16.4.13

Kwiecień miesiącem b(l)ogów

Wspomnę. 



Czyli blogosfera jako galeria sztuki.









Kwiecień 2005 zakładam mima. Wrzucam jakieś pierwsze notki. Właściwie bez specjalnego zaangażowania, bo to nie pierwszy blog. Jestem w trakcie wygaszania innego, o zupełnie innym charakterze. Powstaje najprostszy nick: ml76 - inicjały i rocznik. Nie mam weny tego dnia. 
Wrzucam jakieś pierdoły. I tak zostało. 
MIM przechodził wszystkie możliwe fazy blogowania. Od początkowej obojętności i sporadycznych wpisów, przy których właściwie nie wiedziałam po co to robię, przez fazę względnej popularności (linkowanie przez bannery gg - do dziś nie wiem, kto za tym stał, przez linkowanie przez gazeta.pl. i linkowanie na dziesiątkach blogów, przez innych blogerów. Pojawiały się propozycje wystąpienia w tv, nagrania serialu w oparciu o bloga i pierwsze reklamy i konkursy. Im bardziej było bez sensu i absurdalnie, tym było lepiej. Z perspektywy kilku lat wspominam to jak jakiś kosmos). Dla mnie to było zabawne i nie moje. Nie mój świat. Nie chciałam w to wchodzić, bo blogowanie było i jest dla mnie zajęciem na boku. Szacunek dla tych, którzy to czują. Nie stało się dla mnie sposobem na życie. I ok. Potem porzuciłam mim-a na jakieś pół roku. Prawie umarł. Odżył w jakiś okrojony sposób po Blog Forum Gdańsk (ta impreza i ludzie czynią cuda). Właściwie już nigdy nie wróciłam na dobre i dalej piszę tam sporadycznie, ale jednak piszę. Więcej nie potrzebuję. Kocham tego bloga i tak. Na dniach kończy 8 lat. Kurcze, mój mały blogasek ma 8 lat i jest hm samodzielny, nie potrzebuje mnie już tak bardzo... ;-) Na 10 lat małżeństwa, to jest niezły wynik. Jest moim zakątkiem wspomnień absurdalnych, przypominających mi, że moje małżeństwo to przygoda sama w sobie. Lubię archiwum. Piszę dalej z myślą o przyszłości i o tym, co będę czuła czytając to po latach. Śmiać się z siebie to sztuka. Podobno.

Druga była cobyeta, która powstała w lutym 2006. Nick wyszedł spontanicznie. Nie chciało mi się wymyślać. Zabawa słowem i poszło. Blog pisany głównie nocami i wieczorami. Tu czułam się kobietą inaczej niż na mim-ie. Bardziej poszłam w "ja" i "świat" niż "on". Ten blog był dla mnie tak samo ważny. Mało kto wiedział o wspólnym mianowniku w mojej osobie. Zamknęłam cobyetę w końcu na rzecz slow life, które powstało w kwietniu 2011 na bloxie (slow life). To było znowu coś nowego. Powstaje nick - l.marzena. Nie chce mi się wymyślać. Cobyeta ewoluuje w slow life. Przestaję to wszystko oddzielać. Dobrze mi ze slow life. Na tym etapie życia jest idealny, chociaż kto wie, co będzie za 10 lat. Ja nie :-) 

Kwiecień 2012. Przenoszę się z bloxa na bloggera, bo na bloxie nie da się pisać ani dobrze wrzucać zdjęć z tabletu. Slow life powstaje właściwie na tablecie. Na początku było to trudne, dziś wydaje się oczywiste. Idziemy z czasem. Powoli.

