21.4.14

40+ weź się ogarnij

(Prawie) 40 lat minęło.

I co z tego?


Wpis zainspirowany hasłem "w moim wieku".
Mam alergię na te słowa. Ty też miej.



Coraz krytyczniej patrzę na moją grupę wiekową, czyli mocno 35+ i z okazji świąt, oraz po spacerze w deszczu, mam wenę, aby jej nawrzucać za zrezygnowanie.





Gdy miałam 18-19 lat, uważałam, że jako 40latka będę szefować przynajmniej koncernowi na miarę Coca-Coli, albo będę najbardziej poczytną pisarką, czy też moje obrazy będą wisiały w MoMa, a ja będę się przemieszczać między kontynentami, jak obecnie między ulicami Gdańska. To była zaleta życia  zagranicą. Tam wszyscy byli mi bardzo przychylni i dzięki artystycznemu środowisku, w którym spędzałam mnóstwo czasu, nie znałam słów "nie da się" i nie było zbyt szalonych marzeń. Tak, oczywiście przywiozłam to ze sobą.

Wróciłam do Polski ze względów dalece prywatnych i osobistych. I gdyby nie choroba, która ze mnie po prostu przez wiele lat wysysała życie i pakowała strach przed bólem, pewnie byłoby dziś jeszcze inaczej, ale taką wymówkę ma każdy. Na pewno jednak nie zagrzebałabym tylu szans. Przez chorobę się po prostu bałam niektórych wyzwań. Bardzo długo. Po prostu się bałam, przez co pewnie byłam strasznie i nieznośnie uległa, co mnie dodatkowo raniło. Nie umiałam znaleźć w sobie siły na bycie konsekwentną i przebojową, jak z czasów sprzed choroby. Myślałam, że z uległością uda mi się przemknąć przez życie. Nic bardziej mylnego. Uległość to filozofia z krótkim lontem i bolesną eksplozją małych mikro wybuchów wymierzonych w ego. Na szczęście los to jakby wie, i daje kolejne i kolejne okazje. Stracone szanse wracają.

Pierwszy szok był parę dni po mojej 30tce, gdy okazało się, że rozstaję się z ówczesną firmą. A byłam pewna, że tam jestem już na "pewnym". Serio, tamto zaskoczenie było spore. Zmusiło mnie praktycznie do zaczynania od nowa. Moim problemem było to, że przez chorobę ja bardzo chciałam mieć spokój. Paradoksalnie byłam przy tym pracoholiczką. Gdy pojawiła się nowa praca, to znowu mnie uziemił na parę miesięcy szpital. Potem jednak okazało się, że "czekali na mnie" (czytaj: nie znaleźli nikogo na to zaszczytne miejsce, nikogo tak dobrego, oczywiście ;-). Pracowałam tam kilka lat, ale "korporacyjne" struktury mnie duszą. Uciekłam, chociaż myślę, że to też była doskonała szkoła życia i mimo wszystko, dobrze, że tam byłam. Tam nauczyłam się, że zaczynanie od nowa to nic strasznego, ale też wiem, że gdy będę chciała, to już na własne życzenie, jak dawno temu.

Kolejny przełom, już właśnie na moje życzenie, w dużej mierze też dzięki trafieniu na slow life, ale też dzięki różnym ludziom, których uważam za inspiracje i mentorów. Czyli zmiany zaczęłam wprowadzać  mając ok 34 lata. Ludzie stukali się w czoło. Rzuciłam pracę na etacie w renomowanej firmie. I przez rok szukałam sobie nowego miejsca. Myślałam, że będzie łatwiej. Nie było. Czyli to nie kwestia wieku. Potem trafiłam tu, gdzie jestem teraz, odbiłam się zdrowotnie i odbudowałam siły witalne. Mam 38 lat i olbrzymi apetyt na życie.

Ostatnio mamy  z M. sporo do czynienia często z dużo młodszymi od siebie i... nie czuję tego. Ba, nawet mi to odpowiada, bo oni przynajmniej nie zrzędzą jak moi rówieśnicy. Fajne to jest, bo działamy na siebie inspirująco. Ja im podpowiadam, jak mieć dystans np. do szefów, którzy są często w moim wieku, a przy nich biorę też głęboki oddech, bo oni po prostu nie noszą ze sobą bagażu doświadczeń. Ba, ja też  go nie noszę. Mam w szafie ze 4 wielkie walizki doświadczeń, ale nadal zbieram kolejne i nie taszczę ich ze sobą. Z tych poprzednich wyciągnęłam tylko to, co ważne i  lekkie - wnioski. Serio, to gadanie "czego to ja nie przeżyłam". Ojejku. No i? Pochwal się i idź dalej. Opowiadaj na bieżąco, bloga załóż, książkę napisz. Podziel się, a nie rób z tego kamienia u nogi. Idź dalej. Nieważne ile masz lat. Serio, nie ma to żadnego znaczenia. To tylko cyfra. Tylko się nie użalaj i nie rób z tego wady, bo to irytujące. Jak się czujesz staro, to idź z tym do specjalisty, psycholog może pomóc.

