22.5.14

Przy winie, sam na sam


Dobrze mi.







Wiosna i lato niesie za sobą dylematy,  o jakich można marzyć. Dylematy pt "co wybrać?".
Weekendy stwarzają tyle okazji do spotkań, tyle wydarzeń i imprez, a nie da się być wszędzie.



Przynajmniej nie fizycznie.











(...)

Wieczorami chce się spać na balkonie. Wino (koniecznie różowe albo białe, czerwone w te upały nie zdaje egzaminu) przyjemnie wycisza (nie, nie namawiam do picia, ale mam nadzieję, że nierozgarnięci mnie nie czytają). Kot się nie boryka z dylematami. Po prostu śpi.

Właśnie mam swoje slow&chill. Swoją samotność i chwilami - bloga. Ostatnio miewam przebłyski, że to koniec. Że ten blog też mi się już znudził. Że będzie z nim jak ze wszystkim innym. A jednak po 21:00 wzięłam laptopa i wyszłam na balkon. To chyba jednak pasja.
I pisząc te słowa czuję tak dziką przyjemność, że... aż się napiję.
Gdy co jakiś czas patrzę na statystyki, zastanawiam się, kto tu zagląda. Kim jesteś?
Nie. Nie odpowiadaj (chyba że cię poniesie). Podoba mi się ta cisza.
Nie lubię tłumów. No dobrze, czasami lubię, ale tu lubię ten spokój.

(...)

Samotność. Lubisz? Ja bardzo. Moja biblia kobiecości, czyli "Biegnąca z wilkami", wyjaśniła mi, że to dobrze. Dobrze jest lubić samotność i przebywanie samej ze sobą. Od kiedy mam czas dla siebie i tylko dla siebie, to poczułam, że to jest ważny punkt do równowagi.
Zbierałam te punkty. Czasami rozsypują się, jak kulki po chodniku. Zbieram znowu.

(...)

Zdarzało mi się całować z kobietami.
Rozumiem facetów. Kobiety naprawdę cudownie całują. Powiem więcej, najlepsi faceci całują, jak kobiety. To ten moment, gdy płeć nie ma znaczenia. Liczy się wszystko inne.
Ostatnio rozmawiałam z tą, z którą całowałam się jako ostatnią. To było kilka lat temu. Nie, nie jesteśmy obie chyba nawet bi. Uśmiecham się na samo wspomnienie. To było tak spontaniczne, tak zmysłowe i mogło się wydarzyć tylko wtedy. Tak mi się wydaje. Kobieta o której myślę jest szczególna pod każdym względem. Rzadko, bardzo rzadko się widujemy i bardzo rzadko mamy kontakt. Łączy nas szczególny rodzaj miłości. Tego właściwie nie da się zdefiniować, chociaż byłoby to zrozumiałe, bo ona jest piękną i mądrą kobietą. Nie. To nie tak. O jej pięknie nie myślę jak o atrakcyjności faceta. Nie podnieca mnie, jak fajny facet. Ona jest obiektywnie piękna.
Jak się widziałyśmy parę miesięcy temu, rzuciła - Ty mnie już chyba nie lubisz.
- Pewnie że nie - spojrzałam - po prostu na ciebie lecę.
Najdziwniejsza z moich relacji z kobietami.  Jedna z najlepszych. Może przez to, że tak niezdefiniowana. I niech tak będzie. I my się faktycznie nie "lubimy". To nie jest "lubienie". Jesteśmy generalnie bardzo różne. A świetnie nam ze sobą. Dziwne to jest.

Cała reszta koleżanek i przyjaciółek może być spokojna. To co łączy mnie z nią, nie łączy mnie z żadną inną. Cholera. Kocham dziwne.

Kocham nie umieć nazwać. Kocham nie definiować a wiedzieć, że jest.
Tak jak z nią.
Naprawdę to dla mnie cholernie ważne, mieć miejsca w życiu, albo relacje, na które patrzę i nie wiem. Uśmiecham się na samą myśl. Mam kilka takich miejsc i spraw i osób. Pewnie, że mogłabym kilkoma prostymi ruchami to poukładać w jakieś sztampowe szuflady, ale za nic nie chcę. Krążą gdzieś tam na orbitach mojego świata.
Nieważne, czy to mężczyźni, czy kobiety. Kocham, że to jest dziwne.

Czasami piszę o tym, że lubię nie wiedzieć, bo lubię nie wiedzieć.
Może dlatego, że za dużo wiem w innych dziedzinach, to kocham mieć miejsca niezdefiniowane.
I chcę, żeby takie były.
Dobrze, że drugie strony też.
Kurcze, takich dziwnych relacji to mam całą masę, a każda jest dziwna na swój totalnie inny sposób. #jaramsię. Właśnie do mnie dotarło. Kocham tych ludzi.

Smaki życia. Tak różne, jak różne są smaki świata.

(...)


