4.1.14

Slow na 2014 - rzecz o szczęściu

Czasami nachodzi mnie myśl, wątpliwość, czy ja w ogóle mam prawo pisać o slow life. Czemu to robię. Po co. Czemu tak a nie inaczej. Zastanawiam się, bo bardzo bym chciała, żeby ten blog był odbierany jako szczery (cokolwiek to znaczy). 
Można by pomyśleć, że trafiłam kiedyś na nurt slow life, slow food, spodobała mi się filozofia i powiedziałam sobie - Dobre. Biorę. 

Gdy najbardziej mi się nie chce, idę na zajęcia na siłowni. Wracam i czasami ćwiczę dalej. Zakwasy są dobre. Nauczyłam się za nimi tęsknić. Jeszcze 3 lata temu byłoby to nie do pomyślenia. Chciałam? Nie. Samo przyszło. Ja chciałam tylko zmiany i aktywności. 


Nie. Nie było tak. 
Nie od razu.

Właściwie mogłam zacząć pisać tego bloga, gdy zaczęłam myśleć o slow life, gdy na nie trafiłam, czyli jakieś 2 lata przed założeniem bloga, a nie dopiero, gdy poczułam, że już tak żyję, że jestem na dobrej drodze coraz mocniej. Dopiero wtedy dałam sobie prawo do pisania o tym i o tym, co mi pomaga i pomagało (oczywiście nie tylko, bo to nie poradnik, tylko blog).
Owszem, nadal nad sobą pracuję, nad swoim podejściem i życiem, ale to proces, który będzie trwał do końca, a na dziś po prostu bardzo siebie lubię i zmiany nie mają już gwałtownej natury i charakteru. Płyną.

Czasami robię sobie rachunek sumienia i sprawdzam, jak to tam ze mną jest. Właściwie robię sobie ten rachunek sumienia codziennie. Sprawdzam, czy sama siebie nie oszukuję, bo przecież papier zniesie wszystko, a w końcu nie w tym rzecz.
Wiem jedno: jestem szczęśliwa. Podobno nie powinno się o tym mówić głośno. Ja jednak nie mam siły na zabobony. Milczenie o tym też nic nie zmienia. 

Co znaczy, że jestem szczęśliwa? Po prostu jestem. Przeczytałam w życiu wiele mądrych książek, wielu mądrych ludzi, z wieloma szczęśliwymi ludźmi obcowałam, rozmawiałam, testowałam, o co chodzi, aż zrozumiałam w końcu kiedyś, że bycie szczęśliwym naprawdę nie jest uzależnione od niczego. To po prostu bycie szczęśliwym. To wewnętrzna spójność i jej zaczęłam szukać. Aż znalazłam. Slow life bardzo, bardzo mi w tym pomogło. 

Dużo pisuję tutaj o udawaniu, narzekaniu, szukaniu, rolach. To trzeba dobrze dla siebie poukładać i otoczyć największą troską nasze szczęście. Życie jest jak składanie puzzli. Szukasz. Dopasowujesz. Wieje wiatr i psuje to co złożyłeś. Pada deszcz i rozmywa obraz. Przeczekujesz i układasz na nowo. ALE i tak jesteś szczęśliwy. Gdy zaświeci słońce, to się przekonasz i tak masz kawał świetnej roboty za sobą,  ba, po drodze zrobiłeś wiele dobrego dla innych. 

Szczęście nie wyklucza życia. Emocji. Można, więcej!, należy być szczęśliwym i odczuwać radość, smutek, żal, rozpacz, bezradność, złość, miłość, może i nienawiść. 

Szczęście jest jak punkt ciężkości, do którego wracasz. Wokół którego dzieje się cała reszta. 

Dlaczego na tym blogu nie piszę o rzeczach, które doprowadzają mnie do łez, rozpaczy, bezsilności, o słabościach  i kryzysach? Bo tak naprawdę bardzo rzadko dotyczą osobiście mnie (tak, umiem rozgraniczać, taki tam wypracowany szczegół, który klasyfikuje mnie jako egoistkę bez empatii), ale gdy się dzieją, to trafiają mnie w sam środek. Serio, serio. Zapewniam jednak, że zdarzają się. I to w normalnych dawkach. Nie jestem w końcu samotną wyspą na oceanie. Dzieją się rzeczy, które doprowadzają mnie czasami prawie do szaleństwa (niech żyje Valerin forte), dzieją się rzeczy, które doprowadzają mnie do łez (niech żyje wino), są rzeczy, które doprowadzają mnie do frustracji (niech żyją przyjaciele), są rzeczy, które odbierają mi na jakiś czas nadzieję (niech żyją tabletki przeciwbólowe). Żyję. Naprawdę żyję jak każdy normalny człowiek i mam swoją (coraz obszerniejszą) bańkę bezpieczeństwa - slow life, która pozwala mi zachowywać równowagę. Jestem strasznie emocjonalnym zwierzem (czego po mnie z reguły nie widać, bo lubię image "zimnej"), ale ta emocjonalność ma po prostu wychodzić wtedy, gdy ja tego chcę, a nie ona. 

Zapisuję to, co jest dla mnie równie ważne, bo stanowi właśnie element (i to bardzo mocny) równowagi. 

