Drabina miłości - dla facetów

"Wspinałam się po drabinie, którą on trzymał  i wiedziałam, że jak spadnę, to  w jego ramiona. Nie byłabym taką wojowniczką, gdyby nie stał za mną taki partner"

Luiza, 41lat (link prowadzi do artykułu  z magazynu "Skarb" sieci Rossmann - zanim się uśmiechniesz pod nosem, to przeczytaj) 





Fantastyczne słowa, chociaż nie jestem tą, która nosi spodnie w związku. No dobra, czasami noszę, ale to bardziej kaprys, jak chodzenie w męskiej koszuli, niż wchodzenie w rolę. Jednak zdania te utkwiły we mnie już jakiś czas temu, że aż je wyszukałam, żeby tu zacytować. 




Co jest dla mnie filarem związku (pomijając miłość, przyjaźń, dogranie)? Zaprzeczanie stereotypom o "uwiązaniu", "zobowiązaniach", "obowiązku". Mimo ponad 11 lat stażu wiem jedno: jesteśmy ze sobą, bo chcemy. 
Nie zbieramy lat jak koralików na sznurku. Równie dobrze moglibyśmy się rozwieść i zobaczyć, czy do siebie wrócimy, tylko takie testy też są słabe, bo związek nie powinien być traktowany jak fotel w IKEA. Nie powinien być naciskany na pokaz, żeby sobie czy komukolwiek udowodnić, ile wytrzyma. Takie metody są brakiem szacunku. Jak podpuszczanie, naciskanie, manipulowanie, wybiórcze traktowanie słów, nadużywanie zaufania. 

Związek ma być zdrowy od środka i emanować tym na zewnątrz. Nie odwrotnie. 
Testowanie. To tak, jakby się podpalać, żeby udowodnić sobie, ile się wytrzyma. Urazy zostają. Ludzie testując partnera nie zdają sobie sprawy, że zostawiają ślad - partner już nigdy nie zapomni, że może być testowany. Kurcze, jak tresura. 
Ale co kto lubi.

Faceci nie testują. Już nie, gdy są  w związku. Gdy się już angażują, wtedy wystarczy życie. W tym względzie jest mi do nich o wiele bliżej. I co jak co, ale z facetami zawsze się dogadam. Jeśli chodzi o kobiety, to są w zdecydowanej mniejszości moich kontaktów. Taka karma. Co nie zmienia faktu, że w przypadku kilku koleżanek singielek nie mogę się nadziwić, że żaden facet nie ma na tyle testosteronu, żeby umieć "zaciągnąć je do jaskini" i poskromić, jak tę przysłowiową złośnicę i trwale. No kurcze, jeśli ja na swojego trafiłam, chociaż jestem cholerą jakich mało, to każda powinna. Serio. 

My apel (heh, miało być mały, ale zostawię tę grę słów): Faceci, nie dawajcie się marnować fajnym kobietom. Tak, ja wiem, że one sobie dają doskonale radę, ale  i tak... Przestańcie się wahać jak konik na biegunach. To ich działka. Działajcie. Przestańcie demonizować związek, małżeństwo i robić z tego nie wiadomo co.
OK, ok, ja rozumiem, że się z tego czasami robi niezły glut, ale o rany. Znacie to powiedzenie, żeby coś lepiej robić, niż nie robić? No właśnie. *Tak, to z żałowaniem i nieżałowaniem. Ono tu nawet pasuje.
Przestańcie płakać w rękaw komu popadnie, że chcielibyście, ale się boicie. Puk, puk - Czas, który możecie określać jako "wasz" ucieka. Czemu kieruję my apel do facetów? Bo jestem  w tym względzie tradycjonalistką i fajniej (Dżizas, o niebo!), gdy to facet przejmuje inicjatywę w kluczowych momentach w relacji.
Kobieta marudząca o ślub to strasznie przykry widok. Ona powinna uciekać, ale tak, żebyś ją jednak dogonił. Nie odwrotnie. Proooooszę. O, dobry przykład, komedia "Kogiel Mogiel". Pewnie, że kilka niuansów do dogrania, ale przekaz idealny. Zmiana czasów nie ma znaczenia.

Mężczyzno - Stań się drabiną dla kobiety, która po wejściu na szczyt skoczy z niej szczęśliwa i spełniona w Twoje ramiona. 

(za to zdanie proszę nagrodę Nike)

Słowo daję, mieć takiego partnera to chyba jedna z najważniejszych spraw w życiu. Jeśli czujecie (wspólnie), że to to, to nie analizujcie, bo zapewniam, że wszystkiego, co przyniesie życie nie zgadniecie nawet w promilu. 

Działajcie. Szkoda życia na wątpliwości i sztuczne testowanie. Wchodźcie w związki. Nie bójcie się. Ja to robiłam wiele razy, aż trafiłam na takiego, że po 7-mcach związku i 11 latach małżeństwa (Dżiz, jakaś paranoja) śpiąc obok inspiruje mnie do notek na bloga  o 2-giej w nocy (nie mówiąc o książce, która dojrzewa we mnie od kilku lat, ale od paru miesięcy dopiero zaczynam widzieć, co by miała wyrażać. PS. szukam ghost writera, bo pisanie książki mnie przeraża, czyli dobrze dla marzenia, źle dla mnie). 

