26.8.13

Perspektywa czasu

- Marzena, co ja mam zrobić? - zapytała mnie Młoda  (23latka, córka znajomej) kończąc opowieść o swoim problemie.
- Hm. Muszę pomyśleć - odpowiadam.

 Zamyśliłam się.

lubię jej poczucie humoru


Młodość cechuje przeolbrzymi dramatyzm.




Próbuję sobie przypomnieć, co ja robiłam w takich sytuacjach, gdy miałam 20 lat. Nie zapominam o mojej relacji z jej matką. 
Inna sprawa, co innego bym powiedziała swojej koleżance, gdy miałyśmy po 20 lat, co innego jej córce.

I co mam powiedzieć? Właściwie mogłabym prawie być jej matką, a o relacje z matką chodzi. Moje relacje z moją mamą pozostawiają wiele do życzenia (chociaż kochamy się jak wariatki), bo ja mam od urodzenia trudny charakter (po mamie) i chciałam autonomii już w kołysce, ale Młoda jest inna, jednak widzę, że zaczyna się w niej budzić samodzielność (w końcu).


Myślę.

Rysuję w głowie mapę myśli.

Dystans.

Czym jest dystans? Odległością. Tak, oczywiście. Przyjęło się mówić, że trzeba spojrzeć na coś z odległości. Owszem. Widać mniej albo więcej detali, szczegóły, albo właśnie ważne jest otoczenie, bądź struktura. Jasne. Dystans w sensie odległości to podstawa.
Zapomina się jednak przeważnie o dystansie równie ważnym - czasowym. Perspektywa czasu.

Analizując coś, pierwsze kroki robię w dystans, różne perspektywy czaso-przestrzenne.
Emocje i tak mają swoje miejsce. Odwieszam je jednak na wieszak, jak płaszcz, bo czasami nie dają pomyśleć. Gdy trzeba coś przemyśleć, to nie ma mowy, żeby działać w emocjach. W emocjach to można się wybrać na wycieczkę do Holandii, albo wyjść za mąż, a nie podejmować ważne tematy.

Rozmawiając z nią pokazuję różne perspektywy. Jej, jej mamy. Opisuję, żeby zobaczyła jak to wygląda. Rozumiem je obie. Szukamy wyjścia optymalnego.

Mówię jej na koniec - powiedz mamie, że wchodzisz w dorosłość i potrzebujesz jej wsparcia a nie kontroli. Chcesz, żeby ci ufała, a to jest moment, żeby zrozumiała, że za moment, kończąc tę uczelnię, zaczniesz samodzielne życie. Jeśli ci teraz nie pomoże, tylko będzie widziała ciągle małą dziewczynkę, to więcej rozczarowań będziesz miała w życiu samodzielnym. Od zawodowego począwszy. Niech sobie przypomni, jaka była w twoim wieku. Poproś ją o to. Wszystko co robisz, robisz wg mnie ok, a nawet jesteś za grzeczna i za mało rozrabiasz, ale dobrze. No jest ok :-)
Porozmawiaj z nią sama, żeby dotarł do niej cień świadomości, że jej córeczka dorasta. Ale musisz sama to jej pokazać. Rozmową. Ok?
- Wierzysz, że to pomoże? - zapytała
- Hmm... ja mam prawie 40 lat, a moja mama widzi we mnie ciągle dziecko. Dlatego potem i tak musisz robić swoje. Ale poważnie? Wierzę. Twoja mama to fajna babka. Szansa jest.
- Porozmawiasz z moją mamą w razie czego?
- A ty porozmawiasz z moją?
- Oj Marzenko, żartujesz sobie - czuję, że rozumie
- Nie przekonasz żadnej matki, jak ma traktować dziecko. Daj spokój. Ale ty jako córka rozmawiaj z nią i pokaż, że jesteś słowna. Serio. Obie się teraz męczycie, a TO akurat można zmienić kilkoma metodami, które ci podałam. W dobie komórek to żaden problem.

Jak młody bocian wylatujący z gniazda.
Rodzice się martwią. Jeśli będę kiedyś matką, to będę straszna. Mam nadzieję jednak, że ten dystans, da się przełożyć na macierzyństwo i nie popieprzę wychowania z syndromem nieodciętej pępowiny.

(...)

Rozmowa o adopcji, w wyniku rozmowy o kobiecie, która rzuciła etat dla założenia rodzinnego domu dziecka.

- Ja bym chciała kilkulatka. Trudne dziecko - mówię
- Zwariowałaś? Takie dziecko może kłamać, pyskować, kraść, stwarzać wszystkie problemy wychowawcze - mówi kolega
- Wiem. Dlatego bym chciała. Właśnie dlatego. Dziecko, które chce całemu światu udowodnić, że jest złe i niewarte kochania. Właśnie takie. Kilkulatek, który nikomu nie ufa i w nic nie wierzy.
Bo trafiłabym na dziecko uparte jak ja. I udowodniłabym mu, że się myli.
Takie dziecko wychować na szczęśliwego człowieka, to by była największa nagroda wychowawcza.
Kto wie... - uśmiecham się do tej myśli.

M. patrzy z lekceważącym rozczuleniem i rzuca tylko - Nie martw się. Nikt nie wątpi, że jesteś najbardziej uparta. To dziecko też by to wyczuło. Pewnie nawet nie chciałoby mu się uciekać z domu.

Ej. No mam nadzieję, że nie stłamsiłabym mu charakteru.
Ech. Mrzonki.

(...)

Trzymam kciuki za Młodą i jej mamę.
Niektórzy nie odcinają mentalnej pępowiny całe życie, nie dają relacji ewoluować. Mam nadzieję, że im się uda, bo mama Młodej to fajna babka bez trwałych znamion przesadzania.
Mało która matka potrafi przejść dobrze etapy dorastania córki i wejść z nią mądrze w dorosłość. Zdarzają się wyjątki. Im może się udać.