Samotność.
M. trochę nie mógł tego na początku ogarnąć i dziwnie patrzył, gdy mówiłam, że chcę być sama. Dopóki związek jest mniej lub bardziej "na czas', czyli gdy spotykamy się w określonych porach, to tego nie było widać, ale pamiętam to jeszcze z panieńskich czasów  - ja zawsze musiałam mieć czas dla siebie i tylko siebie. Gdy jestem zajęta maksymalnie sobą. W 100% ja dla siebie. Z rozkoszą  i przyjemnością.
Dopóki mieszkałam sama, było to dla mnie oczywiste, bo randkowanie nie miało na to żadnego wpływu  i nawet nie wiedziałam, że mam to taki silnie rozwinięte. Dopiero wspólne zamieszkanie to pokazało, gdy warczałam, że mnie nie ma. Nie warczę już od lat. M. wie, kiedy mnie nie ma. Znikam.
Kocham czas dla siebie i ze sobą. Pogadać, pomyśleć, dowiedzieć się, co u mnie. Takie tam ploty w 4 oczy okularnicy. Chociaż w tym czasie patrzę w niebo, albo mam zamknięte oczy.

(...)

Lubię igrać z losem, ale on ze mną też.
Nie wiem czy lubię dostawać propozycje, które chcę odrzucać. Nie. Nie lubię. Lubię dostawać takie, które z radością przyjmuję.
Te pierwsze zdarzają się zbyt często. Szczególnie w zakresie pracy. Nie lubię odmawiać, bo może za kolejną i kolejną odmową stoją jakieś stracone szanse. Nie chcę się nad tym zastanawiać. Tzw. klęska urodzaju. Niektórzy nie mogą znaleźć pracy, a ja mam nadmiar propozycji.
Pewnie dlatego, że nie szukam.
Tak bywa w życiu z wieloma sprawami. Jak nie chcemy, to jest przesyt, jak chcemy, to cisza i echo odbija się od ścian. Najlepsza jest obojętność. No i co zrobić? Nic. Wiem zbyt doskonale, na czym polega moja wyjątkowość, bo od lat nad nią pracuję, ale się nie rozdwoję.

Co jakiś czas słyszę - jedź do pracy zagranicę, marnujesz się.
Drażni mnie to. Umniejsza irytująco Polsce. Dla mnie, z mojego punktu widzenia, byłaby to porażka. Bo bym czuła, że nie udało mi się osiągnąć tego żyjąc w Polsce. Akurat w tej branży, w której pracuję, powinno być to możliwe, a poza tym, nie zamykam się tylko na tym i działam w innych dziedzinach. Ba, spełniam się na różnych polach.  (W czerwcu już mam nadzieję, że wrócę na salsę. Orbituję z tęsknoty.)
I po co miałabym wyjechać?
Jeszcze większa kasa? No tak. W końcu jestem materialistką. Większość moich marzeń w tej chwili czeka na finanse. Wszystkie podróże, od kolei Transsyberyjskiej po upragnioną Kubę, żeby w końcu zatańczyć na niej salsę, to kasa i to taka konkretna, bo w namiocie spać nie będę.
I co? Przecież wyjeżdżając zagranicę mogłabym się mocno do tych marzeń przybliżyć.
Tak. Ale oddaliłabym się od tego, co kocham. Co innego, gdybym miała pojechać za M. Zrobiłabym to, bo mogę pracować wszędzie, taka praca, ale gdybym miała jego tu zostawić i zostawić tę firmę i... Nie.
Kocham jeździć zagranicę, ale z punktu "Gdańsk - dom". I tu wracać. Nie inaczej. Nie teraz. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale na dziś nie widzę tego rozwiązania.
I drażni mnie jeszcze to wspominanie o ostatnim dzwonku. Nie patrzę na życie tymi kategoriami. Po prostu. Każdy mierzy swoją miarą, a ja mam taką, że nie mierzę czasem. Nie tak.

A marzenia? Hm, jakoś tak mam w życiu, że i tak mi się spełniają. One są dla mnie ważne, naprawdę, bardzo często widzę siebie na ulicach Hawany czy w ciasnym przedziale kolei. Wręcz czuję to. Poczekam.

Mam też taką dewizę, która jest dla mnie bardzo ważna - jeśli coś o czym marzę ma dać mi szczęście i faktycznie spełnienie, to niech się spełni. Jeśli nie, to ja tego jednak nie chcę.
Dlatego nie gonię marzeń za wszelką cenę z pełnym wyrzeczeniem czy poświęceniem. 

Wiele, wiele razy spełniło mi się na tej dewizie tak wiele marzeń, mniejszych i większych, przez całe życie, bo myślę takimi kategoriami od kiedy pamiętam, że nic na siłę. Jak na być, to będzie.
Na dziś  (kurcze, kolejny rok...) ta praca jest dla mnie tym, czego długo szukałam.

A marzenia są do marzenia.
Szczególnie Marzeny ;-)

Dopijam wino i idę. Dość tego blogowania.
To był kolejny dzień.... Obecnie trwa festiwal kultury Azjatyckiej, a w tym wypadku Japońskiej i chciałabym się wybrać chociaż jednego dnia... Ale jednocześnie mam też propozycję wyjazdu na weekend (no w tą pogodę to cudo) i do tego jeszcze jest Tweetup, na którego po raz kolejny nie wiem czy dotrę.
Nie wiem.

Jak to mawia Scarlett - pomyślę o tym jutro.

 Kolejna ciepła noc przed nami. Cudownie :-)