17.1.14

Dowód na to, że się da



Wstęp

W kwietniu 2011 zadzwoniłam do pewnego nikomu nieznanego (buzaki :-) blogera i mówię  - słuchaj nieznany blogerze, założę bloga o slow life
- o czym??  - zapytał
I bardzo dobrze. To była doskonała reakcja.
Z kim nie rozmawiałam, nikt nie wiedział, co to, a co lepsze to było akurat na fali popularności "Jedz, módl się i kochaj" i każdy się stukał w czoło, bo skrzywienie obrazu było maksymalne.
No przecież w tym rzecz - Przecież ja żyję slow. I nikt tego nie wie, bo tak żyję i o tym nie mówię, mea culpa. To było oczywiste tylko dla mnie. No jak?
Tak to się zaczęło. Kompletnie nie wiedziałam, co dalej :-)



Zakładając bloga szukałam w myślach opisu, który oddałby moje podejście. Od razu poczułam, że "mam", gdy pomyślałam "slow life, czyli w swoim własnym tempie". Zależność była dość prosta, bo mój inny blog ma opis "on i ja, czyli małżeński dialog" (2005). To "czylowanie" jest mi dość bliskie, co widać często też w tytułach notek. Ma swój urok i bardzo je lubię. Wiem, nie tylko ja, no ale też przecież nie tylko ja kocham slow life. Po prostu sobie wg niego żyję. Ba, moje nowe tempo życia na początku doprowadzało ludzi do furii, bo ja taka hrabianka jestem. No nie. Jestem slow. Trzeba było zrobić z tym porządek. 

Sprawdzam, bo nie chcę powielać formy i treści, więc... 
gdy wpisałam "slow life" w google to wyskoczyło kilka artykułów i kilka pojedynczych notek na  polskich blogach. Nie było polskojęzycznego bloga poświęconego szeroko pojętemu slow life. Ja je znałam z filmów, gazet, książek, ale w necie, jakoś słabiutko. Serio. Było kilka blogów zagranicznych (aktualizowanych!, bo to ważne) i na tym koniec. Slow life się rodził w sieci. Ta filozofia była bardzo, bardzo niszowa. 
No to pyk. Zakładam. Zaczęłam w jednym miejscu zbierać różne materiały o slow life czy slow food (teraz jest tego za dużo, a ja tu tylko jedna, więc zaprzestałam prawie zupełnie), bo te źródła są ważne, ale też chciałam jakoś pokazywać, że da się żyć slow, że żyję w swoim tempie (ciągle to podkreślam, dlatego ostatnio trochę odpuściłam). I pomyślałam, że może poza moją przyjemnością z blogowania o tym, ktoś będzie mógł się zainspirować do zmiany w życiu. Do zatrzymania się na chwilę. Dlatego ten blog nie jest stricte pamiętnikiem, bo ważne jest dla mnie pokazywać też różne metody i źródła do rozpoczynania zmian, rozwoju, gdzie te metody rozwijać (widać po tagach). Część prywaty to prawo bloga :-) Kocham motywować, a nie prowadzić za rękę.  No i blog się powoli rozwijał i rozwija w kilku kierunkach, bo jest wielobiegunowy, jak ja.
(O społecznościach napiszę jednak osobno)

Dziś wszyscy w moim środowisku wiedzą, że ja żyję slow i niejeden żart się do tego sprowadza, ale przyznam, że na pewno od dawna spotyka się to już z akceptacją. To, że wolniej jem (bo to jest zdrowe), że jem kiedy jem (mam swój zegar i jem ok 5 razy dziennie, co z perspektywy wygląda tak, że jem ciągle ;-), że robię przerwy, gdy muszę (we wszystkim - nie jestem cyborgiem), że dzielę czas, że zachwycam się chwilą i jestem asertywna. Mam priorytety. Itd. 


Czego chcę niezmiennie? Popularności dla slow life i cieszy mnie, gdy ktoś tak zaczyna żyć, fajnie, jeśli za moją inspiracją, chociaż pamiętam, że ja nie jestem autorem tej filozofii i nie jest moim celem zbieranie ludzi wokół siebie. Ja chcę motywować a nie prowadzić za rękę. Nie zmienia to faktu, że filozofia ta rozwija się w ostatnich latach lawinowo. Szczególnie w necie. I fajnie. Naprawdę. Dopóki ludzie się nie kopiują jak na blogach kulinarnych, to fajnie. Jak ktoś nie ma pomysłu na siebie, to się i tak wcześniej czy później wypali. Takich blogów było sporo. Tak czy inaczej, naprawdę cieszy, że slow life pojawia się coraz częściej w materiałach i w sieci.

Ja dodatkowo propaguję tu moje podejście, że bycie slow, znaczy bycie szczęśliwym i tym sposobem znajduję wspólny mianownik z niesamowitymi ludźmi. Ba, to świetne, gdy ktoś  poznając tę definicję w rozmowie mówi - ha, to ja też jestem slow. 

Bardzo dobrze! 
Przecież o to chodzi. Na luzie.

(...)

Naprawdę zdaję sobie sprawę, co idzie za publikowaniem czegoś w internecie. Wiem, że czasami #thisissparta.!! Ale co tam.  Ja się nie biję. Ja wolę inne sztuki walki i zakończone #love albo #smile. Jak się nie da, to nie. Bez przesady. 
Przeważnie pozostaje jedno: liczyć na honorowość, profesjonalizm, rzetelność. To jak z tym dobrem, o którym pisałam poprzednio. Gdyby patrzeć przez pryzmat, że ktoś będzie wykorzystywał naszą pracę, nasze słowa czy obrazy w jakiś sposób, który nam nie odpowiada, to lepiej od razu zrezygnować? Nie. Uodpornić się i uczyć życia w tej dżungli. Ważniejsze, że większość ludzi naprawdę chce dobrze dla siebie i innych i lepiej myśleć o nich.
Chodzi bardziej o to, żebyśmy się w jakiś granicach wzajemnie szanowali. Ba, otwarcie zmieniali zdanie, jeśli mamy powody. Niech nas wszystko czegoś uczy. Coś wnosi. To czasami doskonały sposób na zmianę świata, zaczynając od siebie. Szczególnie, jeśli ktoś/ coś daje nam powody. To wbrew pozorom dobre moment - ktoś pozbawia nas wątpliwości. Bądź my kogoś. Naprawdę cenne.

