6.8.13

Lepiej

Lipiec był miesiącem telefonów i maili o treści "będę w Gdańsku, musimy się koniecznie spotkać".
Uwielbiam to, gdy ktoś mi pokazuje, że spędzając w Gdańsku kilka dni, chce się spotkać też ze mną i sygnalizuje obecność z wyprzedzeniem. Co by nie było, takie osoby zawsze będą mieć u mnie pierwszeństwo.
Nie lubię niespodziewanych gości. Jeśli ktoś jest akurat w Gdańsku i nie ma co z sobą zrobić, to ja mu nie pomogę. Dlaczego? Bo jestem wredna, ale głównie, gdyż nie pofatygował się uprzedzić, że będzie i np. Nie zaproponował po ludzku "spotkajmy się w miarę możliwości".
Uda się, to dobrze, nie, to przy innej okazji. Ale nie w ramach "nudzę się godzinę, spotkajmy się". Jakieś niespodziewane akcje i pomoc dosłowna to co innego. I oczywiste.

Jestem kobietą starej daty. Lubię szanować czas ludzi, lubię, gdy inni szanują mój i nie zakładają, że właśnie siedzę i marzę, żeby się zaanonsowali.






Często wyjeżdżam służbowo. Zdarza mi się bywać w miastach, w których mam znajomych. Gdy wiem, że nie będę miała czasu na 100%, to nawet nie zawracam głowy. Podróżując prywatnie uprzedzam znajomych czy rodzinę, że będę w okolicy. Nie wyobrażam sobie zajechać spontanicznie pod drzwi z okrzykiem "Niespodzianka! Wpadamy na kawę!". Po takiej niespodziance można mieć traumę do końca życia.
Kiedyś było inaczej? Oczywiście. Za czasów liceum i ew. studiów to prawie wszystko było spontanem. Potem zaczynamy zarządzać czasem i wolne chwile mają inną wartość. Spontaniczność zmienia znaczenie.

Owszem, zdarzają się spontaniczne wyjazdy, ale zawsze, ale to zawsze jest czas, żeby porozmawiać i upewnić się, że komuś nie psujemy szyków, że znajdzie dla nas czas.
Można to zrobić żartobliwie, ale zawsze z możliwym wyprzedzeniem.
Najlepiej być wyczekiwanym gościem i na spontaniczność brać poprawkę bon tonu. Nie zmuszajmy ludzi, do zmiany planów. Budujmy je razem.
Gdy ktoś uprzedza, że będzie, to nigdy się nie obrażę, jeśli się nie spotkamy, bo wiem doskonale z doświadczenia, że czasu bywa za mało, żeby spotkać się ze wszystkimi.
Wystarczy jednak dać znać, że w miarę możliwości, chcemy się spotkać. Miłe i kulturalne. Szacunek zawsze będzie na czasie i zawsze spotka się z dobrym odbiorem też w przyszłości.

(...)


Nie napiszę w tym miejscu tego, co chciałam, a chciałam powarczeć na ludzi, którzy czują się lepsi, bo mają dzieci. Ba, miałam już wrzuconą zjadliwą notkę z dedykacją.
Nie pojadę po tych, którzy mnie irytują czasami swoimi przesadnymi kompleksami, leczonymi na innych, mniej lub bardziej przypadkowych ludziach.
Nie pojadę po tych wszystkich momentach słabości u innych.
Czy czucie się lepszym z powodu posiadania dziecka jest takim momentem słabości? Oczywiście.
Jak każda jedna chwila, gdy karmimy ego różnicami.

Notki nie będzie, bo gdy wyszłam z salsy (borze, jak mi dziś było dobrze), odezwała się K. Przegadałyśmy ponad godzinę. Też o tym. Zauważyła, że przy tym temacie robię się agresywna, w sensie bluzgam jak szewc. To nic nowego, bo ja generalnie sporo klnę, gdy tylko poczuję wenę, a czuję ją często, tylko zastanowiło mnie potem (gdy padła mi bateria w tel.), dlaczego przy tym wątku szczególnie.

 I nie wiem :-)
Zrozumiałam, że przecież mam to łaskawie w poważaniu, z jakich powodów ktoś czuje się lepszy i jak bardzo absurdalne są to powody wg mnie. No nie będę się już wkurzać na człowieka, bo się czuje lepszy, gdy ja wcale nie rywalizuję. Mojemu poczuciu zajebizmu nie robi to różnicy.
Wszyscy mamy chwile słabości i coś powoduje chwile zazdrości.

Ja akurat takich chwil zazdrości nie mam, bo jestem zbyt zajęta sobą i zawsze cieszy mnie, gdy innym się coś udaje. No niech mają, na zdrowie. Serio. Do siebie przecież też tak podchodzę.
Hejterzy życia i tak im to wyrzygają i skrytykują, a ja lubię równowagę.

I zdałam sobie sprawę, że jeśli znowu ktoś będzie się czuł lepszy ode mnie, to powiem tylko "na zdrowie".
Mam to w dupie, ale fajnie, że masz potrzebę porównania się ze mną i podbudowania.
Chociażby tym, że masz dziecko.
Niech zdrowo rośnie.

Idę poczytać książkę.
Ech ludzie.