11.1.14

Pociąg do zmian



Kontrolowanie życia.
Strasznie chcemy myśleć, że możemy kontrolować życie.
Wczoraj spędziłam wieczór ponownie oglądając Matrix. Kocham ten film, ale  o tym kiedy indziej. 

Ważny jest tu jeden moment: wybór pigułki. 
Chcesz żyć w matrixie i czuć, że coś jest ciągle nie tak, czy wolisz zobaczyć rzeczywistość, która może być odurzająca, ale jest rzeczywistością, nad którą możesz pracować? 




Wygoda. Piękne słowo. Nawet jeśli coś miejscami uwiera, to lepiej to natrzeć maścią niż naprawić, bądź zmienić. Małe plusy przewyższają największe minusy. Jak tkwienie w słabym związku, beznadziejnej pracy, utrzymywanie kontaktu z niewłaściwymi ludźmi.

Przed czymś uciekać, albo za czymś gonić. Męczące.
To trudne. Toniemy w oparach hipokryzji. 
Odnajdywanie się, albo raczej siebie, to ciągły proces. Nieustanny. 

Mądrym słowom fajnie jest przytaknąć, a potem odwrócić się i iść dalej tą samą drogą. 

Jeśli chcemy zmian, to musimy bym o tym przekonani i przygotować się na początkowe trudności. 
Nie ma innej drogi. 
Rzucasz palenie? Będzie cię ssało od środka jeszcze jakiś czas. Chcesz rzeźbić ciało? Przygotuj się na zakwasy i ból. Chcesz nauczyć się języka? Przygotuj się na godziny nauki i ćwiczeń. Chcesz zmienić przyzwyczajenia? Napnij pośladki i zmieniaj. Będzie bolało. To jak prostowanie zębów. 

 Nie idź na łatwiznę. Rób to porządnie, rzetelnie przed sobą. Nie czekaj na pochwały i oklaski. Bądź swoim najbardziej srogim coachem. Korzystaj ze wsparcia innych, lepszych w danej dziedzinie (tak, otaczanie się prawdziwymi specjalistami i wiedzą to połowa sukcesu). Pokaż światu efekt. Najprzyjemniejszy jest element zaskoczenia. 
Większość ludzi gada, deklaruje, obiecuje sobie i światu. Zupełnie niepotrzebnie. Ta metoda ma niby mobilizować do skuteczności, no mnie raczej zmusza do oszukiwania samej siebie. Jeśli coś zmieniam, to dla siebie a nie na pokaz. Pokazać lubię, że się da i podchodzić do tego jak już do czegoś oczywistego. 

I coś zmieniać dalej.
Kiedyś rozmawiałam z jednym z trenerów osobistych. Mówi - Marzena, ja nie lubię prowadzić zajęć grupowych, bo kobiety sobie jaja robią. Jak tylko widzą, że nie patrzę, to ściemniają. To po co przychodzą?

(Ja na treningach jak nie mogę to staję czy leżę i czekam moment aż mi przejdzie. Nie obchodzi mnie, czy ktoś to widzi, że łapię oddech. To walka o życie ;-)

Popisy są popularne w każdej szerokości i długości geograficznej. Teraz mamy diety kilkudniowe, treningi parotygodniowe, szkolenia weekendowe, wróżki na telefon itd. To ściema. Uświadom to sobie. Jeśli zmieniasz, to zmieniaj na zawsze. Nie wycofuj się przy pierwszym zakręcie. Nie oszukuj sam siebie, bo tracisz czas. Jeśli potrzebujesz odpoczynku, to odpocznij, ale nie zarzucaj wprowadzenia zmiany.
Daj sobie prawo do błędów, ale nie wracaj do tego co było.

Są ludzie, którzy opowiadają o zmianach i po czasie widzisz, że g.. prawda z tego wyszła a oni ładnie ubiorą to w słowa. Są tacy, że gdy mówią, że coś zrobią, to wiesz na 99%, że to zrobią,, może potrwa to dłużej, ale zrobią. Zobaczysz efekt. W której grupie jesteś? ;-) 
Szczerze mówiąc ja to rozpoznaję to tylko u ludzi, których znam. Wobec obcych mam podejście "zobaczę, to uwierzę", może pomogę, może nie, ale nie będę przeszkadzać  ;-)
Btw. Serio, najlepiej jak najdalej trzymać się od ludzi, którzy działają demotywująco i milionami pytań będą chcieli odebrać zapał i wiarę w sens działania. Bez skrupułów unikać, szczególnie jeśli ma się wysoką wrażliwość na to. 

