28.5.14

Pierwszy stopień ciekawości, rzecz o językach obcych



(Podróż sentymentalna)

Języki obce. Po co to komu?




Ja nie mam pojęcia, tak wyszło. Wiem natomiast, dlaczego, po co i kiedy pojawiły się w moim życiu. Dopóki człowiek nie ma tej świadomości, to nie czuje potrzeby. Co uważam dziś za błąd szkolnictwa? Przynajmniej za moich czasów - lekceważenie wagi znajomości języków. Owszem, każdy z mojego pokolenia znał rosyjski, bo to miał być drugi język, ale języki zachodnie były totalnie ignorowane. Myślę, że dopiero wyjazd zagranicę, w tym wypadku na kilka lat do Niemiec, pokazał mi wówczas sens nauki języków. Pomijając szkołę, dopiero w normalnym życiu człowiek docenia możliwość najzwyklejszej komunikacji. Swobody wyrażania myśli. Dość szybko przyszło mi myślenie i sny po niemiecku. Jednocześnie nie wiedziałam, czemu ludzie zgrywają się na "nie pam-nie-ntam, jak to szę muffiło". 

Istotniejsze było, że będąc zagranicą uwierało mnie strasznie, ale to strasznie, ograniczenie w porozumiewaniu się. Normalne i elementarne wyrażanie myśli, wysławianie się.

Totalną akrobatyką była dla mnie natomiast nauka angielskiego, po niemiecku. To, co uwielbiałam, to konieczność czytania lektur w oryginałach. Ryczałam po nocach nad słownikami, bo wtedy o internecie to przecież nawet nie słyszałam. Przyznaję, że nienawidziłam tego. Wywiozłam bowiem z polski totalny brak znajomości angielskiego, oraz śladową znajomość niemieckiego i potworny kompleks z tego powodu. Niemiecki i angielski w powijakach, a przy tym angielski po niemiecku, był dla mnie katorgą.

Jak popatrzyłam po swojej półce z książkami, to zauważyłam, że mam całkiem niemało pozycji niemiecko- i angielskojęzycznych i odczuwam sentyment wymieszany z dumą. Dobra mieszanka.

Dziwnie wyszło z angielskim, bo na dziś korzystam z niego głównie z wygody. Przestałam go tak nienawidzić. Nadal mój poziom jest dość podstawowy, ale opanowałam najważniejsze, naj, najważniejsze w komunikacji między ludźmi, szczególnie różnych narodowości - umiejętność prostego wyrażania myśli, zadawania pytań, unikania zdań wielokrotnie zbudowanych, wymiany informacji. 

To się przydaje również w polskim. Tak, kiedyś zdania wielokrotnie zbudowane towarzyszyły mi wszędzie. Straszne to było. A skąd się bierze? Oczywiście ze szkoły. Przecież nauczyciele kochają zdania wielokrotnie złożone. A potem, jak wchodzisz w świat biznesu, to doznajesz szoku, bo dostajesz po głowie, gdyż musisz to szybko zmarginalizować, do narzędzia, które służy do zamęczania przeciwnika.

W biznesie rządzą proste zdania. Jasne komunikaty. 
Emocje też się nimi buduje. 

Najważniejszą sprawę otworzysz i zamkniesz prostym zdaniem. Najważniejszy jest komunikat i odbiorca. Nie zamęczasz go elaboratami.

To oczywiste i wiedzą o tym chyba wszyscy, którzy działają w świecie biznesu. Każdy, kto widzi długiego maila, to wzdycha. Nikt nie ma czasu na treści, które dałoby się ująć w 3 zdaniach. Owszem, czasami trzeba coś rozpisać, opisać, szczególnie jakiś problem, ale umówmy się, to się rzadko zdarza. Rzadko występuje konieczność wyjścia poza kilka zdań.
Szczególnie ważne, gdy się np. operuje technicznymi zwrotami, jak ja mam. Jasność przekazu jest porażająco ważna. Niezrozumiały przekaz może doprowadzić do niepotrzebnych nieporozumień. Nieważne z kim ze świata piszę - musimy szybko wymienić zdania i informacje. JASNO I PRECYZYJNIE. Tu nie ma miejsca na niedomówienia. Oczywiście podchodzę do tego, jak do czegoś oczywistego, ale dziś, pisząc o wadze znajomości języków obcych, wiem tylko, że mnie ratowały przez całe życie, a szczególnie w okresie, gdy nie wiedziałam, co chcę robić i szukałam swojego miejsca. Dziś natomiast, nie mogłabym być tu, gdzie jestem, bez języków obcych, bo zwyczajnie nie mogłabym się porozumiewać.

Gdy popatrzyłam na te moje książki w oryginałach, przypomniałam sobie, jaką to było na początku katorgą. Naprawdę. Czytanie książki w obcym języku i rozmawianie o niej w dwóch obcych językach było wyzwaniem. Dla młodej, nieśmiałej mnie, to był kosmos. Co było wtedy najważniejsze? Wsparcie otoczenia. Nikt nie śmiał się złośliwie z moich błędów, poprawiano mnie z życzliwością i czystą chęcią pomocy. Gdyby było inaczej, pewnie zamknęłabym się w sobie na... może na zawsze. Dla mojej znajomości języków ten wyjazd na kilka lat był kluczowy.

