6.4.14

Frog of my life


Wiosna. No po prostu wiosna. Ten zastrzyk pozytywnej energii był potrzebny chyba nam wszystkim. Nie dość, że gniazdo na kościółku koło mojej pracy zajęła para bocianów i znowu mogę na nie zerkać w ciągu dnia, to dziś jeszcze miałam akcję pt. Żaba. Wraca życie.





Generalnie od pobytu w Zakopanem mam założenie - jak pokonam pewne schody bez ani jednej przerwy na uspokojenie oddechu, w dobrym tempie, to będę chciała wrócić w góry i przerobić je konkretniej. M. to wie i obserwuje z uśmieszkiem moje postępy, nawet mnie dopingując. Dżizas. Biedny :-) Dziwne to jest, bo naprawdę moje ciało mnie pozytywnie zaskakuje. Mimo już ponad 2 miesięcznej przerwy w zajęciach (borze, jak ja tęsknię za salsą i cardio i stretchingiem, ale mam cichą nadzieję, że już w maju będę mogła wrócić), cały czas staram się utrzymywać ciało w ruchu na świeżym powietrzu, bo uzależnienie od sportu nie mija tak prosto, nawet u amatora. Jeśli chodzi o góry, to czekam, aż przestanę wewnętrznie panikować z powodu nadmiaru tlenu przy szybszym biciu serca i oddechu. Mhm, jak mieć paranoję to konkretną, ja mam taką ;-) Najważniejsze, że kondycja mi się poprawiła i jestem z siebie dumna, bo szczerze mówiąc, nie wierzyłam, że to tak do końca możliwe, bo nie działam wg jakiegoś planu. Właściwie i tak jestem na początku, bo zaczynałam kiedyś od poziomu -1293, bez cienia wiary w siebie i z poczuciem poziomu żenady, ale za to z cieniem chęci, żeby to zmienić (i do dziś dziękuję bogom, że trafiłam na takich a nie innych instruktorów).
Teraz jestem w okolicach własnego zera. #yay. Przynajmniej nie mam zakwasów po 2-3 godzinach. Jest moc, ale i tak jest panika i to za każdym razem. Męczące samo w sobie, ale cóż, no czekam, aż minie, bo chyba minie? ;-)

Dziś było o tyle dziwnie, że trafiliśmy na migrujące żabki. Czytałam o tym w wiadomościach trójmiejskich, ale nie sądziłam, że będą też tu, chociaż właściwie nie wiem dlaczego, w końcu mamy obok kilka stawów naturalnych i retencyjnych, park, drzewa, strumyki. To muszą być i żaby.

W każdym razie biegnę dziś sobie radośnie z kitkiem rozbujanym na wietrze (dla M. to po prostu lekko szybki marsz, ale on jest jakiś inny i ma kondycję wikinga) i nagle słyszę jego - Stój! Nie ruszaj się!  No stóóóóój!
Zamarłam.

Odwracam głowę, patrzę pod nogi, a tam mała żabka. Wzięłam ją w dłonie, bo chciałam zanieść ją do stawu kilka kroków dalej, ale uciekła i nie miałam sumienia jej dręczyć. Tak czy inaczej, ujmująca delikatność tego maleństwa mnie wzruszyła. Naprawdę mieć w dłoni tak małe stworzonko, robi wrażenie i niezmiernie rozczula.
Potem natrafialiśmy na nie ciągle i wszędzie, ale tamtą będę pamiętać. Taka sytuacja. Rozczuliła mnie żabka. Well. Chwytanie chwili. Po prostu. Czyste piękno natury.

Czyż to nie jest slow?
Hell yeah ;-)

I ta wiosna. Można? Można.
Ba, jak widać można cieszyć się z osiągnięcia poziomu zero.