Jeśli coś chcesz zmienić, to połknij czerwoną tabletkę rzeczywistości. Wyjdź z matrixa i nigdy do niego nie wracaj jako jego część. Jeśli już postanawiasz, to to zmień. Na zawsze. 

Czy ja mam takie zmiany? Tak. Kilka. Nie są noworoczne, bo zaczęły się już kilka miesięcy temu. Najtrudniejszą była zmiana nawyków w wydawaniu pieniędzy. Byłam po prostu rozrzutna. I o ile umiem już nie gromadzić rzeczy (dżizas, nauczenie siebie, że "chcę to" to tylko słowa a nie rzeczywista potrzeba, do której poważnie podchodzę, było katorgą. Serio. Oduczenie się pustego chcenia było pierwszym krokiem, który miał miejsce w 2013, drugim,  trudniejszym, było nie kupowanie sryliarda produktów.. spożywczych, bo jako fanka zdrowego odżywiania miewam swoje jazdy, ale zmiana nawyków bolała jak diabli, bo tak przyjemnie było zjadać w ciągu dnia paczkę ekociastek z ekoczekoladą zamiast jogurtu z musli, a teraz ten jogurt jest moim ulubionym posiłkiem). Zmiana nawyków żywieniowych była trudna. Samych nawyków. Tego, po co sięgam. Dziś już się nad tym inaczej zastanawiam. Jakiś mały krok za mną.  

Przewartościowałam definicję zachcianek, potrzeb i rozpieszczania się. Nie, nie mam zamiaru nagle stać się buddyjskim mnichem, ale chcę żyć bardziej świadomie w sferze materialnej. 

Bycie sierżantem dla siebie samego to naprawdę sztuka walki :-)

Trzecim etapem jest pozbycie się kart kredytowych i operowanie gotówką oraz hm, oszczędzanie. Dotychczas nie operowałam gotówką, bo korzystałam tylko z miejsc i usług, gdzie można płacić kartą. Pieniądze przeciekały niezauważenie i oczywiście złościłam się na siebie. A przecież mam o siebie dbać. Ech :-)
Także nawyki w zakresie gospodarowania pieniędzmi były wyzwaniem rozpoczętym w 2013. Co było pomocne? Najbardziej rzucenie palenia i już właściwie prawie zupełnie e-papierosa (od paru tyg zaczął mi przeszkadzać, nie wiem jeszcze o co chodzi ;-). 
Brak okazji chodzenia po sklepach, to najciekawsze doświadczenie. Dziwne, bo zupełnie mi tego nie brakuje. 
Zmieniam się. Czuję jak się zmienia moje podejście i co najdziwniejsze, jakoś poza mną a we mnie. 

Czy te zmiany są efektem mojej wspaniałomyślności? No niestety nie tylko. Potrzebę ich wprowadzenia czułam od lat, ale jakoś, nie potrafiłam zacząć ich wprowadzać, znasz to? Nie wiadomo od czego zacząć. To jak z wielkim bałaganem w pokoju, gdy jest tak duży, że nie wiesz z czym wystartować. No właśnie ja też czekałam na taki zapalnik i chcąc nie chcąc, ten najważniejszy pojawił się w ubiegłym roku wraz ze zmianami u M. Zamiast z tego procesu zrobić problem, postanowiłam wykorzystać nadarzającą się okazję do zmiany nawyków, chociaż nie ukrywam, że metoda, jaką zastosował na mnie los była dość nieprzyjemna, ale skuteczna. Inaczej bym się do tego pewnie długo jeszcze nie zabrała. W 2014 wchodzę ze świeżą energią i nastawieniem bez sprzeciwu, bo widzę, że dzieje się to, czego chciałam.  

Jeśli czegoś chcemy, to los nam pomoże to spełnić. Nie ma co dyskutować z metodami. To on jest specjalistą w tym zakresie. 
My mamy chcieć i nie przegapiać okazji i szans. Tylko tyle :-)
I najważniejsze - nie wycofywać się. Jak w Matrixie, czasami nie ma odwrotu, bo ty już wiesz, że jest inaczej. 

Powodzenia. Zrób to. Dla siebie.

I na koniec najlepszy kawałek z Matixa. Mnie przy nim przechodzą ciarki. Zawsze. 




clubbed to death - Matrix soundtrack


I najważniejsze: Daj sobie na to czas. Pamiętaj, zmiany to proces, a nie reakcja chemiczna.