Piszę o tym, bo to strasznie ważne. Skąd wiem? Wiele osób unika nauki języków ze wstydu, ponieważ nie dość, że są z natury wstydliwe, to jeszcze te wpajane bariery językowe (podjudzane wyśmiewaniem błędów) nie pomagają. I takim osobom chciałabym podać rękę i powiedzieć - nauczcie się dla siebie. Nie patrzcie na nikogo i na nic. Kiedyś, tak znajomość języków otworzy wam świat, a na pewno umożliwi czytanie książek w oryginałach, albo porozmawiać z kimś z drugiego końca świata, co jest już świetne samo w sobie. Pewnie, że na początku będzie cholernie trudno, będziecie czuć się beznadziejni, kiepscy i słabi. To nic. Uczcie się. Jak? Na wszystkie możliwe sposoby. Ja, jako nie filolog i nie pedagog, powiem tylko, że najważniejsze jest... rozumienie intuicyjne. Reszta przychodzi prawie samoistnie. Słówka są przereklamowane. One się znajdują, gdy są potrzebne. Tak samo gramatyka, czy później słownictwo branżowe. Nie przejmuj się tym zbytnio. To jest ważne, ale nie najważniejsze, jeśli nie chcesz być przysięgłym tłumaczem (a tacy też robią takie błędy, wiem, bo zdarza mi się ich poprawiać). Nikt nie jest nieomylny, a języki są zbyt różnorodne. Pamiętaj o tym. In plus oraz in minus.

Najważniejsze jest (PO)ROZUMIENIE. Osłuchanie się i łapanie kontekstu i tak kroczek po kroczku. Zobaczysz, jak będzie cieszyć każdy, mały postęp.

W znajomości języków nie chodzi o popisywanie się, tylko KOMUNIKACJĘ.
Rozumienie świata. Ba! Możliwość "dotknięcia" oryginału i zrozumienia go na swój sposób.
Naprawdę doskonałym uczuciem jest czytanie czegoś tak, jak autor to napisał. Bez przekładu. Od książek, przez kino, po muzykę czy po prostu rozmowę. Zdaj się na własne rozumienie świata. 
W oryginale.

Dziś, gdy sobie przypominam, jak strasznie się męczyłam nad tymi wszystkimi słownikami, to wiem, że było warto. Dla siebie. Nie dla ocen, czy zaliczenia. Dla siebie. Dla swojej swobody. Dla tego, żeby np. na randce po prostu porozmawiać z fajnym facetem, czy brać udział w dyskusjach o czymkolwiek, albo chociażby zapytać o drogę, czy poczytać jakiś romans w oryginalnie (chociaż co się dokumentów i umów w życiu natłumaczyłam, to moje).

Marzy mi się jeszcze włoski i hiszpański, tylko na razie mam tyle spraw rozgrzebanych, że... To musi poczekać, bo i tak jak na kogoś, kto nie jest poliglotą, to jestem z siebie dość dumna :-)

Widząc generalnie słaby poziom znajomości języków obcych, marzy mi się, żeby ktoś ludziom na samym początku drogi zaszczepił bakcyla ciekawości świata i możliwości porozmawiania z każdym. Tak po prostu. Na początek. Nie wstydzić się i nie krępować np. wymową. Akcent naprawdę jest mało kiedy ważny.
Pomijając całą stronę praktyczną, to jest po prostu fantastyczne. Gdy chcesz z kimś porozmawiać, po prostu to robisz.

Piszę o tym też dlatego, że generalnie nauka języków obcych nie przychodzi i nie przychodziła mi z łatwością. Nie umiem "kuć", dlatego języki musiałam wziąć na ciekawość. Jak każdy inny przedmiot. Trzeba chcieć. 

Dlatego nie bawią mnie osoby, jak W. Cejrowski, które propagują podejście, że jak jedzie się do "dzikusów", to mówić do nich po polsku, bo człowiek z człowiekiem się porozumie. I ok. Tylko to jest w porządku, gdy masz gdzieś innych i nie chcesz wiedzieć, co oni mają do powiedzenia, czyli  słabe. Szczególnie u podróżników. Ci najlepsi potrafią opowiadać o ludziach i miejscach, o ludziach, z którymi rozmawiali, a nie, których traktują jak "dzikich". Przy takim podejściu można mieć wątpliwość, kto tam jest dziki.



Znajomość języków, to inna wolność. Wolność relacji, jedna z najpiękniejszych i najbardziej otwierających nas na świat.


Przy okazji: co planują w skype.
Ja jestem "za". Jeśli to pomoże w jakiś sposób przełamywać bariery, motywować do nauki, zbliżać ludzi i ułatwiać komunikację, to naprawdę jestem "za".