Kwiecień 2013. Dobrze mi tu i ciepło mi przy mimie i pierwszy raz od dawna, nie chcę nic zmieniać blogowo. Zajęłam się zmianami w innych dziedzinach życia, chociaż przy dzisiejszej chwili refleksji widzę, jak bardzo bliskie jest mi blogowanie.
Nie wiem, co kwiecień ma w sobie takiego, że właśnie w tym miesiącu powstały blogi, dla mnie ważne. Przez które czuję się blogerką z powołania. Bez powodu i bez celu. Bloguję, bo to część mnie. M. doskonale wie, że jak siadam do pisania, to można nie podchodzić. Wie, że jak robię zdjęcia, to przynajmniej kilka z nich wykorzystam czasami na blogu. Jak coś piszę w kalendarzu, to próbuję uchwycić myśl. Chwilę. Na bloga. Wyłączam się. Moje życie zmieniało się przez te lata diametralnie kilka razy. Bloguję. To wpisało się we mnie już dawno temu, nawet jeśli sama tego nie koduję do końca. Wcześniej i w tak zwanym między czasie było kilka innych blogów, które jednak nie zostały ze mną na dłużej. Z blogiem trzeba się poczuć. Prawda? No prawda. Jak ze wszystkim. Tak naprawdę założenie lub skasowanie bloga to banał. Pisanie, tworzenie go... trzeba to poczuć, bo to się pojawia właściwie na chwilę. Myśl o blogu to ułamki chwil. Trzeba je łapać. 

Patrząc na życie z perspektywy blogów można stworzyć sobie fantastyczną płaszczyznę. Punkt widokowy. Wejść. Wyjść.

To jest też najlepszy dowód na to, że wspomnienia, informacje, myśli, wydarzenia, możemy wyłapywać i zachowywać takie, jakie chcemy. Można pisać bloga opartego o przeżycia związane ze złymi i negatywnymi przeżyciami, można jednak je omijać i zachowywać to, co chcemy pamiętać, możemy pisać tylko z perspektywy obserwatora, albo komentatora. To, do czego chcemy wracać po latach, jak do albumu ze zdjęciami. I tak, jak chcemy to pamiętać. Nasza mapa wspomnień zależy od nas. Może być osobiście, może być bezosobowo. Autor każdego bloga, każdej notki i tak ma w pamięci coś, co się działo w okresie poszczególnych notek. Tak jak i czytelnik, który zobaczy nieraz zupełnie coś innego, niż pokazuję, bo jego myśli krążą gdzieś indziej, albo zobaczy dokładnie to samo. Dla mnie blogowanie jest tego najlepszym i niezaprzeczalnym dowodem. 

Pozdrawiam ciepło każdego, kto znajduje w blogach coś dobrego, motywującego, inspirującego, pouczającego, albo po prostu zwyczajnie potrzebnego. We wszystkich i w jakikolwiek sposób. Z każdej możliwej perspektywy. Anonimowo bądź nie. To z czasem nie ma żadnego znaczenia.
Blogi to blogi. Mój slow, to mój slow. Gdy zaczynałam, te słowo było jeszcze bardzo, bardzo niszowe. Wpisując w google "Slow life" można było znaleźć może 3-4 linki do pojedynczych materiałów. Blogów nie pokazywało żadnych. Dziś jest ich dużo. Znak czasów. Ciągle wyprzedzam czasy. Dobrze. Egoistka z przedawkowanym zajebizmem. Bywa ;-)

Myślę, że dla każdego blogera jego blog jest przede wszystkim jego wyspą. I to jest piękne. Im więcej, im różnorodniej i indywidualnie tym piękniej. Niech blogosfera będzie zawsze taka naprawdę nieszufladkowalna. Tak jak blogerzy, blogerki. Ta sfera jest fantastycznie kolorowa i różnorodna. Dla mnie blogowanie to najważniejszy świat równoległy, będący na przestrzeni tych lat dużą cząstką mnie. Czy któryś bloger tak nie ma? ;-) Moja Narnia.

Blogosfera jest najbardziej współczesną formą sztuki, chociaż na pierwszy rzut oka tego nie widać. To jedna wielka galeria, czasami już muzeum sztuki nowoczesnej  w każdym możliwym formacie i jakości.
Świat tego jeszcze nie rozumie. A mnie to cieszy, że jestem w jakiś sposób częścią tego.


Z uśmiechem. Weteranka blogowania, pisząca bardzo slow:
Marzena