I wracam tam, chociaż nadal jestem prawie na początku.

Robert to kolejna osoba , która dowodzi, że mam szczęście do ludzi. Mogę się tylko cieszyć, że mogę uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez człowieka takiego pokroju i z takim doświadczeniem. Ba, potrafi nas pochwalić. Dzięki temu jest dobrze, bo nie stresujemy się, tylko tańczymy, chwytając kroki wymyślanej na bieżąco choreografii, układu. 

Fantastyczne jest to, że akurat salsa solo u niego, to za każdym razem nowy układ, który jest mieszanką tańca nowoczesnego i latino, dostosowany do możliwości grupy.  Zapewniam, że nie każdy instruktor potrafi tak prowadzić zajęcia, żeby nie działać zniechęcająco na początkujących.

Jeden z wielkich plusów sportu: przestajesz zastanawiać się nad dziwnymi rzeczami, bo nie chcesz tracić na to czasu. Sport to konkret. To się bardzo przydaje, bo przez te 2 lata i zwiększenie osobistej aktywności o jakieś 4000%, zauważam wiele pozytywów we własnym życiu. Na dziś to po prostu doceniam.


Gdyby nie Robert, to pewnie nie wciągnęłabym się w to, nawet na tyle, na ile jestem wciągnięta. czyli jak mam dobry dzień, to przerabiam sobie kroki z ostatnich zajęć na zakupach w sklepie albo na spacerze z M., albo w samochodzie ;-) Bo tak. Bo to jest naprawdę genialnie działające na samopoczucie.

Kiedyś rozmawiałam z M. (innym instruktorem) i gdy zapytał, co chcę osiągnąć ćwiczeniami, powiedziałam pół żartem - chcę do końca wytrzymywać na salsie - i uśmiechnęłam się do przechodzącego akurat Roberta, na co ten odpowiedział - Zen. Wszystko siedzi w głowie.

Hell yeah. Pewnie że tak. Dobrzy instruktorzy, nie pozwalają nam się poddawać (oczywiście, sami musimy tego przede wszystkim chcieć). Jeśli na początku brakuje samozaparcia, nie czuje się jeszcze tego bakcyla, dobry instruktor, trener, mentor to podstawa, żeby nie uciec. Bez tego można się łatwo zniechęcić. Dzięki dobrej motywacji można poczuć, że to ma sens. Bycie mistrzem oznacza umieć wspierać ucznia. 

Robert zaraża energią. Mogłoby się wydawać, że mają to wszyscy zajmujący się fitnessem i tańcem. No niekoniecznie. Bycie doskonałym instruktorem wcale nie jest takie oczywiste. Na szczęście jest takich kilku. Robert jest w mojej czołówce zupełnym numerem 1. Szkoda, że jest tak mało materiałów na jego temat. To jest ten typ ludzi, który działa. Dosłownie.

Same zajęcia to też wielka dawka energii, mimo zmęczenia. Gdy już się wydaje, że dopada jakaś rutyna, to wpada coś innego i nowego.
Piszę o tym teraz i po 2 latach, dlatego że dzięki zajęciom (przede wszystkim salsy) jesień i zima mijają jakby obok. Naprawdę. Przerobiłam to już 2 razy. Nie ma szansy na depresje.
Wypełnienie czasu (np. po pracy) ruchem jest najlepszym antidotum. Wolę to niż np. gadanie godzinami o niczym czy siedzenie w sieci bez sensu. Zakwasy to jest to. A chęci? Doskonale wiem, ile walki ze sobą trzeba czasami przeprowadzić, żeby się znaleźć na sali w jakiś deszczowy czy śnieżny wieczór, gdy marzy się tak naprawdę tylko o gorącej kąpieli i książce. OK. To będzie potem. Wszystko potem. Najpierw jednak musi być salsa. To tylko godzina w tygodniu, co jest akurat dodatkowym motywatorem. Oduczam się wyszukiwania wymówek (kiedyś wystarczyły banały typu: okres, katar, antybiotyk, ojejku jejku). To słabe.

W kolejne dni będzie już coś innego, ale inne zajęcia to inna bajka. Trzeba znaleźć to, co nam pasuje. Cel? Hm. Jeśli ktoś chce tylko schudnąć, to się będzie męczyć. Trzeba polubić to zmęczenie. Poczuć w tym wszystkim przyjemność. Polubić zakwasy i przyspieszony oddech.

Ten tekst jest moim uśmiechem do Roberta za to, że poświęca nam swój czas i że jest zaprzeczeniem stereotypu "pakera". Taniec to jego pasja i to widać. A szczerze, tańce nowoczesne są tym, co facetom pasuje. Połączenie tego z elementami latino? Świetna kombinacja :-) 

Co jest sporym sukcesem amatora po 2 latach? To, że nie muszę patrzeć w lustra, żeby pilnować kroku, natomiast lubię własne odbicie. Czemu to sukces? Bo przez pierwsze miesiące pilnowałam stóp Roberta, żeby uczyć się kroków. Nie pamiętam dokładnie co on nam mówi, ale oducza pilnowania jego, nawet pilnowania siebie. Naprawdę uczy czuć taniec.

PS. Polecam wrócić do filmiku i przyjrzeć się jego ciału. Pracy mięśni. Ruchom poszczególnych części ciała, stóp, rąk, ramion, nóg, głowy. To są lata praktyki. I to musi być pasja. A ja mam szczęście raz w tygodniu brać udział w zajęciach prowadzonych przez niego.

Moja własna konsekwencja jest dla mnie samej nadal trochę zadziwiająca. Normalnie już dawno by się mi to znudziło. Jak wszystko inne. A tu proszę. Trwam. I strasznie mnie cieszy, że rodzina i znajomi kojarzą mnie z zajęciami salsy i nie raz słyszę - kiedy idziesz na salsę?

Pokochałam to na tyle, że ma swoje miejsce. I nawet jak mi się nie chce, to mi się chce, pewnie dlatego, że to coś, co jest tak bardzo dla mnie samej i pomaga mi w pracy nad sobą, nie tylko od strony tańca. Jestem dowodem na to, że można zacząć będąc 35+. Nigdy nie jest za późno. Ale poza chęciami trzeba trafić jeszcze na odpowiedni flow. I instruktora. I grupę, w której są kobiety w przeróżnym wieku. Tadam! I to wystarczy.

Ja strasznie lubię mieć swoich guru w danych dziedzinach życia. Robert jest od tańca i motywacji.


 Dość gadania. Tańczymy.
To najlepszy sposób na nabieranie dystansu i motywator do pracy nad sobą.