21.4.14

Świąteczny kalejdoskop tematyczny.


Przedstawiam świąteczny kalejdoskop tematyczny. 
Porządna dawka z pianką.




1. Biesiadowanie, czyli Święta - dwa razy w roku mamy zawody zmieszania jak największej ilości różnych potraw. Oczywiście robimy to, bo ciężko sobie odmówić. W końcu to orgia i rozpusta dla kubów smakowych. A jeszcze niektórzy (jak ja) mają taki przepych, że jedzą śniadanie z jedną rodziną w jednym domu, a obiad już z drugą, w innym domu. Późny wieczór już w domu własnym + pieprzówka i chill.
Zastanawiało mnie, co różni święta od innych spotkać rodzinnych. I to jest właśnie to. Rozwiązałam zagadkę ludzkości. Bywa. 

Czytałam, że w święta, dla większości kobiet ważny jest aspekt religijny, a dla facetów właśnie fakt spotkania z rodziną i jedzenia. W ilu domach przy stole rozmawia się o zmartwychwstaniu Jezusa, czy jego narodzinach (w przypadku Bożego Narodzenia). No właśnie. Ale też umówmy się - ile można rozmawiać o tym samym? Już chyba wszystko zostało powiedziane? Ew. możemy czekać na nowe wiadomości w tym temacie, ale słabo to wygląda. Co prawda national geographic z lubością emituje przed każdymi świętami materiały, o różnych zatajanych faktach z życia Jezusa czy innych postaci Biblii, jak chociażby to, że wg różnych zapisów Maria Magdalena była rzekomo żoną Jezusa i historia św. Graala nie dotyczy naczynia, a potomka. Handle with it. Zapewniam, mnie to jest dalece obojętne, a nawet by mnie to ucieszyło. Albo zastanawia mnie, dlaczego nikt nie zapytał Jezusa, jak wygląda życie po śmierci? To są dla mnie faktycznie świąteczne tematy, ale przy świątecznym stole nie da się ich oczywiście poruszyć. No to zjedzmy coś.

I dlatego kochamy Pieprzówkę, która pozwala nam to wytrzymać i delektować się pysznościami do końca dnia.
Następnego też. Właśnie zaczęłam dzień sernikiem z kawą. #pycha. Sernik mojej teściowej to poezja.

2. Pozostając w temacie Bogów. Percy Jackson na wieczór, jak znalazł. Oczywiście widziałam go już z 3 razy, ale Olimp również mnie nie nudzi, dopóki nie mam go za dużo. Przy tak pełnym brzuszku chcę prostego przekazu i dobrych efektów.

3. Przerwa na Project Runway.
Powinnam o nim napisać osobno, bo to jeden z moich ulubionych programów, ale napiszę teraz. Project Runway. Lubię już samą czołówkę, gdy Anja Rubik mówi "To jest project runway" i czuję prawie Nowy Jork, Paryż czy Mediolan (no oczywiście, że się uśmiecham, ale Ajna ma już w sobie światowość i nie ma co z tym dyskutować). Telewizja lubi robić mody na... (Oczywiście na zachodnich licencjach sprzed 10 lat, ale jednak). Np. było już gotowanie, sprzątanie, taniec, śpiewanie, odkrywanie talentów itd. Teraz mamy modę na projektowanie.

Lubię Project Runway. Serio. Przede wszystkim ze względu na dwa aspekty - artystyczny, bo większość bohaterów jest dla mnie artystami i są wg mnie projektantami i naprawdę pokazują coś ciekawego, a na pewno pokazują świetne wychodzenie poza szablon, to druga sprawa, że bardzo polubiłam bohaterów. Niektórzy z nich to naprawdę świetne osobowości. Moja ulubienica - Liliana za podejście i projekty, albo arogancki Jakub (i bardzo dobrze!), Maciej, który rozkłada zachowaniem, czy Piotrek, który mógłby robić szkolenia, jak mieć idealne poczucie wartości i nie mieć kompleksów (chociaż jego styl jest dla mnie z innej galaktyki, co nie jest żadną wadą).
Niestety kilka osób, które odpadły było właśnie przykładem krawcowych, w sensie "odtwarzacza". co  w tym programie nie ma racji bytu. Odwaga tylko do pewnego momentu i  w oparciu o sprawdzone szablony. Najbardziej zirytowały mnie dwie babki, koło 40tki. Obie odpadły, ale same się o to prosiły. Nie mogło być inaczej, skoro podkreślały, że są krawcowymi, a do tego w takim wieku. Irytowały tym nie tylko mnie, ale też jury. Wstyd. To poddanie ludzi koło 40tki mnie czasami doprowadza do szału.

Oglądając ten program zadaję sobie jeszcze jedno pytanie, które rozwinę też kiedy indziej - jaka jest droga do bycia projektantem, i dalej, do kreatora mody. Od projektanta, do kreatora w ogóle. Porozważam to niebawem.

4. Na noc zaserwowałam sobie - z kinoplexu - oskarową "Adaptację" z Cagem oraz Streep (i to dlatego, że kocham oboje jako aktorów). Bardzo nie przepadam za filmami z narratorem i ten nie jest wyjątkiem. Przyznaję jednak, że ma kilka scen, które bardzo dają do myślenia, czyli mimo ciężkostrawnej całości, jednak warto było się przemęczyć. Kwestia pasji, hobby, celów w życiu... ale też pisania scenariusza, czy książki. Kiedyś tu do tego wrócę a w między czasie oczywiście można się z nim zmierzyć. Uprzedzam, że sama zasypiałam na nim 3 razy i dopiero za 4tym doszłam do końca.

Nic to.

Pora na sałatkę.

To jest fajne, że po każdych świętach nasza lodówka pęka w szwach. Przez jakieś 3-4 dni będziemy tylko otwierać drzwiczki i zastanawiać się.. co by tu dzisiaj zjeść?

:-)