Problemy miewamy wszyscy. Wiem o tym doskonale i wychodząc poza swój świat wolę wejść w rolę słuchacza, obserwatora. Pocieszyć, przytulić, pochwalić, dać kopa na rozpęd, poklepać po ramieniu, dać z liścia, opierdzielić, rozbawić, pomóc poukładać myśli, do wyboru do koloru :-) 

Gdy wchodzę w archiwum tego bloga i kojarzę co się działo w tym czasie, to naprawdę wiem, że to dobra metoda. Dla mnie. Jeśli blogowanie jest terapią, to ta jest idealną dla mnie. Prywatność to zupełnie inny aspekt, bo istotą blogowania jest subiektywizm, więc siłą rzeczy wnikliwi obserwatorzy zawsze widzą to co chcą i może nawet to, co powinni. Sama tak mam przy blogach, które czytam. Przyjmuję na tyle, na ile dostaję.  Daję tyle, ile czuję, że chcę, żeby spełniać się w tym miejscu.   

I kończąc, zamykając myśli i mimo wątpliwości, czy mam prawo, wiem, że mogę i bardzo chcę pisać o swoim życiu w kontekście slow life i wszystkiego, co się na to składa. Tego i tak nie da się ująć w dwóch zdaniach czy latach. A z perspektywy czasu widzę, że to jak samospełniająca się przepowiednia. Chciałam, bardzo chciałam równowagi w życiu i mam.

Odwracając definicję na drugą stronę przekonuję się dość często, że mnóstwo ludzi, z którymi się spotykam żyje slow. Dlaczego? Ponieważ ucieleśniają moją definicję - bycie slow oznacza bycie szczęśliwym. Ludzie, którzy robią coś z pasją, kochają swoje życie, spełniają się. Ludzie robiący przeróżne rzeczy, wykonujący przeróżne zawody. Lubiący swoje życie. Mający rodziny, żony, mężów, dzieci, ale i single. To wszystko jest już bardzo indywidualne. I nie są to ludzie, którzy uciekli od życia, tylko wręcz przeciwnie, czerpią z niego pełną piersią. Wyciskają do ostatniej kropli. Czy ja uważam, że slow life wiąże się z aktywnością? Bingo, ale to jest akurat moja interpretacja, bo ja kocham się przemieszczać tak samo jak chillować zawinięta w koc. Ale równowaga jest ważna. No tak czuję. 


Czy można nie być szczęśliwym i być slow? Nie. Trzeba najpierw obudzić w sobie potrzebę i wolę bycia szczęśliwym i znalezienie na to sposobu. I zrozumienia, że szczęście nie jest warunkowe. No po prostu nie jest. Wiem, że to trudne. Wiem też jednak, że najnormalniej w świecie możliwe. Gdybyś zobaczył mnie w chwili totalnego kryzysu (no nie mówię, że są często, ale pewnie że się zdarzają), zapłakaną i beznadziejnie poddaną i zapytasz mnie, czy nadal uważam, że jestem szczęśliwa, to odpowiem, że tak. Skąd wiem? Bo bywam tak testowana. Nie tylko przy okazji pmsa.  

Czemu tak? Bo mamy skłonność mylić szczęście z radością. Euforią. Orgazmem. A to nie jest tak. No właśnie szczęście to szczęście, radość to radość itd. Wiem, to tak proste, że wymaga skomplikowania. No nie wymaga. Szczęście nie potrzebuje powodów, żeby być. To my usilnie szukamy powodów, żeby je zagłuszać i w tym mamy wprawę, której trzeba się pozbyć. 


Skąd wiem, gdy trafiam na ludzi slow? Widzę to w ich oczach. Widzimy to w swoich oczach. To widać. Naprawdę. 
I jednak słychać. Będąc szczęśliwym człowiek kładzie nacisk na określone sprawy. Jego wzrok kieruje się w określone miejsca, jak oko Saurona. Człowiek szczęśliwy ma dystans i wiarę w siebie. Generalnie. 
Chwile słabości, to bycie człowiekiem, ale nie mogą zamienić się w życie. Szczęście ma to do siebie, że otacza nas ochronnym płaszczem i nie pozwala samym sobie robić krzywdy. No w każdym razie, nie długo, to jak perpetuum mobile.

Bycie slow to bycie szczęśliwym i tego będę bronić. 
Czasami mam wrażenie, że to jedyne, co umiem idealnie. Cała reszta jest w opracowaniu. 
Także tym blogiem. I dobrze. Lepienie siebie jest dobrym procesem, szczególnie, jeśli korzysta na tym też otaczający świat. 

Szczerze.

Gdy ktoś mi mówi - chcę być szczęśliwy
odpowiadam  - to bądź
odbierane to jest jako sarkazm. No ale poważnie. Jak chcesz być szczęśliwy, to bądź. Naprawdę niczego do tego nie potrzebujesz. Wiem, też długo do tego dochodziłam. Ale doszłam. Więc każdy może. 
Być slow.

Check point: Wchodzę w ten nowy rok z wewnętrznym przekonaniem, że to miejsce jest dobre. W tym roku chcę poruszać wątek szczęścia możliwie często. Postaram się o tym pamiętać.