4.8.13

Gdy szepcze morze

Tańczysz, gdy schodzisz na szeroki ląd i masz taki widok 

Plan był prosty. Koc, maślanka, książka. Sobieszewo. Padło na Ptasi Raj, w którym nie byłam od lat. Idziemy prosto, a nie przez las (który już znamy). Dojdziemy przecież do plaży. Lajcik.

Czyżby?





Tym sposobem zaczął się 3 godzinny spacer. W tym prawie godzinę kamienną groblą między Martwą Wisłą a Jeziorem. Godzinny spacer po kamieniach, gdy momentami przewężenia nie dają czasu do namysłu, był bardzo podobny do chodzenia po górach. Zamiast urwiska masz z boku wodę. Nie umiem pływać (nadal jeszcze), więc robi to wrażenie. Nie ma czasu na histerię, gdy kamienie kiwają się miejscami pod stopami. Idziesz. Przeżycie fantastyczne. Słowem nie zająkniesz o strachu, bo za tobą idą ludzie z dziećmi kilkuletnimi, które dzielnie maszerują po kamieniach, pytając tylko, czy tam jest głęboko. Przyspieszam, żeby zostawić ich daleko w tyle. Po drodze zatrzymuję się, żeby popatrzeć na stada ptaków. Zaciągnąć się zapachem dzikiej róży. Nie myśleć o tym, gdzie jestem, tylko jak tu jest.

Na końcu wyspy dochodzi się do? Tak jest! Do końca wyspy. Widać kawałek dalej Górki Zachodnie, na których wygrzewaliśmy się z M. tydzień wcześniej. Muszę chwilę ochłonąć.

Wracamy kawałek i idziemy dalej linią brzegu. Dochodzimy do morza. Sobieszewo jest w tym względzie genialne, ale ten zakątek wyspy po prostu zapiera dech. Jak mogłam tego wcześniej nie wiedzieć?
Idę szczęśliwa i oszołomiona. Po prawej Ptasi Raj, z którego dochodzi feeria dźwięków. Po lewej cudna plaża. Piasek ubity deszczem. W dali malowniczo dzikie kikuty drzew potarganych sztormami. Ta plaża jest niemożliwa.

W morzu są meduzy. Dżizas. Ostatnio bawiłam się nimi jako dziecko. Wrzucało się je do wiaderka z wodą i przelewało między rączkami. Myślałam, że w naszej Zatoce już nie do zobaczenia. A tu proszę. Przestaję krzyczeć (bo prawie na jedną weszłam). Idziemy dalej. Wrażenia mnie przerosły już na grobli.

Klimat wszystkiego mnie oszołomił i cudnie mi z tym. Lubię tak. Lubię poddawać się takim emocjom i wrażeniom, chociaż dziś się ich tak bardzo nie spodziewałam. To miał być zwykły chill & slow day.

Powrót już przez las.

Spacer granicą rezerwatu wyrwał mnie zupełnie z rzeczywistości.

Jest wieczór a ja siedzę i chłonę. Doskonale wpisało się w klimat czytanej od kilku dni i nocy książki "Biegnąca z wilkami", ale o niej kiedy indziej. Dzikość doszła do głosu. Nie poczułam zmęczenia ani razu. Jakbym zapomniała. Nie miałam czym, kiedy i po co, się zmęczyć.

Myślami krążę po wyspie, gdy tańczyłam lekko salsę. Ta przestrzeń szeptała do mnie co rusz "Tańcz!". Nie mogłam jej odmówić.


Tańczyłam. Gdy tylko zeszłam na szeroki ląd, zaczęłam iść tanecznym krokiem. Ciało płynęł nim, niczym nie krępowane a już zupełnie nie tym, czy wypada.

Będzie mnie trzymać. Bo chcę. 
Chwilo trwaj - mówiło całe ciało. Przeżycia, jakie daje kontakt z naturą są bezcenne. Jeszcze bardziej.



Spacer po czarnej linii.