18.4.14

Nice

Czasami mam wrażenie, że na tym blogu robię wrażenie bardzo miłej osoby.




Nic bardziej mylnego i o tym też co niektórzy się już przekonali i wiedzą ludzie, którzy mnie znają. Bywam bardzo nieprzyjemna. I co więcej: uważam, że to normalne, bo chore jest dla mnie nie reagowanie w danej sytuacji, tylko odreagowywanie potem.  Pewnie, że są okoliczności, że po prostu nie ma opcji, żeby zareagować zgodnie z naturą, ale im może być ich mniej, tym lepiej.

Nie znam człowieka, dopóki widzę go tylko w wersji: miły i grzeczny. Jeśli widzę go tylko w takiej wersji, to po prostu czekam (nie jakoś intensywnie). Jeśli poznam go od razu w okolicznościach niemiłych, to już może być tylko lepiej.  Dwie najlepsze przyjaciółki połączyły ze mną wiele lat temu... kłótnie na "dzień dobry". Nie mówiąc o facetach, gdzie ci najważniejsi zaczynali znajomość ze mną od niemiłych wstępów (tak wyszło). Do dziś mam ich za bezczelnych buraków, w tym mojego M, którego pierwsze słowa do mnie brzmiały - jak ja nienawidzę blondynek.
I tyle. Podszedł, powiedział to i odszedł, nie czekając na moją reakcję, której nie było, bo mnie wmurowało. Burak i cham. Jeden. Anyway. Odbiłam potem i odbijam do dziś. 

Bywam nieprzyjemna, pyskata, wulgarna, klnę jak szewc czasami wstawiając w zdanie więcej przekleństw niż słów właściwych. Ustnie. Pisemnie tego nie zrobię, bo gdy jestem w takim stanie, to nie mam czasu na pisanie.

A to jest blog i oczywiście zarządzanie słowami czy emocjami w takim miejscu jest banalne, szczególnie, że to moja oaza i wchodzę tu z pewnym nastawieniem. Chociaż przez to, może niepotrzebnie, pokazuję się jako osoba dalece życiowo uporządkowana, na najwyższym stopniu samokontroli  i zen, podążająca ze słońcem we włosach i pieśnią na ustach w stronę spełniania marzeń. Nie jest tak, na pewno nie do końca.  Miewam naprawdę różne dni, nastroje i sytuacje, które budzą również negatywne emocje. Serio. Po prostu o tym z reguły nie piszę.

Może zacznę.
A może nie, bo nie wiem, niby jak, ale zobaczę, co mi ten mój odrodzony cynizm przyniesie :-)

W każdym razie, bawi mnie, gdy nowo poznający  mnie ludzie odbierają mnie prawie jak hello kitty. To urocze. No może jest to o tyle normalne, że zachowuję się w miarę adekwatnie do sytuacji i nie wybucham w niekontrolowany sposób. Bo miła jestem TEŻ. I to bardzo. Ba, bywam kochana, słodka, ciepła i opiekuńcza. Bywam wszystko. Jestem slow.
Chyba bym oszalała sama z sobą, gdybym była jakaś bardziej jednostajna. Lubię siebie za tę różnorodność i to bardzo. Chociaż na pewno nie mam ADHD, bo nie mam problemu, żeby się zainstalować w jednym miejscu i robić jedną rzecz, a nawet to lubię. 

Niemniej, powtórzę, zaczynam ufać człowiekowi (tak poważniej) dopiero wtedy, gdy widzę jego pełne spektrum emocji. Dopiero wtedy widzę, jaki jest. Gdy widzę złość, gniew, smutek, a nie tylko uśmiech. Gdy przeżyjemy razem takie chwile, to jest ok. Albo i nie, ale wtedy wiem, na czym stoję. Jeśli się okazuje, że ktoś jest naprawdę wiecznie miły, a potem płacze w kąciku, to... hm. Nic tam po mnie. Ja potrzebuję emocji, bo je rozumiem. Jak ktoś jest aż tak nieasertywny, to ja się gubię.

A jak wybucham, to piszą o tym w gazetach. Na Grenlandii ;-)

Życie slow nie jest pozbawione emocji. No moje na pewno nie. Gdy siadam do bloga, to z reguły jestem już po prostu wyciszona i na fazie #chill. Ale to przecież tylko jeden z etapów dnia.
Proszę nie brać mnie za "miłą" ;-)

Czemu o tym piszę? Bo całe życie, gdy ktoś mnie zna tylko w takiej "miłej" wersji, czyli nie widział mnie np, złej, to potem jest w szoku. Totalnie tego nie rozumiem. Tak samo jak nie rozumiem, jak można tłamsić emocje i odreagowywać je POTEM, zawsze. Albo brać je "na chłodno". Nie. Ja jestem choleryczką. Moje emocje, to ja i eksponuję je jak ekshibicjonistka, gdy tylko się da.

A czemu wcześniej o tym nie pisałam? Bo jak jestem "w trakcie" to nie myślę o wchodzeniu na bloga, bo jestem zajęta przecież, a gdy jestem już "po" no to też, bez sensu.  W końcu odreagowałam wcześniej.

Więc jeśli ktoś myśli, że jestem miłą i opanowaną i spokojną osobą, to znaczy jedynie, że mnie od innej strony nie zna i zapewniam - może to i lepiej.


Ja żyję slow, a nie jak na prochach na uspokojenie, które czasami faktycznie sprowadzają mnie na Ziemię, bo orbitowanie mam w naturze :-)

Także mam nadzieję, że rozwiałam wszelkie złudzenia w tym względzie. Gdyby ktoś chciał się przekonać, jak to jest, gdy jestem niemiła, to nie ma jednego przepisu na to, bo muszę mieć też nastrój, żeby dać się sprowokować, ponieważ wiele sytuacji mam też po prostu gdzieś. 

Keep smiling ;-)



Kurde kiedyś sobie przypomnę, jak się malowało i rysowało, bo po 20 latach widzę, że jestem w przedszkolu. Nic to. Dobrze jest, obecne programy są po prostu bajeczne.


SP. A poza tym, kocham ludzi, z którymi da się pokłócić, podyskutować, nawet powyzywać, bo to jest... autentyczne. Oczywiście dotyczy znajomych.
Bycie miłym jest po prostu elementem życia w społeczeństwie, a kultura osobista nie może niszczyć nam zdrowia i jak trzeba, bo trzeba umieć pokazać środkowy palec, a nie się tylko głupio uśmiechać.