Rzetelność w internecie jest podwójnie cenna. Jak wiarygodność. Jak naturalność. Bo na to mamy wpływ.

Rozwinięcie

Wracając do wątku opisu bloga, zmierzam do przedstawienia fantastycznej sytuacji, która miała miejsce niedawno. Opowiem Ci:


Chodząc sobie samotnie po internecie, zaglądając tu i tam, trafiłam jakiś czas temu na fapage (na fb) jednego z magazynów o slow life (jeśli dostanę zgodę, to napiszę, o który magazyn chodzi).
Patrzę na opis i widzę "Slow life, czyli w swoim własnym tempie".
Stwierdziłam, że nie po to uważam, że ludzie powinni rozmawiać, żeby nie spróbować. Naprawdę, dialog, ale uczciwy dialog, to podstawa mojej pracy i życia i w 99% działa. Czemu nie spróbować i teraz?
Wysłałam na priva (to ważne) wiadomość, w której krótko przedstawiłam sytuację i poprosiłam o usunięcie opisu.
Czekałam. 
I co się dzieje po jakimś czasie? Dostaję odpowiedź, że oczywiście nie chodziło o opis z mojego bloga, ale jeśli to dla mnie takie ważne, to zostanie usunięte. 

Sprawdziłam. Zostało.

Podziękowałam, podziękowałam przede wszystkim za profesjonalizm. Ta sprawa mogła się rozwinąć w kilku kierunkach zarówno z mojej, jak i z drugiej strony. Mogła zostawić wiele niesmaku z obu stron. A skończyła się z klasą, która dla mnie będzie wzorcowa. 

Prawa autorskie w internecie są naprawdę niezmiennie dyskusyjną sprawą. Ja sobie z tego doskonale zdaję sprawę i dlatego podwójcie cieszy mnie wynik. 
  
Dygresja - pomysł 

Zastanawia mnie na dziś, czy ktoś mógłby stworzyć jakiś program, aplikację, COŚ, co by sprawdzało to, co piszemy, co publikujemy. Jeśli np. wrzucamy jakiś test i ktoś już wrzucił do internetu coś identycznego, bądź zbliżonego, to to się od razu rozpoznaje i informuje nas, że coś takiego już jest i kto jest autorem. Może dzięki temu poprawiłaby się unikatowość, indywidualizm treści. Żeby odżyło w jakiś zdrowy sposób prawo cytatu. 
I druga sprawa, jeśli wrzuca się zdjęcia, grafiki, to też zostaje natychmiast rozpoznany i oznaczony autor. Nie kolejna osoba coś powielająca, ale faktyczny autor. Nie wiem, czy to jest technologicznie w ogóle możliwie, ale na pewno pozwoliłoby nam wszystkim jakoś jaśniej działać w internecie. 
Do tego czasu po prostu liczmy na rzetelność i klasę. 
Ja niezmiennie też do tego dążę. 

Zakończenie 

Wracając, ta sprawa z opisem pokazuje, jak ważny jest dialog. Obustronne wysłuchanie. Ja to wiem, ale internet to czasami totalna dzicz i najlepszy mediator czy negocjator albo rozmówca momentami może poczuć się zdezorientowany. Net to jednak nie rozmowa twarzą w twarz.

Jeszcze raz dziękuję administratorce (bo dziś wiem, że to kobieta) opisanego fanpage.
Takie przykłady powinny być podawane na tych szkoleniach z relacji z blogerami i nie tylko. Po prostu świetny przykład dyplomacji.

A jeśli coś nam nie pasuje, to zawsze szukajmy najpierw porozumienia. Asertywnie, rzeczowo, bardzo grzecznie. Większość cywilizowanych ludzi to wie. Zdecydowana większość.

(O swoich sposobach prowadzenia korespondencji napiszę następnym razem, bo to będzie już bardziej okołozawodowe.)

Tym sympatycznym akcentem. 
Z uśmiechem 

Marzena 

Mało co mnie tak cieszy, jak spotykanie ludzi i usłyszenie "o, ja też żyję slow". Dlaczego? Bo gdy stwierdzę, że jest nas wystarczająco dużo, żeby ta filozofia się dalej rozwijała siłą napędu (tak, uważam, że taki moment jest bliżej niż dalej, bo slow life generuje już sporo odniesień, czyli takich ludzi jest coraz więcej, coraz więcej ludzi docenia momenty zwolnienia, albo czuje się świadomie szczęśliwymi), to przyjdzie mi do głowy myśl, po której zadzwonię do pewnego nikomu nieznanego blogera i powiem - założę bloga o...
A on zapyta - o czym??? 
:-)

Na tym polega rozwój osobisty.  A ja strasznie lubię wyprzedzać czasy i kiedyś niszowe było slow life. Pamiętam ;-)
Na ten krok, na następny trend, jeszcze przyjdzie pora. Ja się delektuję tu nadal slow life i nadal je dopracowuję. Gdy stwierdzę, że pora iść dalej, to po prostu to zrobię. To dobra metoda na eksplorację życia. Iść w swoim tempie do góry ;-)