2.9.13

Roztańczyć wspomnienia



"Przestań się unosić. Wesele jest dla gości" powiedziała 11 lat temu moja kochana babcia, gdy powiedziałam, że nie chcę wesela.
Miała rację.
Na szczęście jej posłuchałam. 
I przekonuję się o tym coraz bardziej, na każdym weselu, na którym jestem. Z wiekiem człowiek zaczyna rozumieć tradycję a co ważniejsze: doceniać. 

 Ostatnia noc, to był epicki ślub i wesele.




Towarzysko, muzycznie, kulinarnie, emocjonalnie, tanecznie? Pięknie.



W końcu usłyszałam cały kawałek "Ona tańczy dla mnie". Oczywiście zatańczyłam śpiewając ze wszystkimi, bo plusem prostych melodii i tekstów jest to, że są proste. Tak, to idealny kawałek na wesele, gdzie spotykają się 4 pokolenia. 

Właśnie dlatego zawsze będę się upierać, że nie ma czegoś takiego jak zła muzyka. Wszystko zależy od okoliczności. Muzyka ma swoje miejsce, tak jak są miejsca (okoliczności) do danej muzyki. 
Tak samo jest z ciszą.

Chociaż muszę przyznać, że pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się być na weselu, na którym dj puścił też techno. Tak, szalałam, bo kiedyś byłam największą techno fanką i wymiatałam na techno party. Co ciekawe, okazało się, że dobrze dobrane detale, światła, dym i ledowe okulary u gości też przejdą do historii. Nie wiem co prawda, jak przetrzymali to ci najbardziej wiekowi goście, ale nie słyszałam o reklamacjach. Możliwe, że z typowym techno nie mieli wcześniej do czynienia i te 2 kawałki odebrali jak awarię sprzętu. 

Nie zabrakło też melodii latynoskich, więc salsa była i to bardzo. Byłam przeszczęśliwa na parkiecie. Okazało się, że umiem tańczyć flamenco. Mhm. Czas i miejsce czynią cuda.

Zorba? Oczywiście. Weselna klasyka. Potem można się w nagrodę napić, że się wytrzymało do końca.
Bardzo dobry dj to podstawa. Z całą sympatią dla "orkiestr" weselnych, której mam niewiele właśnie za monotonię (btw. określanie 2-4 osobowych grup orkiestrami? No ok. Tak się przyjęło). Dj to dj. Najważniejsza jest i tak dobrze spełniona funkcja wodzireja, który jest na weselu niezbędny jak wódka weselna (ja pozostałam wierna winu).

Młodzi zadbali o każdy szczegół.
Za mistrzostwo  uważam np. dobre rozplanowanie miejsc tak aby uniknąć faux pas.

Ujmujące były kartonowe figurki z imiennymi kartonikami, z ukrytymi w środku ledowymi słonikami. Mieliśmy radochę jak dzieci (ja może mniej, ponieważ dorwałam 4 słoniki i zrobiłam sobie na szyi orgię, taką małą i szybką).
Fakt faktem, M. zgubił swój kartonik i pytany jak się nazywa odpowiadał - Nie wiem. Zgubiłem karteczkę. Zgubiłem tożsamość.

Nie mniejszą radość mieliśmy z tańców w kapeluszach i czapach z różnych krajów, epok i bajek, które dostali wszyscy goście. Na ponad 100 osób było to dość spore przedsięwzięcie. Udało się.

Fajnie pomyślane podziały tematyczne do zdjęć. Pomijając oczywiste rodzinne, to były osobno panny młodej i pana młodego z ich znajomymi, ale też kombinacje: panna młoda + mężczyźni i pan młody + kobiety. Usiadłyśmy z koleżanką na kolanach śląc buziaki do pana młodego. Jak szaleć, to szaleć.

Z zupełnie innej strony:

Zapłakałam się całkowicie (viva tusz wodoodporny) na pokazie zdjęć pt "Tacy byliśmy jeszcze wczoraj" (wbrew pozorom pomysł bardzo dobry, jeden z wielu, które pierwszy raz poznałam na tym weselu), bo pana młodego znam od bardzo wielu lat i taka podróż w przeszłość, w gronie, które spotyka się już jednak tak bardzo rzadko w takim pełnym składzie, musiała wzruszyć. I doprowadzić do łez też ze śmiechu. Borze, jak ten czas leci.

Takie wesela zdarzają się rzadko, a to pod wieloma względami było bardzo wyjątkowe.

Kocham wesela, na których jest klimat, który wspomina się latami.

I cudownie jest spotkać się z ludźmi, których zna się od liceum, mimo, że drogi się tak bardzo rozchodzą. To była jedna z ostatnich (o ile nie ostatnia) taka okazja.

Refleksja, która mnie naszła w nocy, po powrocie, była dość smutna, bo okazuje się, że zapominamy. Za dużo zapominamy. Pęd czasów, natłok wrażeń, spraw, przeżyć, ludzi powoduje, że zapominamy.
Może za dużo, może niepotrzebnie. Może szkoda, może to normalne, że w życiu jest czas zbierania wspomnień, po to, żeby wracały na starość. Tak musi być. Życie musi płynąć i nie można go blokować. Trzeba zbierać wspomnienia.




PS. Kocham fajne weselne konkursy (zdarzają się, naprawdę). 
Gdy akurat staliśmy na zewnątrz, dotarły słowa dj - Czy drużyna pana młodego jest gotowa? Gotowi do ciągnięcia? (no, no proszę Pana).
Poczułyśmy się z koleżanką wywołane. Pobiegłyśmy (reszta paczki ma nowoczesny stosunek do konkursów). Z radością dołączyłyśmy do drużyny, ale panny młodej. Nasza drużyna wygrała (przecież nie mogło być inaczej). Pan młody mógł na nas liczyć... Innym razem. Ale przecież zostało w rodzinie, prawda? ;-)
Taka sytuacja.
Było epicko. 


Szybko żadne wesele mnie tak nie wzruszy i nie da mi tylu wrażeń. Znam pana młodego prawie 20 lat. To musiało wzruszyć. 
Ostatni raz się tak wzruszyłam 3 lata temu, gdy byłam świadkową. Przeżywałam to wydarzenie bardziej niż własny ślub. Ale to zupełnie inna historia. 

Zawieszę myśli na ostatniej nocy. Taka magia jest jednym z ważniejszych wspomnień.