10.4.14

Delegacja

- Kocie, co ty wyprawiasz? Wypuść mnie - mówię rano, do zwierzaka, który barykaduje drzwi całym ciałkiem. Nie wiem, o co mu chodzi. Podnoszę go i odstawiam kilka razy. W końcu się poddaje.
- Kot nie chciał mnie z domu wypuścić - mówię zapinając pas pasażera.







Prawie cała podróż przebiega w zatkaniu. Jak mało kiedy wszędzie są kolejki. Korki. Dobrze, że cel  podróży został zrealizowany. Wracamy. Pogoda jest nadal wiosennie zmienna. Szachownica deszczu i słońca. Patrzę przez okno. Z lewej zupełnie ciemno, na prawo jasno.
- Gdzie my jedziemy?  Tak gdzie ciemno czy gdzie jasno? - pytam
 Towarzysz podróży nic nie odpowiada. Uśmiecha się
-No tak. Jedziemy przed siebie. Proste - patrzę na nitkę drogi przez nami.
Wjeżdżamy na Amber one. Już blisko domu, a autostradą jeszcze bliżej.
Cały dzień słuchamy Trójki. Dobra stacja. Na podróż idealna. 
Znowu pada deszcz. Hm. Zaczyna lać, jakby ktoś stał nad nami z wiadrem. Widoczność jest dla mnie beznadziejna. Dobrze, że jestem pasażerem. Ciemno, ulewa, to nie dla mnie.
Ściana deszczu się kończy... ale szarpnęło samochodem
- Ocho, mamy poślizg   - pomyślałam. Kolejne szarpnięcie. Slowmotion. Czas zaczyna biec w bardzo, bardzo zwolnionym tempie. Płyniemy. Uderzenie w barierkę. Odbija nas. Zamykam oczy i myślę tylko - o Boże.
Zamieram. Czuję obrót. Czekam. Czekam aż przestaniemy się kręcić i... znowu uderzenie. Czekam. Cisza w głowie. Zupełna cisza. Czekam. Ciało bezwładnie leży przypięte w fotelu. Czekam. Czysta postać przerażenia. To chyba kolejny obrót.
Stajemy. Czekam. Cisza.
Nie otwierając oczu pytam - żyjesz?
- Tak, a ty? - słyszę w odpowiedzi.
- Tak.












Otwieram oczy. Jestem cała. Patrzę w bok. On też. 

- Jezu, żyjemy.


(...)

Strażacy są jak anioły. Gdy siedziałam w ich wozie zagląda kolejny
- Jak się Pani czuje?
- Całkiem ok
- To dlaczego trzyma się Pani za twarz?
- Bo się cieszę, że żyję
- To jak my wszyscy tutaj
Policjant patrzył z ulgą.
 - To trzecie takie zdarzenie w ciągu 2 godzin.
Przez ok godzinę, którą z nami stali, ogarniając wszystko, słyszałam kolejne zgłoszenia.
Facet od lawety miał niezłą zagwozdkę, żeby wyciągnąć samochód spod skarpy. Już nie czekaliśmy.

Po powrocie długo stałam wtulona w M.


(...)

Dziś mam tylko silny szok pourazowy i L4. Nie chciałam,  ale lekarz, do którego poszłam dziś rano, żeby się upewnić, że jednak jest faktycznie ok, powiedział, żebym się nie wygłupiała. Mam poobijane nogi. Boli mnie głowa. Ale to jest totalnie i zupełnie nic.

Szczęście.
Nigdy się tak nie cieszyłam, że żyję


Zdrzemnę się jeszcze.


Bez zdjęć samochodu, bo chcę ten widok zapomnieć.