Wejdźcie w związek i wyzwalajcie wzajemnie w sobie potencjał. Odkrywajcie świat z tym dopalaczem wsparcia. To jest świetne. Ja nie mówię, że macie się straszyć dożywociem (mnie to nadal przeraża i brzmi jak groźba). Niech to wyniknie z biegiem lat (albo i nie), ale przede wszystkim, najważniejsze, nie demonizujcie,  nie zabijajcie przegadaniem i wątpliwościami fajnego związku (na temat takich to mogłabym napisać encyklopedię alfabetyczną, ale jestem zajebiście dyskretną osobą). No przestańcie marudzić i działajcie. Jeśli kochacie, ze wzajemnością, to nie czekajcie i skaczcie w ślub czy coś tam. Czekanie latami jest do dupy a nie slow ;-) 

Ej, i to nie ma być wspólna "droga przez mękę", "bo razem łatwiej" czy inne takie scary teksty. To podwojenie sił. I doskonale wiecie, co mam na myśli, bo wiem, że wiecie. 
Mam nadzieję, zwiększyć tym tekstem ilość ślubów w Europie. Nie zawiedźcie mnie. Hm?
Relacje ze ślubów są takie fajne. Poważnie. Ja osobiście uwielbiam.  

Pora na kubek kakao, celebruję chwilę, bo akurat jest mi cudownie dobrze, mimo tej niebywałej anginy :-)

Komentarze

  1. Tekst zacny i trafny. Moi rodzice pobrali się po roku znajomości - i są jednym z najpiękniejszych małżeństw jakie znam. Ich przyjaciele pobrali się po 3 miesiącach (!!) i w niczym od nich nie odstają.
    My zdecydowaliśmy się na ślub po 6 miesiącach i jesteśmy w trakcie przygotowań. Przygotowujemy się typowo ,,SLOW''. Celebrując każdy moment planowania.
    I Marzena ma rację! Nie czekajcie w nieskończoność. Jeśli już 5 rok tkwicie w związku a partner (też w tych sprawach pozostaję tradycjonalistką) nadal nic - to rzucać go i uciekać gdzie pieprz rośnie. Żadna przyjemność tkwić w związku z facetem, który trzęsie się jak galareta na myśl o poważnych deklaracjach. I tutaj powinna Ci się zaświecić lampka ,,FAST''.
    A ... i od siebie dodam, że nie podoba mi się typ kobiety-decydentki. Decyduje o wszystkim nie konsultując niczego z partnerem. A już najbardziej ,,słabi'' mnie kobieta wybierająca swój pierścionek zaręczynowy. No na Boga! Dajcie się zaskoczyć. Co to za satysfakcja, brak zaskoczenia, zero niespodzianek? Brak kontroli nad pewnymi sprawami jest przepiękny! A jakie pozostawia wspomnienia!
    I tutaj wystarczy mały zabieg: SLOW - ''S'' zamieniamy na ''F'' i wychodzi nam FLOW.
    Więc czasem ( proszę Was o Panie) - FLOW :D
    Pozdrawiam,
    Dżi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No po prostu zakochałam się w tym komentarzu a szczególnie w zabiegu zamiany SLOW na FLOW. Wow.
      Tak naprawdę raz w życiu przeszło mi przez głowę przeświadczenie "on będzie moim mężem" i dotyczyło M. Ziściło się kilka lat po tym zdarzeniu, ale jednak. To się wie. To się czuje. A co najważniejsze, od tego się nie ucieknie. Trzeba się temu poddać, bo inaczej będzie to jakimś takim życiowym klinem. Tak przynajmniej wynika z mnóstwa życiowych historii.

      Pomysł z wyborem pierścionka.. Serio? :-)

      Usuń
  2. Kasia&Ludwik16 stycznia 2014 11:57

    Dobrze gada : polać Jej.
    Jestem na takim etapie życia, że ślub kojarzy mi się z pięknym weselem które układam w głowie w wolnych chwilach. Zawsze się śmieję że sobie wszystko zaplanuję a na końcu znajdę faceta.
    Jednak to co piszesz o związkach z tą drabiną... to właśnie to na co czekam.
    i nie chcę niczego przyśpieszać, wiem że to nadejdzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie. Jeśli tego chcesz, to na pewno. Wcześniej czy później. Przecież wiesz, że trzymam kciuki za Twoje marzenia :-)

      Usuń
  3. Kochajcie, wchodźcie w relacje, próbujcie, ryzykujcie, budujcie itp ale ślub bierzcie tylko o ile jest wam to rzeczywiście światopoglądowo bliskie i potrzebne, a nie każdemu jest i warto o tym pamiętać. To jak z dzieckiem, opcja jedna z wielu, można mieć, można nie mieć. Do szczęścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, ja te słowa kieruję jednak do tych, którzy się wahają i szukają jakiegoś poczucia pewności, że będzie dobrze. Nie ma czegoś takiego. A można spędzić z kimś, kogo się kocha jakiś kawałek czasu. Popycham tylko do tego, żeby go nie odrzucać, przez obawy. Naprawdę nie ma nic gorszego, niż żal, że się kogoś wypuściło, a właściwie odrzuciło przez niezdecydowanie. Tacy ludzie cierpią. Niby na własne życzenie, ale może nie do końca. Ja nie wezmę za nikogo odpowiedzialności, ale na pytanie, czy warto, zawsze odpowiem, że tak. Raz się żyje.

      Usuń
  4. Branie odpowiedzialności za kogoś to szaleństwo niemal równe odrzuceniu prawdziwego uczucia a już na pewno zaniechaniu pracy nad związkiem na poziomie k lub m, że nie wspomnę o x lub y. Po co tak szaleć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzecz w tym, że to nie jest żadne szaleństwo. Właśnie o takim demonizowaniu piszę. Po prostu nie ma się czego bać. To TYLKO związek :-)
      Naprawdę nie znasz nikogo, kto poddał się lękom, obawom, czasami konwenansom i się poddał, nie przestając kochać kogoś z kim nie jest? To ma sens?

      Usuń
  5. Nie mam wpływu na kapitułę, ale gdyby to ode mnie zależało- Nike byłaby Twoja :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Zapraszam do korzystania ze skrótu: https://www.myslowlife.pl