1.4.14

Zagięcie czasoprzestrzeni

http://pl.wikipedia.org/wiki/Zegar_s%C5%82oneczny


Ja doskonale wiem, że czas jest względny. Spoko, serio. Rozumiem, ogarniam. Ale umówmy się, zmiana czasu zimowego na letni  i odwrotnie jest totalnym kosmosem dla zegara biologicznego.





Mam to szczęście, że mnie czas nie goni. Nawet nie noszę zegarka, bo moim życiem w 90% kierują zadania, a nie godzina.  Tak, wiem, mam zajebiste życie i tak, doceniam to każdego dnia. Nie może być inaczej, bo nie byłabym slow i ten blog nie miałby racji bytu, gdyby moje życie nie było zgodne z podstawowymi założeniami. Prawda? No jasne. Pośpiech jest dla totalnych desperatów (kiedyś o tym napiszę, jak z mojej perspektywy wygląda człowiek, który się spieszy i dlaczego to taki smutny widok).

O ile zmiana czasu na zimowy jest ok, bo po prostu mamy godzinę zapasu, o tyle zmiana na czas letni mnie osobiście tę godzinę zabiera i przez pierwsze dni będzie mi jej bardzo brakować. To właściwie jedyny okres, gdy czuję potworny niedoczas i nie mogę się znaleźć sama ze sobą.

Jak sobie z tym radzić? Nie mam pojęcia. Nie radzę sobie i po prostu płynę w poczuciu zagubienia gdzieś między czasami w odmętach czasoprzestrzeni :-)

Ostatni miesiąc wychodziłam z domu po 7:00 i padałam spać po 21:00. Przez ten miesiąc żyłam bardzo równo razem z M. Faktycznie dzień inaczej przebiega w tych godzinach. W jakimś takim slowmotion. Jakby obok. Dla mnie to było wręcz eksperymentalne, bo jestem i zawsze byłam sową, czyli nocnym Markiem.

W marcu postanowiłam spróbować być skowronkiem. Tak nieprzytomnego skowronka chyba ciężko spotkać, ale jednak dawałam radę i byłam nawet z siebie dumna, że tak dzielnie wstaję rano, skoro świt i ten dzień był jakiś taki inny Traktowałam to dosłownie jak eksperyment naukowy i obserwowałam siebie samą z boku. Było całkiem ok. Serio. Ale po tym, gdy mi godzinę zabrano, to nie jestem w stanie tego kontynuować. No nie ma mowy, żebym wstawała ok 5tej (starego czasu) i normalnie funkcjonowała. Dziś się poddałam się i wracam do swojego normalnego trybu życia, bo po prostu fizycznie mam dość.  Chcę mojej normalności. Więc ją sobie wezmę.

Po co to wszystko było? Bo dzięki temu znowu więcej czasu spędzałam z M., ponieważ on jest skowronkiem i to takim ekstremalnym. Gdy nasze zegary przez ten czasy chodziły równocześnie, to jakoś... Fajnie było. Może kiedyś to powtórzymy.
Ale nie o 5 rano. To dobra godzina na seks, a nie pobudkę. Nawet nie na pobudkę seksem. Wyłącznie, na seks między jednym snem a drugim.

Wracamy do wymijania się i spotykania w przelocie i tego poczucia, że ciągle za sobą podskórnie tęsknimy i gdzieś tam na siebie czekamy, żeby spotkać się w jednym miejscu, czasie i nastroju.
Tak, my się całe małżeństwo umawiamy, pomijając spontany, bo po prostu bez tego się totalnie rozmijamy. Spotkaliśmy się kiedyś chyba tylko dlatego, żebyśmy mogli zostać parą, która się potem dalej będzie rozmijała i spotykała w przelocie. 

A w tej brakującej godzinie można było tak wiele.