3.7.13

Moja mała Toskania


 Dziś zabiera mnie M. Wsiadam do samochodu. Wyłączam myślenie o pracy. Jedziemy do domu, rozmawiając o bieżących sprawach. Głowę mam już zmęczoną.
- Jedźmy na Kaszuby - mówię 
- Teraz? - uśmiecha się 
- Tak. Teraz - i twarz mi się rozpromienia na samą myśl ucieczki.




Kaszuby to magia. Naprawdę. Jakieś 15-20 min. od Gdańska mam obszary, które są niebywałe. Jakbym wchodziła do szafy i lądowała w Narnii. Ta otwarta przestrzeń nad bezmiarem lasów i jezior, te chmury, te domy i kombajny i widoki. I ludzie.

Z każdym kilometrem czułam coraz bardziej, jak mi dobrze. Jak mi lepiej. Pierwotny pomysł - jedziemy na pizzę do Kościerzyny. Co jakiś czas tak robimy. Tak po prostu. Mamy taką naszą pizzerię przy rynku.
Tym razem po prostu chciałam na Kaszuby. Na chwilę. To wystarczy. Zapewniam.

Jedziemy.
- A może pierogi? - mruczę patrząc na mijany szyld jednej z wielu, pierogarni.
Nie wiem, czy to już jest widoczne w Polsce, ale na Kaszubach jest wręcz królestwo pierogów. Wszelkiego rodzaju. Jedne lepsze od drugich. Nie można chyba trafić na Kaszubach na nieciekawe pierogi w dedykowanych pierogarniach. Bardzo mi się ta rejonizacja pierogów podoba, chociaż pamiętam, że w lubelskim też mają pyszne. W każdym razie, na Kaszubach pierogi smakują doskonale. Szczególnie, że można spotkać wyjątkowe mieszanki smaków. Fantazji nie brakuje. I sam klimat pewnie wpływa na smak. Na pewno :-)




Pierogarnia w piwnicy 

Pierogarnia w Zielonej Bramie w Przywidzu (okazuje się, że chyba te pierogi można dostać też w Sopocie, chociaż nie znam mechanizmu, w każdym razie smakowały jak świeżo lepione. I o to chodzi)

Polecam gorąco pierogi z kaszą, (twarogiem) i miętą. Są rewelacyjne!
M. jest wiernym pierogom ruskim. Podobno też były dobre. 


Wypad ok. 2-godzinny, niby nic i niby nie daleko, a czuję się jak nowonarodzona, jakbym spędziła dzień w psychicznym SPA.
 I na tym polega dolce vita.