Co będzie dalej? Nie wiem. Jest kilka scenariuszy, które dziś widzę, jako realne, ale jak poznałam życie - te rzeczywiste akcje, które się dzieją, jeszcze dziś nawet nie przyszły mi do głowy, ale jest duże prawdopodobieństwo, że będą to znowu spełnione moje kolejne marzenia. Bo ja tak mam. Moje marzenia się spełniają. Daję im szansę.


Naprawdę wiem jedno, trzeba marzyć i chcieć. Planować i realizować to, na co mamy wpływ (czyli np. nauka języków obcych, czy ćwiczenie jakiś umiejętności, praca nad sobą) i.. żyć. I najważniejsze = nie myśleć o sobie NIGDY w kategoriach wieku. Nieważne ile się ma lat.

Pamiętam, że gdy byłam nastolatką, uważałam, że jeszcze wiele muszę się nauczyć i jestem za młoda na to czy tamto. W czym tkwi dowcip? Dalej tak uważam, chociaż już trochę więcej umiem. Heh. Myślę, że nie można się samemu sabotować. Dalej szczerze uważam, że wszystko przede mną. Szczególnie po wypadku, jakby te obroty w poślizgu przewietrzyły mi głowę i wyzwoliły bardzo dużo odwagi i apetytu na życie. Jeszcze bardziej, niż miałam. Intensywniej.

Oczywiście w tym podsumowaniu zmian w życiu pomijam wiele rzeczy, ale chcę podkreślić, że nie ma sensu opieranie się na "pewności" i na "wieku". Te dwa czynniki są najbardziej zgubne.

Nie szukaj absurdalnych wymówek. Wiek jest najgorszą. W czymkolwiek. Bez wyjątku. I tego się nauczyłam po sobie i innych.


Jak wspomniałam, w programie "Project Runway" dość szybko odpadły dwie kobiety koło 40tki. Doskonale rozumiałam decyzję jury. One nawet mnie irytowały swoim brakiem wiary  siebie, w swoje umiejętności nie mówiąc o kreatywności. Zachowawcze do granic wytrzymałości, chociaż kompletnie niepotrzebne, bo obie miały potencjał. Zrezygnowane, jakby szczytem ich marzeń był udział w programie, a nie zostanie projektantem, ba, kreatorem. Potwornie mnie to w nich irytowało. A trzeba pamiętać, że kilka osób wśród jury czy gości jest również w tym wieku i ich to po prostu musiało drażnić.


Bardzo nie lubię, gdy ludzie koło 40 i dalej użalają się nad sobą pod kątem wieku i rzekomo ograniczonych z tego powodu możliwości i że młodzi mają łatwiej. Serio? Miękkie faje, weźcie się za siebie i nie róbcie wstydu naszej grupie wiekowej. Przestańcie się bać.


Hej, 40+. Weźcie się za siebie i zróbcie coś sensownego. Jesteście nadal młodzi,  więc przestańcie biadolić i zadziwcie świat, albo chociaż siebie.


Czekałam jakieś 20 lat, żeby wam to powiedzieć, bo nic się nie zmieniło. Zbyt wielu 40olatków użala się nad sobą i swoim wiekiem od zawsze. I jeśli to tylko cecha, to zmieńcie ją, to totalnie passe. 



Oczywiście jest mnóstwo ludzi, którzy doskonale idą do przodu i ich ten wpis nie dotyczy.  Co ważne, nikt nie musi imponować mnie, bo mi ciężko zaimponować, ale ważne, żeby być z siebie i swojego życia, swoje drogi, zadowolonym i iść do przodu, bez tego biadolenia na wiek. Dobrze, że takimi osobami wypełnia mi się z reguły głowa, gdy myślę o 40+. Ten wpis jest dla całej reszty, która z wieku robi sobie wymówkę na nieudolność i lenistwo. Nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić, albo zacząć od nowa.